Rumuński kompozytor, skrzypek i dyrygent George Enescu (1881-1955) jest dzisiaj uważany za jedną z najważniejszych osobistości muzycznych XX wieku. Nic dziwnego, że już w trzy lata po jego śmierci podjęto wysiłek zorganizowania poświęconego mu festiwalu, którego międzynarodowy charakter miał się przyczynić do popularyzowania twórczości artysty określanego bez wahania przez Yehudi Menuhina (ucznia Enescu) mianem geniusza. Ta pierwsza edycja Międzynarodowego Festiwalu "George Enescu" z 1958 roku została uwieńczona dużym sukcesem, który wpisał rzeczoną manifestację już na stałe w muzyczny pejzaż Rumunii. Początkowo odbywała się ona w zmiennych, bo uzależnionych od sytuacji ekonomiczno-politycznej kraju, odstępach czasowych, jednak po obaleniu dyktatury w 1989 Festiwal przyjął już na stałe rytm dwuletni. O wadze, jaką Rumunii przywiązują do tej promującej dzieło George'a Enescu imprezy, świadczy fakt, iż jest ona całkowicie finansowana - niezależnie od interwencji licznych sponsorów - z budżetu Państwa. Dość powiedzieć, że nawet w mrocznej epoce rządów Nicolae Ceausescu Festiwal utrzymywał się w zupełnie przyzwoitej kondycji, a "geniusz Karpat" potrafił nawet wykorzystywać jego istnienie do celów propagandowych tzn. pokazywania światu otwartości komunistycznego reżimu na sprawy kultury.
Dziś odbywający się w Bukareszcie i innych rumuńskich, z różnych względów biograficznie ważnych dla Enescu, miastach Festiwal stanowi słuszny powód do narodowej dumy, a jednocześnie jest uznawany za jedno z najważniejszych i najciekawszych wydarzeń muzycznych w Europie; prestiżowe brytyjske pismo "The Guardian" posunęło się nawet ostatnio do stwierdzenia, iż "Festiwal w Salzburgu ma teraz w Bukareszcie potężnego rywala". Warto chociażby przypomnieć, że zeszłoroczne wydanie Festiwalu "Enescu" przyciągnęło rekordową liczbę gości i osiągnęło najwyższy w swojej pięćdziesięcioletniej historii dochód ze sprzedaży biletów.
Również i tegoroczna dziewiętnasta już edycja (30 sierpnia - 26 września) wywołała ogromne zainteresowanie melomanów i mediów, do czego z pewnością przyczyniło się zorganizowane po raz pierwszy europejskie tournée promocyjne (Berlin, Bruksela, Londyn, Paryż, Rzym i Wiedeń), w trakcie którego sam szef Festiwalu Ioan Holender - za rok kończący swój pozytywnie wypełniony mandat dyrektora Opery Wiedeńskiej na rzecz Dominique'a Meyera - opowiadał o założeniach artystycznych kierowanej przezeń imprezy. Jej bogactwo programowe - obejmujące cykl "Enescu i jego współcześni" (to nowa inicjatywa), koncerty symfoniczne, muzykę kameralną, recitale, przedstawienia operowe, spotkania ze współczesną muzyką rumuńską, utwory klasyczne w jazzowej aranżacji czy nawet muzykę barokową - mogło doprawdy przyprawić o zawrót głowy.
Poszczególne koncerty odbywały się w głównych salach Bukaresztu: przede wszystkim w pięknej, a pochodzącej z 1888 roku Sali Ateneum autorstwa francuskiego architekta Alberta Gallerona (obecnie siedziba zespołu Filharmonia "George'a Enescu"), dysponującej świetną akustyką sali w Muzeum Sztuki, w zbudowanym niegdyś z myślą o posiedzeniach partyjnych - obecnie wykorzystywanym jako miejsce koncertów dużych orkiestr - i dysponującym 2900 miejscami Pałacu Kongresów, a ponadto w miejscowym Konserwatorium i bukaresztańskiej operze.
