Teatr operowy w Walencji - Palau de les Arts Reina Sofia - jest nie tylko największym budynkiem operowym w Europie (40 000 m2), ale także najmłodszym. Otwarty w 2005 roku, pomyślnie zarządzany przez dyrektora artystycznego Helgę Schmidt i dyrektora muzycznego Lorina Maazela, cieszy się już nie byle jaką reputacją w świecie operowym. Być może nie przypadkowo futurystyczna bryła teatru autorstwa słynnego architekta Santiago Calatravy wygląda jak potężny okręt, zdolny nawigować wśród sztormów współczesnej opery. Na scenie Palau goszczą najznakomitsi artyści operowi, a ambitna dyrekcja podejmuje coraz to nowe wyzwania. Jednym z nich jest wystawienie dwóch kompletnych cykli wagnerowskiego Ringu w ramach drugiego Festiwalu Śródziemnomorskiego, któremu przewodniczy Zubin Mehta. Reżyseria Ringu została przekazana katalońskiemu zespołowi teatralnemu La Fura dels Baus, znanemu ze swoich kontrowersyjnych produkcji, łączących w sobie elementy Cirque du soleil, Gwiezdnych wojen i animacji komputerowej.
Jedno z ośmiu przedstawień dwóch cykli Ringu było najbardziej spektakularne - Walkiria 24 czerwca 2009. Właśnie ów spektakl był wystawiony w ramach "Roku Kreatywności i Innowacji Europa 2009". Ekscytujące wydarzenie zaproponowano wszystkim miastom europejskim jako bezpośrednią transmisję na telebimach.
Niech się wstydzą te miasta, które zlekceważyły taką możliwość! Fascynująca oferta niewielkiej, ambitnej Walencji zyskała rażąco mały odzew za strony miast, które chcą uchodzić za ważne centra na europejskiej mapie kulturalnej. Walkirię na telebimach mogli oglądać jedynie mieszkańcy Brukseli, Imoli, Ravenny, Sofii, Liverpoolu, Manchesteru, Swansea i Bristolu.
Ani jednego miasta z Niemiec czy Austrii - krajów o tak bogatej tradycji operowej - z Francji, z Polski... No comment! Ci, którym dane było zobaczyć spektakl zarówno w Palau de les Arts Reina Sofia, jak i na telebimach gdzieś w Europie, mieli poczucie, że uczestniczą w czymś wyjątkowym.
Inscenizacja autorstwa zespołu La Fura dels Bau na pierwszy rzut oka wydawała się jedną z tych wideoprojekcji, które dawno przestały już być nowością we współczesnym teatrze operowym.
Przeróżne, przygotowane starannie i pełne efektów specjalnych projekcje przewijały się w tle nieustannie, na szczęście wiążąc się ściśle z zasadniczym trzonem libretta. W przeciwieństwie do uderzająco nowoczesnej scenografii kostiumy (futro Siegmunda, skórzany strój Sieglindy) mogły się wydawać raczej tradycyjne, choć nieco dziwaczne.

W akcie II i III Wotan, Fricka i niektóre Walkirie pojawiali się na metalowych podnośnikach, wysoko ponad światem ludzi. Podnośniki te były wprawiane w ruch przez mężczyzn ubranych w czarne, kamuflujące ich obecność na scenie stroje. Operowali oni konstrukcjami bardzo sprawnie, czasem tak szybko, że było to prawdziwym wyzwaniem dla śpiewaków, dryfujących wysoko nad sceną. Nad sceną również poruszała się jak ogromne wahadło stalowa kula, pełna martwych ciał bohaterów z pól bitewnych, co we wstrząsający sposób pokazywało miałkość ludzkiego życia wobec zamiarów bogów. Wszystkie te scenograficzne pomysły, niewątpliwie interesujące i nowe, były jednak tylko tłem dla śpiewaków, którzy sięgali wyżyn sztuki.
W obsadzie tej Walkirii roiło się od znakomitości. Bayreuth mogłoby zzielenieć z zazdrości! Zacznijmy od znakomitych Walkirii: Bernadette Flaitz (Gerhilde), Elena Pankratova (Ortlinde), Pilar Vázquez (Waltraute), María Luisa Carbacho (Schwertleite), Eugenia Bethencourt (Helmwige), Marina Prudenskaya (Siegrune), Manuela Bress (Grimgerde) i Daniela Denschlag (Roßweiße). Dalszy ciąg wspaniałej listy wykonawców to: Sieglinde: Eva-Maria Westbroek, Hunding: Matti Salminen, Wotan: Juha Uusitalo, Brünnhilde: Jennifer Wilson, Fricka: Anna Larsson, Siegfriedem był nie kto inny niż sam Plácido Domingo. Ta imponująca obsada nie oznaczała tylko obecności gwiazd, ale była gwarancją najwyższego muzycznego poziomu wykonawczego.
