Podwójny jubileusz - i to jubileusz jakiego dotąd nie było. Nigdy i nigdzie, bo czy kiedykolwiek doszło do nałożenia się jednej biografii dwu dat o tak wyjątkowej wymowie? Toteż te dwie liczby zestawione obok siebie muszą wywołać fascynujące wrażenie swym wręcz bezprzykładnym nieprawdopodobieństwem: 90 lat życia i 70 lat działalności artystycznej licząc od pamiętnego dla Bogdana Paprockiego koncertu w roku 1939, gdy objawił swój nieprzeciętny talent i głos urzekający blaskiem. Gdyby nie tamta wojna i jej długo ciążące wielorakie następstwa - jak mogła się potoczyć kariera wielkiego tenora, zapewne o światowym zasięgu...
Te dwie jubileuszowe daty: to co sobą wyrażają i co o sobie mówią! Musimy zdać sobie w pełni sprawę z wyjątkowości wydarzenia, w którym uczestniczymy. Podobnego przypadku nie odnotowały dotąd kilkusetletnie kroniki opery, ale i całe dzieje sztuki wokalnej, by 90. letni śpiewak nadal pojawiał się na estradach i operowej scenie. Obchodzący 23 września urodzony w 1919 roku w Toruniu Bogdan Paprocki po raz kolejny podważył prawa biologii i bezwzglęlnych reguł sztuki wokalnej, gdzie tak wiele zależy od możliwości fizycznych, których granice wyznacza bariera wieku.
Już przed trzema laty, gdy artysta świętował w Operze Śląskiej w spektaklu "Traviaty" 60. lecie swojego scenicznego debiutu, który miał miejsce 23 listopada 1949 na bytomskiej scenie, mieliśmy świadomość wyjątkowości tego wydarzenia. Teraz możemy fetować nałożenie się dwu imponującyh jubileuszowych dat zaś czegoś podobnego dotąd się nie zdarzyło a i już się nie przytrafi. To po prostu niemożliwe żeby ktoś taki jak Bogdan Paprocki, fenomen żywotności i możliwości wokalnych, który przekroczył już wszystkie granice narzucone przez prawa wieku i biologii jeszcze się pojawił. Owszem, w przypadku głosów niskich, przede wszystkim basów, pojawiali się jeszcze na scenie śpiewacy po przekroczeniu osiemdziesiątki. Ale żeby tenor... Największy tenor przełomu stuleci, Jan Reszke, śpiewał nie dłużej niż ćwierć wieku. Trzydzieści lat trwała kariera Jana Kiepury, który zmarł w 64 roku życia. Uchodząca za rekordowo długą obecność na operowych scenach Beniamina Gigli nie przekroczyła 40 lat. A przecież liczący już 82 lata Bogdan Paprocki wyprawi się w 2001 roku z warszawskim Teatrem Wielkim do Chin ze spektaklem Nabucco, zaś Abdallo - a w tej roli występował - wjeżdżał w tym przedstawieniu na scenę na koniu.
Trzydniowy jubileusz przygotowany przez Operę Śląską ukoronował w tych dniach te dwie nakładające się w czasie wyjątkowe daty. Rzec można - używając terminologii sportowej, że są to w jednym i drugim przypadku rekordy świata... na pewno nie do pobicia.
Zostać śpiewakiem!
W przypadku jego generacji należy zawsze i to dopowiedzieć: gdyby nie wojna. Kariera artystyczna Paprockiego potoczyłaby się na pewno zupełnie inaczej, bo przecież jego głos zawsze zwracał uwagę naturalnym pięknem daru natury. Pełna nadziei wiosna 1939 roku: Zamość, Szkoła Podchorążych Rezerwy. Pamiątkowe zdjęcie przedstawia szeregowca w mundurze, w pozycji na "baczność", z szeroko rozwartyni ustami. Właśnie wtedy po raz pierwszy wystąpił na scenie. Ale uwagę swym nieprzeciętnie pięknym głosem zwracał oczywiście już wcześniej, skoro dyrektor lubelskiego Gimnazjum im. Staszica, Tadeusz Moniewski, wręczając 18-letniemu maturzyście świadectwo dojrzałości, życzył mu właśnie "pięknej kariery śpiewaczej".