O niezwykle wysokim poziomie Festiwalu mogą świadczyć przybyłe nań formacje symfoniczne, spośród których wystarczy wymienić: Royal Concertgebow pod dyrekcją Marissa Jansonsa, Royal Philharmonic prowadzoną przez Charles'a Dutoit oraz Horie Andreescu, Orchestre National de Radio France pod Vladimirem Kitajenko, Maggio Musicale Florentino z Cristianem Mandealem, London Philharmonic pod batutą Vladimira Askhenazy'ego, Orkiestrę Symfoniczną z Sankt-Petersburga prowadzoną przez Yuriego Temirkanova, Orchestre du Capitole de Toulouse pod Tuganem Sokhievem, Symphonieorkester Bayerischen Rundfunks i Suisse Romande z Markiem Janowskim. Wśród solistów znalazły się takie sławy jak Yundi Li, Joshua Bell, Remus Azoitei, Rudolph Buchbinder, Dan Gregory, Lynn Harrell, Hélène Grimaud, Denis Matsuev, Nelson Freire, Renaud Capuçon, Viviane Hagner, Jean-Yves Thibaudet, Martha Argerich, Heinrich Schiff, Maria João Pires, Mischa Maisky, Nelson Freire czy Murray Perahia.
W ostatniej chwili zrezygnowano z zaproszenia lipskiego Gewandhausorchester z Riccardo Chailly i Riccardo Mutiego z Izraelską Orkiestrą Filharmoniczną, czego przyczyną było nie umieszczenie przez wymienionych dyrygentów w proponowanych przez nich programach utworów bohatera Festiwalu. Jest to najlepszy dowód na to, że na omawianej manifestacji panują żelazne reguły, a ich ścisłe przestrzeganie przez wszystkich uczestników - niezależnie od tego jak wielkim się cieszą prestiżem - stanowi dla Ioana Holendra absolutny priorytet.
Dla dopełnienia obrazu trzeba jeszcze wspomnieć o odbywającym się podczas Festiwalu Międzynarodowym Sympozjum Muzykologicznym (5 - 8 września) poświęconym w całości twórczości George'a Enescu oraz Sympozjum "Paul Celan" (24 września) przybliżającym postać i dzieło tego wybitnego tłumacza i poety, którego tragiczne losy stały się tematem przypomnianego w trakcie tegorocznego wydania Festiwalu, na scenie kierowanej przez Cătălina Ionescu Arbore Opery Narodowej w Bukareszcie, dzieła Petera Ruzicki: Celan.
Ponieważ miałem możliwość uczestniczyć jedynie w pierwszych dniach rzeczonej imprezy, przeto siłą rzeczy ograniczę się do omówienia wydarzeń artystycznych mających miejsce właśnie w tym okresie. Otóż na otwarcie Festiwalu wystawiono najważniejsze dzieło Enescu: operę Edyp w pokazanej już w zeszłym roku w Théâtre du Capitole w Tuluzie inscenizacji Nicolasa Joëla i pod dyrekcją muzyczną Olega Caetaniego. Na marginesie warto dodać, iż chodzi tu o siódmą już z kolei w Bukareszcie wersję inscenizacyjną tej opery i że od ośmiu lat każda edycja Festiwalu przynosi ze sobą nową wizję Edypa (przed dwoma laty wyreżyserował go Petrika Ionescu).
Bezpośrednim impulsem do napisania tej czteroaktowej tragedii lirycznej było dla George'a Enescu obejrzenie tragedii Sofoklesa na scenie paryskiej Comédie Française. Na prośbę kompozytora zredagowania libretta podjął się żydowski poeta Edmond Fleg, w którego ujęciu Edyp nie jest już ofiarą przeznaczenia, lecz jednostką odnoszącą moralne zwycięstwo poprzez dążenie do odzyskania całkowitej wolności i pełni człowieczeństwa. W Tuluzie tytułową partię kreował francuski baryton Frank Ferrari, który wystąpił też teraz w Bukareszcie na premierze, ja zaś słuchałem z wielką satysfakcją śpiewającego w kolejnym przedstawieniu (2 września) Stefana Ignata, artystę fascynującego przedniej klasy talentem aktorskim i dysponującego mocnym, pięknie brzmiącym i porywającym niebywałą ekspresją głosie. Pozostali soliści (m.in. Horia Sandu - Tejrezjasz, Ionut Pascu - Kreon, Pompeiu Hărăsteanu - Forbas, Mihai Lazar - Lajos, Oana Andru - Jokasta, Ecaterina Tutu - Sfinks czy Crina Zancu - Antygona) też udźwignęli ciężar dramaturgicznej realizacji dzieła, ukazując zawarte w nim sensy i metafory. Trudnym do przecenienia bohaterem wieczoru okazał się przygotowany przez bardzo tutaj cenionego Steliana Olariu Chór Opery Narodowej Bukaresztu, ukazujący najpełniej swój kunszt wokalny w takich scenach jak ceremonie pogrzebowe z II aktu czy finałowa apoteoza. Jedyny zarzut, jaki można by solistom i chórowi postawić, to wyraźnie słyszalne, choć przecież zrozumiałe, trudności z właściwym podawaniem francuskiego tekstu.
