Jedną z interesujących premier tegorocznego Festiwalu w Salzburgu było pełne humoru i ambiwalentności Così fan tutte (Tak czynią wszystkie, czyli Szkoła kochanków), choć również za ciekawe propozycje uchodziły Theodora Händla w reżyserii Christofa Loy'a i Al gran sole carico d'amore (W jasnym słońcu, ciężkim od miłości) Luigiego Nono w reżyserii Katie Mitchell.

Così to ostatnia część z trylogii oper Mozarta powstałych do librett napisanych przez Lorenzo da Ponte, którą zrealizował w Haus für Mozart niemiecki reżyser Claus Guth. Motywem przewodnim całej serii była dysiluzja jakiej poddani zostają bohaterowie. W tej ostatniej operze prócz postaci scenicznych pozbawiani iluzji dotycznących romantycznej miłości są także widzowie, bo Guth zdecydowanie odmawia zainscenizowania happy endu.
W Così intrygę zawiązuje i kontynuuje diaboliczny Don Alfonso, przednio grany przez duńskiego barytona Bo Skovhusa. To już nie stary filozof, ale obeznany ze światem dandys, lekko znudzony, aczkolwiek nie unikający prowokacji, nawet jeśli w grę wchodzi manipulacja uczuciami innych. Jego pomocą w spisku, choć mającą na uwadze zupełnie odmienny punkt docelowy, jest służąca Despina, którą to partię wykonała czarująca i zabawna w swych krótkich epizodach scenicznych francuska sopranistka Patricia Petibon. Zarówno Skovhus jak i Petibon w naturalny sposób rozładowywują pełną napięcia akcję, wnosząc w spektakl mnóstwo humoru.
Intryga Don Alfonsa jest dosyć prosta i oczywiście szowinistyczna: chodzi o to, by przekonać dwojga młodych i niedoświadczonych kochanków - Ferrando i Guglielmo - o niestałości i niewierności ich partnerek, dwóch sióstr: Fiordiligi i Dorabelli. Ale w tym przypadku Lorenzo da Ponte idzie dalej niż wcześniejsze źródła literackie i podczas wystawiania płci pięknej na próbę dochodzi do zamiany partnerów. I tak w trakcie przebieranki Ferrando dosyć łatwo zdobywa Dorabellę, a Guglielmo rozkochuje w sobie Fiordiligi.
Intryga to stara jak świat, być może dla współczesnego widza zbyt mało wiarygodna. Niemniej jednak niemiecki scenograf Christian Schmidt wraz z Anną Sofie Tumą, autorką kostiumów, umieścili akcję w teraźniejszości. Akcja w całości rozgrywa się dwupoziomowym domu obu sióstr, który równocześnie jest schronieniem, jak i stwarza zagrożenie (balansująca na balustradzie pierwszego piętra amerykańska mezzosopranistka Isabel Leonard, wykonująca partię Dorabelli, wręcz zmuszała publiczność do zatrzymania oddechu na moment). Co ciekawe, to nie bohaterowie wychodzą do ogrodu, lecz to natura - w tym przypadku sosnowy las - wkracza w tę ultranowoczesną przestrzeń, najpierw kwesterując sypialnie, a potem i salon. Wertykalne pnie drzew w samym środu domu stały się równocześnie metaforą jak i wizualnym symbolem Così, nawiązującym również do ubiegłorocznej opery z cyklu Mozart/da Ponte w reżyserii Gutha: Don Giovanniego, który rozgrywał się w środku lasu. Bowiem, według Dona Alfonso, natura nie robi wyjątków.
Realizatorzy spektaklu znaleźli także logiczne rozwiązania problemów z prawdopodobieństwem wydarzeń. Szczególnie efektywne było pokazanie obojga kochanków jako prawie identycznych postaci, czemu sprzyjała kondycja fizyczna obu śpiewaków: fińskiego tenora Topi Lehtipuu grającego Ferrando i norweski baryton Johannes Weisser występujący w partii Guglielmo, którzy są oboje wysocy i smukli. Jedyne, co ich odróżniało na scenie to kolor koszuli i krawata.

Projekcje wideo, które przygotowali Alex Buresch i Kai Ehlers, skutecznie ułatwiały empatię, szczególnie gdy intryga nabierała wciąż nowych kolorów. Wiwysekcja uczuć, zwłaszcza tych najbardziej sprzecznych, które doświadczała bardziej niezłomna w swej miłości Fiordiligi w wykonaniu szwedzkiej sopranistki Miah Persson, nie miały sobie równych. Szkoda tylko, że interpretacja węgierskiego dyrygenta Adama Fischera nie wykorzystała wszystkich możliwości wiedeńskich filharmoników.
Ewa Kara