Bogdan Papracki miał już wówczas wytyczony cel: szkolić głos, by zostać w przyszłości śpiewakiem. Jednak droga przyszłego artysty na operowe sceny okazała się długa i pełna przeszkód. Gdy wybucha wojna Bogdan Paprocki wyrusza w kadrze podchorążych 9 Pułku Piechoty stacjonującego w Chełmie Lubelskim na front. Po rozwiązaniu jednostki wraca na lubelszczyznę i zamieszkuje u rodziców w Rejowcu, gdzie ojciec w połowie lat trzydziestych objął kierownictwo miejscowej szkoły. Aby uniknąć wywózki na przymusowe roboty podejmuje pracę na miejscu jako robotnik, a jednocześnie włącza się w działalność konspiracyjną. Wkrótce jednak musi zmienić miejsce pobytu - ostrzeżony w porę, że hitlerowcy wpadli na trop tajnej organizacji. Jest rok 1942. Bogdan Paprocki osiada w Minkowicach i zatrudnia się w miejscowym tartaku. A przecież myśl, by szkolić głos nie opuszczała go i w tym miejscu.
Z początkiem 1943 roku osiada wreszcie w Lublinie, gdzie znajduje zatrudnienie w firmie drzewnej. Znów kręgi konspiracji, w tym kontakty z gronem młodych poetów (Anna Kamieńska, Jerzy Pleśniarowicz) i artystów okupacyjnego Lublina. Jest wreszcie także okazja zająć się kształceniem głosu - trafia zrazu do Mariana Sobieskiego, w przyszłości znakomitego etnomuzykologa, a następnie do Eugeniusza Koppa na w miarę regularne lekcje śpiewu. Wiosną 1944 roku wyrusza do Warszawy, gdzie przez pewien czas jest uczniem znanego ongiś tenora i cenionego pedagoga Stefana Beliny-Skupiewskiego, przyszłego dyrektora Opery Śląskiej!
W lipcu zjawia się w Lublinie, by dać kilka koncertów, lecz do Warszawy już nie powróci, bo wybuchło powstanie. Wyzwolenie Lublina to także napływ twórców i artystów, w większości rozbitków wojennych. Powstają pierwsze instytucje polskie - w tym rozgłośnia radia, organizująca z końcem lipca koncert w prowizorycznym studio. Właśnie tam po raz pierwszy w życiu stanął przed mikrofonem Bogdan Paprocki, by zaśpiewać kilka utworów Moniuszki ... zaś przy fortepianie zasiadł kolega gimnazjalny, Zygmunt Kałużyński (przyszły publicysta i krytyk filmowy). Tak więc od pierwszego radiowego koncertu Bogdana Paprockiego minęło 65 lat - i jest to kolejna rocznica, która przypada w tym roku w życiu 90. letniego artysty.
Gdy zbliża się koniec wojny i przebywający w roku 1944 w Lublinie Bogdan Paprocki przywdziewa żołnierski mundur, zostaje oczywiście solistą Reprezentacyjnego Zespołu Wojska Polskiego. W tym czasie nadarza się okazja pobierania lekcji śpiewu u osiadłego tam na krótko jednego z największych polskich tenorów pierwszej połowy XX wieku, Ignacego Dygasa, śpiewaka o nieskazitelnej technice. Te lekcje wiele znaczą w rozwoju sztuki wokalnej Bogdana Paprockiego, który wkrótce rozpocznie wymarzoną karierę artysty operowego. Lecz kiedy i gdzie - zadecyduje przypadek.
Wiosną 1916 roku Reprezentacyjny Zespoł Wojska Polskiego koncertuje w Bytomiu - właśnie w gmachu Opery Śląskiej... I tu szczęśliwy wreszcie los styka ze sobą młodego śpiewaka w oficerskim już mundurze oraz Stefana Belinę-Skupiewskiego, który formuje "zespół gwiazd" złożony z kolekcji najpiękniejszych młodych polskich głosów. Pośród nich wybitne miejsce zajmie niebawem także Bogdan Paprocki. Decyzja nie mogła być inna - Opera Śląska! Jednak niełatwo było "wyprowadzić" wówczas żołnierza z munduru. Konieczna okazała się protekcja rozmiłowanego w śpiewie wojewody śląsko-dąbrowskiego Aleksandra Zawadzkiego, bez którego wstawiennictwa Bogdan Paprocki mógł nie trafić do bytomskiej "kuźni kadr". Młody tenor, który przeszedł twardą szkołę życia, mógł wreszcie zająć się wyłącznie doskonaleniem kunsztu wokalnego i pracą nad repertuarem, by w krótkim czasie zostać uznanym za objawienie naszej wokalistyki i po kilku sezonach na długie lata zyskać tytuł pierwszego polskiego tenora pośród pierwszych.