Podobnie jak w Tuluzie, tak i tutaj, ascetyczna i świadomie statyczna inscenizacja Nicolasa Joëla doskonale spełnia swoją rolę nie rozpraszając koncentracji słuchacza przepychem wizualnym i pozwalając mu skupić całą uwagę na porywającej fascynującą siłą muzyce Enescu. W ten sposób - współpracujący przy tej okazji z Ezio Frigerio (scenografia), Franka Squarciapino (kostiumy) i Vinicio Cheli (światła) - reżyser nadaje wykonaniu owej sztandarowej rumuńskiej opery niemalże oratoryjny charakter. W tym też kierunku podąża doskonale tę muzykę czujący, umiejętnie uwydatniający jej nowoczesność i zdolność do syntezy różnych stylów, dyrygent Oleg Caetani (wychowanek Nadii Boulanger).

Drugą wystawioną na Festiwalu "Enescu" operą, jaką dane mi było obejrzeć, był Otello Verdiego, którego muzyczno-sceniczna realizacja zawiodła pokładane w niej nadzieje i to z paru podstawowych powodów. Już na samym początku dały o sobie znać poważne problemy wokalne głównych protagonistów, z których tylko obsadzony w roli Iago Alberto Gazale mógł zadowolić soczystym brzmieniem swego pewnie prowadzonego barytonu. Wszakże śpiewający tenorową partię tytułową Franco Farina rozczarował brakiem głębi wyrazu, nieprzyjemnym zabarwieniem forsownie prowadzonego głosu i wywołującym u słuchaczy dyskomfort "wyciskaniem" góry skali. Trudności w górnym rejestrze zdradzała też kreująca postać Desdemony Carmen Gurban, która dopiero w finale pozwoliła uzewnętrznić się swemu niewątpliwemu temperamentowi wokalnemu i wyraźnie już rozgrzanym sopranem zbudowała godną teatru dramatycznego, wywołującą na widowni autentyczne wzruszenie scenę. Zaś stojący na czele Orkiestry Rumuńskiej Opery Narodowej w Kluż-Napoka - bo to właśnie stamtąd przywędrowała ta produkcja - Miguel Gomez-Martinez prowadził całe przedstawienie z tak dużym zaangażowaniem i nie kontrolowaną energią, iż zagubił gdzieś po drodze wszelkie dźwiękowe subtelności i godne zainteresowania detale partytury.
Wreszcie nie sposób pogodzić się z dziwacznymi koncepcjami - lub może z ich zupełnym brakiem - reżysera Mihaia Maniutiu, który przeniósł epizod walki okrętu Otella z nawałnicą w akcie I w podniebne przestworza, zamieniając ów okręt na statek kosmiczny, do czego wykorzystał imitacje pokładowych radarów i wyświetlane na dużych ekranach wstawki wideo, po czym rozgrywał akcję z pozostałych trzech aktów na niemalże pustej i zalanej kiczowatym oświetleniem scenie, zdominowanej przez zbudowane przez dekoratora Valentina Codoiu drewniane podwyższenia. Widocznie nawet największy festiwal musi mieć swoją małą wpadkę.
