Przed dwoma laty zrealizowana Armida Josepha Haydna, a wznowiona w tym roku podczas Festiwalu w Salzburgu, to fenomenalny spektakl operowy zainscenizowany przez Christofa Loy'a. Niemiecki reżyser i jego zespół postawili śpiewakom piekielnie trudne wymagania, ale obsada była tak doborowa, że każde karkołomne aktorskie zadanie wykonywali bezbłędnie, współtworząc to jakże pełen namiętności i fizykalności (czasem nawet i brutalności) przedstawienie. Tutaj nawet momenty stasis jest wypełnione napięciem i skrajnymi emocjami.
Loy w zasadzie pozbawił operę Haydna bajkowości, stawiając głównie na magię erotycznej pasji pięknej czarodziejki ubóstwianej wręcz w epoce baroku, a to dzięki poematowi Torquato Tasso Jerozolima wyzwolona. Burzliwy związek Armidy - świetna w tej roli niemiecka sopranistka Annette Dasch - z Rinaldo (w partii tej wystąpił niedościgniony niemiecko-kanadyjski tenor Michael Schade) jest pełen namiętności.
Nie brak tu eksplozji skrajnych emocji: czułości i nienawiści, subtelności i przemocy. Ich brutalność wobec siebie bywa też zaskakująca, szczególnie dla festiwalowej publiczności, która wielokrotnie dosyć żywo reagowała szczególnie na przemoc ze strony Rinaldo. Oboje Dasch i Schade nieczego nie markują na scenie; nawet ich pocałunki są pełne żaru. Razem tworzą pełną energii parę. Ich odbiciem są Zelmira (niemiecka sopranistka Mojca Erdmann) i Clotarco (szwajcarski tenor Bernard Richter), ale w tej konstelacji nie zabrakło humoru. Zarówno Erdmann i Richter wykonywali swoje partie wybornie.
Fakt, że zabrakło w tym spektaklu fantasmagorii, wyszedł operze tylko na plus. W zamian powstała całkiem współczesna opowieść, utrzymująca widza w napięciu. A postarał się o to odpowiedzialny za światło Olaf Winter. Również Jochen Heckmann stworzył intrygującą choreografię, m.in. zamienił wojowników obu stron - Saracenów, którym przewodził król Damaszku Idreno (włoski baryton Vito Priante) i chrześcijan pod wodzą poruszającego się na wózku inwalidzkim francuskiego rycerza Ubaldo (wyjątkowo ciekawa partia wykonana przez amerykańskiego tenora Richarda Crofta) - w specjalne plutony, które przebiegają przez scenę kilkakrotnie wspinając się po wzniesionej pod kątem ostrym platformie.

Służyła ona nie tylko do operacji wojskowych, ale wielokrotnie była ogrywana przez śpiewaków, którzy byli zmuszeni po niej się wspinać, zjeżdżać czy nawet turlać się, a równocześnie śpiewać. Głównym materiałem scenograficznym, które wykorzystał Dirk Becker, było drewno w różnych postaciach. Szczególnie metaforycznie zagrało ono podczas sceny ścinania mirtu: zamiast autentycznego drzewa, Rinaldo zamierza się z siekierą na zarysowaną wcześniej przez siebie samego sylwetkę Armidy. Brutalny akt wymazywania zamienia się w metonimiczny gest, który prowadzi do zwycięstwa chrześcijan.

Felsenreitschule ma wciąż problemy z akustyką, ale mikrofony porozwieszane ponad sceną rekompensowały niedoskonałości tej jakże urokliwej przestrzeni architektonicznej. Ivor Bolton wspaniale grał na cembalo continuo i równocześnie dyrygował Orkiestrą Mozarteum z Salzburga, wydobywając z muzyków dźwięki adekwatne do pasji obu kochanków.
Ewa Kara