Historyczny debiut
Gdy w tamtą sobotę - 23 listopada 1946 roku, o godzinie 19.00 zabrzmiała pod batutą Jerzego Sillicha rzewna, ujmująca subtelnymi współbrzmieniami uwertura Traviaty ... i gdy wnet uniosła się kurtyna i na scenie bytomskiego teatru zawirowały pary podczas balu wydanego przez paryską kurtyzanę Violettę Valery - a młody, nieznany nikomu tenor zaintonował przepyszny, słynny toast: Libiamo, libiamo ... głosem, który z miejsca zwrócił uwagę, mało kto jeszcze przeczuwał, że w tym momencie rozpoczyna się kariera jednego z największych polskich śpiewaków, kariera pod każdym względem wyjątkowa. Premierowa publiczność była już oswojona z faktem, że co premiera - to nowe głosy i wspaniałe talenty, ale tego tenora nikt dotąd tu jeszcze nie słyszał i mało co o nim wiedziano, choć teatralna plotka już się rozniosła - jest nowy tenor, debiutant od razu w popisowej roli Alfreda! No bo pomyślmy: zaangażowany oficjalnie z dniem l listopada jako solista Bogdan Paprocki - a więc w dniu Wszystkich Świętych, w przededniu Zaduszek, do tego jeszcze w piątek, który rozpoczynał przygotowania do tej niezwykle odpowiedzialnej partii dosłownie od pierwszej minuty, miał na to niespełna trzy tygodnie. A potem kopniak - i na scenę!
Pamiętny debiut Bogdana Paprockiego, który otwiera wyjątkową karierę jednego z najwybitniejszych tenorów w dziejach polskiej wokalistyki - występ w popisowej, lecz jakże wymagającej, pełnej namiętności i emocjonalnych kontrastów roli Alfreda Germonta - i to w jakim towarzystwie! ... Wespół z niedawno pozyskaną przez Operę Śląską Barbarą Kostrzewską, artystką dojrzałą, podziwianą, wokalnie doskonałą o czarującej prezencji. A w roli ojca - choć młodszy (nawet o 3 lata młodszy), lecz już uznany za doskonałego śpiewaka Andrzej Hiolski, mający w repertuarze kilka wyjątkowej miary premierowych kreacji, w tym rolę Scarpii, Miecznika, Escamilla i Janusza. Minie niewiele miesięcy, a już latem młody tenor zyska podziw publiczności warszawskiej podczas gościnnych występów Opery Śląskiej w stolicy w dniach 2-29 sierpnia z serią 34 przedstawień, prezentując właśnie Alfreda w Traviacie i Almavivę w Cyruliku sewilskim. A ma już wtedy w dorobku także premierową kreację w tytułowej roli Fausta i Pinkertona w Madamie Butterfly. Jego głos nabiera w krótkim czasie mocy i biegłości technicznej, by po kilku sezonach osiągnać poziom wirtuozerii wokalnej, a przy tym w pełni ujawnić wszystkie walory metalicznego brzmienia i rozpoznawalnej barwy.