Przekonującym dowodem na zadziwiającą żywotność i kreatywność współczesnych kompozytorów rumuńskich były liczne, poświęcone im koncerty, gromadzące wielu słuchaczy, w tym także przedstawicieli młodego pokolenia. Do jednych z ciekawszych można z pewnością zaliczyć wieczór zorganizowany we wspomnianej już wyżej historycznej Sali Ateneum (3 września), podczas którego Orkiestra Fiharmoniczna "Transilvania" z Kluż wykonywała reprezentujące odmienne kierunki stylistyczne utwory. Zabrzmiały kolejno: upajający zmiennością barw Koncert n°2 na orkiestrę smyczkową Sigismunda Todută, ciekawie nakładający na siebie instrumentalne i wokalne warstwy (z wykorzystaniem podawanych w oryginale fragmentów tekstów Dantego i Goethego) Par ce fil d'or na tenor, baryton i orkiestrę Mihaia Mitrei Celarianu, wywołujący szczery entuzjazm publiczności swoją żywiołowością, pomysłowością w różnicowaniu dźwiękowej kolorystyki i niemalże improwizacyjnym charakterem Koncert na saksofon i orkiestrę Calina Ioachimescu (wielkie brawa dla świetnego austriackiego solisty, grającego na dwóch saksofonach jednocześnie !) oraz dość zachowawczo nakreślony przez Theodora Grigoriu Koncert na skrzypce i orkiestrę, odegrany nieco zbyt obiektywnie przez zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych rumuńskiego skrzypka Sherbana Lupu.
Następnego dnia w tym samym miejscu miał miejsce swoisty maraton muzyczny, którego głównymi uczestnikami były dynamicznie i z powodzeniem, jak się okazuje, w Rumunii działające zespoły perkusyjne. Kolejno wystąpiły więc przed nami ansamble: "Game", "Archaeus" i "Profil" prowadzone odpowiednio przez Alexandru Matei, Liviu Danceanu i Dan Dediu. Zaprezentowały one kompozycje takich twórców jak Tiberiu Olah, Liviu Dănceanu, Stefan Niculescu, Dan Voiculescu, Horia Surianu, Costin Miereanu, Dumitru Capoianu, Nicolae Teodoreanu, Octavian Nemescu, Cristian Lolea, Mihai Măniceanu, Ulpiu Vlad czy Dan Dediu. Spośród wielu pozycji bodajże najtrwalsze wrażenia pozostawił po sobie zniewalający onirycznymi klimatami i bezbłędną konstrukcją utwór Doiny Rotaru zatytułowany lelele, we wzorcowej interpretacji zespołu "Profil".
Bardziej tradycyjnej muzyki można było posłuchać w trakcie cyklu "Koncertów o północy", tak naprawdę zaczynających się o godzinie ... 22°30, a o północy się kończących. I znów warto podkreślić, że także i ten cykl cieszył się dużym powodzeniem, chociaż można by pomyśleć, iż słuchacze, mający już za sobą koncerty poranne, popołudniowe i główny koncert o godzinie 19°30, będą raczej preferować zasłużony odpoczynek w domu. W każdym razie tzw. "Koncert o północy", w trakcie którego Chór Radia Rumuńskiego pod dyrekcją Dana Mihaia Goii i z udziałem solistów Gabrieli Popescu (mezzo-sopran) i Calina Bratescu (tenor) zaprosił festiwalowych gości do wysłuchania Nieszporów op.37 Rachmaninowa, wypełnił ku mojemu zaskoczeniu Salę Ateneum w stu procentach.

Trzeba wprawdzie zaznaczyć, że nie mieliśmy tu do czynienia z koncertem w popularnym znaczeniu tego słowa, albowiem zanim rozbrzmiała muzyka rosyjskiego kompozytora zostaliśmy wprowadzeni w stan religijnego skupienia przez popa, który wykonywał na scenie czynności z obrządku ortodoksyjnej liturgii. Na dużym ekranie pojawiały się reprodukcje prawosławnych ikon, zaś pomiędzy poszczególnymi częściami dzieła Rachmaninowa rozlegały się dźwięki już nie tylko dzwonów, ale także uderzających w drewniane deski młotków, co nawiązywało do stosowanych w niektórych cerkwiach praktyk wzywania wiernych na modlitwę. Chór Radia imponował kolektywną muzykalnością oraz poruszającym zaangażowaniem. I choć czasami rozpiętość skali dynamicznej wykonania tego złożonego i wymagającego pod względem intonacyjnym dzieła wydawała się zbyt mała, to trzeba też uczciwie przyznać, że rumuńscy chórzyści rekompensowali wszelkie drobne niedostatki umiejętnością kreowania przepojonej duchowością atmosfery.