Pierwsze partie - to prawdziwe "brylanty" z repertuaru tenora lirycznego, jakim był z natury Bogdan Paprocki, obdarzony głosem wielkiej szlachetności o niepowtarzalnej barwie i bogactwie odcieni. Z czasem jego liryczny tenor, wraz z rozwojem techniki wokalnej, którą artysta doprowadzi do mistrzostwa, stanie się głosem z gatunku lirico-spinto, a repertuar Bogdana Paprockiego obejmuje niemal pełną skalę zadań, w tym także partie zaliczane do bohaterskich. W dużym stopniu będzie to również uwarunkowane skalą wewnętrznej ekspresji, którą był obdarzony z natury - jak to nieraz określano - "śpiewający sercem". Bo też głos Paprockiego i jego pulsujący żar porywał i wzruszał. Dodajmy, że wraz z rozwojem sztuki śpiewaczej następowało doskonalenie warsztatu aktorskiego, były to więc kreacje wokalno-aktorskie o znamionach wybitności. A przecież jego droga do doskonałości nie była prosta. Paprocki, przedstawiciel generacji Kolumbów, odbył w gruncie rzeczy studia wokalne i sceniczne w teatrze - Operze Śląskiej tamtych czasów, gdy młodzi współpracowali na co dzień z mistrzami sztuki operowej tej rangi co, m. in. Jerzy Sillich, znamienity dyrygent; Bolesław Fotygo Folański, wspaniały reżyser; czy pedagog - korepetytor tej miary co niezapomniana Helena Zalewska.
Klimat tamtych lat, gdy Opera Śląska była nie tylko teatrem, lecz dla artystów w istocie także domem, ożywa zawsze kiedy Bogdan Paprocki powraca do początków swojej kariery i ludzi, których spotkał na swej artystycznej drodze. A śpiew i scena - to było całe życie, w tych latach kiedy i wyrzeczeń, gdy autobusami operowymi tłukli się wszędzie tam, gdzie czekała wygłodniała publiczność, a i nawet częściej występowali wówczas w szerokim objeździe niż na macierzystej bytomskiej scenie. Dla przykładu: w roku 1949, gdy Opera Śląska przedstawiła 285 spektakli, 134 razy wystąpiła w Bytomiu, zaś 151 w tzw. terenie. Podobnie w roku 1950: na łączną liczbę 289 spektakli 122 przypadły na siedzibę -167 na objazd. Ten morderczy trud artystyczny nazywał się misją upowszechniania sztuki operowej wśród najszerszych mas.
Kariera Bogdana Paprockiego mogła mieć bez wątpienia format międzynarodowy, związany z kontraktami z najważniejszymi scenami światowymi, gdyby nie czasy "żelaznej kurtyny", na które przypadają lata szczytowego rozwoju jego głosu..., lecz także brak woli przystania na warunki angażu do największych teatrów zachodnich wiążące się z rezygnacją powrotu do kraju, co dla Bogdana Paprockiego było nie do przyjęcia. Nigdy więc nie odpowiemy sobie na pytania jak mogłaby się potoczyć w innym czasie i warunkach jego kariera.
Bytomskie powroty
Lata bytomskie sam Bogdan Paprocki uznaje za najważniejsze w rozwoju swej sztuki wykonawczej: co sezon - nowe premierowe wcielenia i popisowe partie. Wybierać by długo niezapomniane kreacje w tym tytułowe role w Fauście, Fra Diavolo, w Opowieściach Hoffmanna i Don Carlosie; a role Stefana w Strasznym dworze, Don Joségo w Carmen, Księcia Mantui w Rigoletcie, Leńskiego w Eugeniuszu Onieginie, Jontka w Halce, Manrica w Trubadurze, Riccarda w Balu maskowym, Rudolfa w Cyganerii, Cavaradossiego w Tosce... Jego repertuar z czasem obejmie 50 partii operowych, lecz zrębem pozostanie to co zdobył i utrwalił na bytomskiej scenie, gdy jako śpiewak natchniony wzruszał i porywał. Wiele z tych wokalnych kreacji zostało utrwalonych na taśmie (a nagrał ponad 50 godzin); zapamiętany został także jako wykonawca licznych partii oratoryjnych i pieśni. Te nadal prezentuje z wyjątkową maestrią, choć był i czuł się przede wszystkim artystą operowej sceny, którego zawsze mobilizowała publiczność.