Wzmiankowany wyżej, a zainaugurowany w tym roku cykl "Enescu i jego współcześni" rozpoczął koncert (5 września) duetu: Marie Hallynck (belgijska wiolonczelistka) i Céderica Tiberghiena (francuski pianista), którzy niezależnie od młodego wieku pokazali, że potrafią ze sobą owocnie współpracować i odnaleźć właściwą drogę do artystycznego porozumienia. Słychać to już było w zagranej na początku Sonacie na wiolonczelę i fortepian d-moll Debussy'ego, a także w rozbrzmiewającej po niej Sonacie n°2 C-Dur op.26 Enescu, jednakże najbardziej się spodobała zagrana żywiołowo, spontanicznie, wszak niegannie pod względem interpretacyjnym Sonata C-Dur op.65 Benjamina Brittena.
Owej spontaniczności i dzielenia się emocjami z publicznością zabrakło w trakcie skądinąd świetnego recitalu Frederika Ullena, nie wiedzieć dlaczego nazywanego przez niektórych poetą fortepianu. Podczas wykonywania doskonale ułożonego programu, złożonego z kompozycji Stockhausena, Ligetiego, Messiaena, Scriabina i Xenakisa, mieliśmy okazję zachwycać się perfekcyjną techniką Ullena, jego intelektualną błyskotliwością, czy też perfekcyjnym opanowaniem materii dźwiękowej i nieugiętą dyscypliną, ale na pewno nie poetyckimi wzlotami i ujawnianiem uczuć. O ile jednak to zimne i wyrachowane, eksponujące przede wszystkim cechy konstrukcyjne granego utworu podejście do muzyki sprawdzało się przy kompozycjach Stockhausena i Ligetiego, o tyle w Cantéyodjayâ Messiaena czy potrzebującej bardziej emocjonalnego frazowania Sonacie n°3 op.23 Scriabina było już doprawdy trudne do przyjęcia.
W ramach Międzynarodowego Festiwalu "George Enescu" organizowany jest prestiżowy, rozgrywany w trzech kategoriach (kompozycja, fortepian, skrzypce) konkurs. W tym roku spośród 300 kandydatów reprezentujących 30 krajów dopuszczono do przesłuchań 72 pianistów (w tym z Polski: Mariusz Adamczak i Jan Gaździcki) i 69 skrzypków (z Polski: Katarzyna Feiner, Mariusz Morys, Jarosław Nadrzycki, Stefan Plewniak), a także analizowano partytury 184 młodych kompozytorów (108 utworów kameralnych i 76 symfonicznych). Miło mi też poinformować, że w zespołach jury zasiadało dwóch Polaków: Krzysztof Węgrzyn przesłuchiwał skrzypków, a Zygmunt Krauze pochylał się nad kompozycjami młodych twórców. Swoistą ciekawostką okazała się liczna grupa kandydatów reprezentujących Koreę Południową, co wielu obserwatorom dało sporo do myślenia...

Ostatecznie główne nagrody rozgrywanego od 30 sierpnia do 6 września Międzynarodowego Konkursu "George Enescu" 2009 zostały przyznane Tebenikhinowi Amirowi z Kazachstanu (fortepian), Jarosławowi Nadrzyckiemu z Polski (skrzypce) oraz Qian Shen-Ying z Chin (kompozycja - muzyka kameralna) za utwór Feng Lei Ying (Invocation of Wind and Thunder) i Lam-Lan-Chee z Hong-Kongu (kompozycja - muzyka symfoniczna) za utwór Mysterious Place.
Koncert galowy laureatów, jaki miał miejsce 6 września w Sali Ateneum, rozpoczął się od wykonania nagrodzonej na Konkursie 2007 roku kompozycji Hu Xiao-Ou z Chin zatytułowanej Sound of Meditation, zanurzonej w tradycji mnichów buddyjskich i nawiązującej do uprawianych przez nich praktyk medytacyjnych. Ten nasączony wschodnią duchowością utwór wykonała wyraźnie przekonana o wartościach partytury młodego Chińczyka Orkiestra Filharmoniczna "Transilvania" z Kluż pod dyrekcją Florina Totana.
Następnie na estradzie pojawił się pochodzący z Żagania skrzypek Jarosław Nadrzycki, który początkowo studiował w Poznaniu u prof. Jadwigi Kaliszewskiej, a potem doskonalił swe umiejętności w londyńskiej Royal Academy of Music u prof. Igora Petruszewskiego i w "Mozarteum" w Salzburgu, w klasie Igora Ozima. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że wykonanie przez Nadrzyckiego Koncertu na skrzypce i orkiestrę d-moll op.47 Sibeliusa stało się dla wszystkich obecnych na nim szczęśliwców niezapomnianym wydarzeniem artystycznym tegorocznego Festiwalu. Polski muzyk poruszył szczelnie wypełniającą widownię Ateneum publiczność i zachwycił licznie zgromadzonych dziennikarzy niezwykłą wrażliwością muzyczną, bajeczną plastycznością frazy, niczym nie zakłócanym legato, bezbłędnym wyczuciem formy i czystością intencji interpretacyjnych sprawiających, że nie wysuwa on na pierwszy plan własnej osoby, lecz pokornie służy uprawianej przez siebie sztuce. Polakowi towarzyszyła prowadzona czujną i doświadczoną ręką Ilariona Ionescu Galatiego Orkiestra z Kluż. Wzruszeni słuchacze zgotowali Nadrzyckiemu - który uprzednio otrzymał także specjalną nagrodę za najlepszą interpretację Sonaty na skrzypce i fortepian n°2 Enescu - entuzjastyczne przyjęcie.

Zgoła odmiennych wrażeń dostarczył występ Tebenikhina Amira, "lwa" fortepianu, który w Koncercie d-moll op. 30 Rachmaninowa spuścił na nas potężną lawinę dźwięków, wzbudzając podziw prawdziwym mistrzostwem technicznym, aliści rozczarowując pozbawioną niuansów i siłową grą oraz "puszczonymi" czasem na żywioł i pustymi przebiegami dźwięków, których Kazachski pianista nie potrafił wypełnić muzyczną treścią. We wniknięciu w istotę wykonywanej kompozycji nie pomógł mu też prowadzący filharmoników z Kluż Florin Totan, pogłębiający swą nadczynnością ruchową poczucie akustycznego nadmiaru i interpretacyjnej powierzchowności.
Honorowy patronat nad Międzynarodowym Festiwalem i Konkursem "George Enescu" sprawuje Prezydent Rumunii Traian Basescu, przy czym fakt ten nie ma tylko znaczenia symbolicznego, albowiem władze tego kraju uważają, że rzeczona manifestacja muzyczna odgrywa istotną rolę w pogłębianiu u obywateli poczucia tożsamości narodowej. Przybyły znad Wisły obserwator nie może wyjść z podziwu obserwując jak młody, dynamiczny i niezwykle sympatyczny minister kultury Rumunii Theodor Paleologu dokłada wszelkich starań aby organizacja zakrojonej na tak dużą skalę imprezy przebiegała sprawnie i bez najmniejszych nawet zakłóceń, aby dysponowała ona odpowiednim - niezależnie od kryzysu utrzymanym na tym samym poziomie co do tej pory - budżetem, wreszcie, co ważne, żeby przybyli na nią goście czuli się mile widziani i zaspokojeni w swoich artystycznych oczekiwaniach. Theodor Paleologu jest obecny na niemalże wszystkich koncertach i spektaklach, rozmawia ze słuchaczami, spotyka się z przedstawicielami międzynarodowej prasy, aby opowiedzieć im o drogim jego sercu Festiwalu i o swoich osobistych pasjach artystycznych, a zasłużonym w propagowaniu twórczości Enescu i kultury Rumunii artystom hojnie przyznaje zaszczytne odznaczenia państwowe.

Uznanie wzbudza też nadzwyczaj intensywne zaangażowanie rumuńskich środków przekazu: prasa poświęcała Festiwalowi na swoich łamach wyjątkowo dużo miejsca, radio codziennie emitowało wywiady i omawiające poszczególne wydarzenia programy, a stacje telewizyjne transmitowały aż 85% całej oferty programowej.
Niemalże automatycznie nasuwa się następujące pytanie: czy można sobie wyobrazić, że zainteresowanie polskich polityków i mediów muzyką i w ogóle sprawami kultury osiągnie kiedyś u nas aż tak wysoki poziom? Podobno zawsze trzeba mieć nadzieję. Może przy okazji Roku Chopinowskiego?
Leszek Bernat