Choć w roku 1960 Paprocki osiadł w stolicy, nadal utrzymywał stałe artystyczne kontakty ze sceną swego wspaniałego debiutu i nadzwyczajnych dokonań w latach wczesnej kariery. Tu świętował kolejne jubileusze - 20-lecie pracy artystycznej, kreując 21 listopada 1966 roku partię Cavaradossiego w Tosce, a 5 lat później, znów w jubileuszowej oprawie, Don Joségo w Carmen. Publiczność bytomska mogła go powitać burzą oklasków w jubileuszowym Strasznym dworze wystawionym z okazji 45-lecia śląskiej sceny operowej. Znalazł się też Bogdan Paprocki w jury kolejnych Konkursów Wokalistyki Operowej im. Adama Didura od pierwszego licząc. Z bytomską i katowicką publicznością świętował swoje 75-lecie występem w roli Starego Fausta w roku 1994, by rok później - gdy Opera Śląska wejdzie w Złote Gody - w galowym koncercie wykonać z tym samym żarem, co w dawnych latach bytomskich, wspaniałą, lecz arcytrudną "Arię z kurantem", na co porwał się ponownie w roku 1996 z okazji 50-lecia pracy scenicznej. Była w tej decyzji wielka artystyczna odwaga - wytrzymać próbę własnego głosu z lat szczytowych kariery i to na miarę własnej legendy ... A potem te salwy owacji publiczności, która poderwała się z miejsc.
Na bytomskiej scenie Bogdan Paprocki wystąpił także przed 4 laty, w dniach obchodów 60. rocznicy Opery Śląskiej, by 22 maja kreować jakże przejmującą w jego interpretacji partię Starego Fausta. Tego dnia została otwarta ponownie, zniszczona w czasie pożaru Sala Śpiewu jego imienia, urządzona przy bezpośredniej z nim współpracy. Niezwykłe okoliczności towarzyszyły jednak wyznaczonym na 23 listopada 2006 roku uroczystościom jubileuszowym, kiedy to nie doszło do galowego spektaklu Traviaty z jego udziałem ze względu na ogłoszoną żałobę narodową w dniach tragedii w Kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej. Spektakl ten doszedł do skutku dopiero w styczniu następnego roku, a było to 2792 przedstawienie w biografii scenicznej wielkiego tenora.
Przez ten czas, licząc od debiutu scenicznego, Paprocki wystąpił na 31 scenach krajowych, w repertuarze operowym oraz w 182 miastach na estradach koncertowych. Ma w dorobku również występy na 87 scenach operowych całego świata w ponad 40 krajach. Najważniejsza jednak była dla niego polska publiczność, której służył w poczuciu życiowej misji, zawsze w najwyższej formie artystycznej - artysta natchniony z głosem ze "szlachetnego kruszcu", który porywał i wzruszał. To wielki dar i radość, że Bogdan Paprocki, artysta o bezprzykładnej długowieczności scenicznej, pojawia się nadal także na estradach koncertowych w repertuarze pieśniarskim. W maju tego roku z okazji festiwalu wokalnego Ave Maria - a była to już dziesiąta edycja - znów uczestniczył gdzie, jak co roku, uczestniczył w turnieju tenorów w Sosnowcu dedykowanym Janowi Kiepurze. W sierpniu wziął natomiast udział w Festiwalu Moniuszkowskim w Kudowie Zdroju, gdzie także gości stale.
A jak sam wielki śpiewak patrzy na swoje życie i artystyczne dokonania z perspektywy lat? Przytoczmy w tym miejscu słowa wymownego zwierzenia sprzed lat pięciu, gdy świętował na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie 85. lecie upamiętnione kreacją Starego Fausta: Los okazał się dla mnie wyjątkowo szczodry. Dał mi 85 zdrowych i spokojnych lat życia, 58 sezonów artystycznych i 2774 czarowne wieczory na operowej scenie. To tak, jakbym przez ponad 7 lat, wieczór w wieczór bez dnia przerwy stawał w świetle reflektorów przed moją kochaną, serdeczną, niezawodną i wyrozumiałą publicznością. I dziś, jeśli taki dinozaur jak ja staje jeszcze przed Wami, to tylko po to, by nie zawieść swojej widowni i by dać Państwu choć małą chwilę wspomnień i wzruszeń. Czas biegnie, a ja nadal wierzę wswoją szęśliwą gwiazdę i ufam, że pozwoli mi jeszcze trochę poczekać na mój całkiem prywatny fin de siècle.
Od tego czasu minęło znów 5 lat i doczekaliśmy się tego wielkiego, podwójnego Jubileuszu.
Tadeusz Kijonka