Rola Siegmunda jest zawsze wyzwaniem dla tenora, szczególnie pierwszy akt. Śpiewak musi wiarygodnie przekazać różnorodne uczucia, poczynając od skrajnego wyczerpania i rozpaczy, na namiętnych wyznaniach miłosnych kończąc. Partia Siegmunda pod względem muzycznym jest szalenie wymagająca, a do tego musi być wyśpiewana w archaicznej niemczyźnie, pełnej aliteracji, ciężkiej do wymówienia i bardzo trudnej do zrozumienia. Domingo, często krytykowany (zwłaszcza przez nie-Niemców) za mało dokładną niemiecką wymowę, tym razem naprawdę nie dał swoim ewentualnym krytykom pola do popisu. Jego wymowa była doskonale zrozumiała, akcentował najtrudniejsze wersy precyzyjnie i wyraźnie. Ale oczywiście nie wymowa jest tym, co najważniejsze w operze, lecz śpiew. I na tym polu Placido Domingo jest ciągle niepokonany, jest wciąż niezrównanym interpretatorem Wagnera. Jego pełny, gorący, bogaty tembr głosu, piorunująca mieszanka włoskiej giętkości z heroicznym niemieckim heldentenorem jest po prostu wyjątkowa.
Tego wieczoru, 24 czerwca 2009 roku, Domingo był w wielkiej formie wokalnej i fizycznej, choć uważny obserwator mógł dostrzec, jak wyczerpujący był dla niego długi pierwszy akt. Trzeba pamiętać, że Domingo ma 68 lat, lecz jako pełnokrwisty śpiewak-aktor daje z siebie zawsze na scenie wszystko. Bliżej końca pierwszego aktu był nieco zmęczony, podczas Nothung, Nothung zdarzył się jeden krótki słabszy moment, ale reszta jego występu była czymś wspaniałym: niewiarygodnie potężny głos, dźwięczne wysokie nuty, świetne aktorstwo i wspaniała prezencja sceniczna. Domingo zna swoje możliwości i z najwyższą inteligencją gra wszystkimi posiadanymi atutami. Cudownie liryczne i czułe Wintersturme samo w sobie byłoby wystarczającym powodem, aby zobaczyć ten spektakl, a co dopiero mówić o całym jego występie! Wielki triumf Dominga!
Kolejną gwiazdą tego spektaklu był Matti Salminen, który zastąpił chorego Stephena Millinga w partii Hundinga. Kiedy Salminen i Domingo śpiewali razem, miało się uczucie, że ze sceny płynie niesamowita siła, pochodząca z pradziejów i odwieczna. To był naprawdę magiczny moment, kiedy tych dwóch gigantów opery budowało wspólnie, nuta po nucie, wielką muzyczną konstrukcję. Obaj nie muszą już niczego udowadniać, ale robili to. Udowadniali, że nadzwyczajny śpiew nie jest zasługą młodości, ale raczej mądrości, doświadczenia, inteligencji i oczywiście wyjątkowego talentu. Matti Salminen urodził się do śpiewania ról wagnerowskich. Jego potężny, pewny we wszystkich rejestrach bas z łatwością wypełniał salę Palau de les Arts. Choć znany z tego, że preferuje bardziej statyczne inscenizacje, Salminen nie ma problemów z zadaniami aktorskimi. Może się na nich całkowicie skoncentrować, ponieważ głos zdaje się płynąć z niego w sposób doskonały, jakby od niechcenia.
Jako Sieglinda wystąpiła Eva-Maria Westbroek - wysoka blondynka, której uroda dorównywała piękności głosu. Nawet dredy, które ona i Domingo musieli nosić na głowie, nie odebrały jej atrakcyjnego wyglądu. Duńska śpiewaczka (urodzona w 1971 roku) obdarzona jest silnym głosem, któremu potrafi nadać brzmienie od lirycznego do bardzo dramatycznego. Tej Sieglindzie doprawdy nie brakowało niczego ani pod względem wokalnym, ani aktorskim. Śledziliśmy przemianę tej postaci od jej pierwszego momentu, gdy ukazała się na scenie jako pokorna niewolnica Hundinga - aż do przeistoczenia się w dumną przyszłą matkę Siegfrieda.
Brunhilda to niebezpieczna rola. Jakże często słyszymy słynne Hojotoho jako ostry, przeszywający uszy dźwięk na granicy krzyku. Ale Jennifer Wilson jest inna. Cóż za głos i jak bezbłędnie kontrolowany! Bogaty i ciepły sopran nie traci nic ze swego blasku w górze skali. To wschodząca gwiazda na firmamencie świata Nibelungów. Wagnerowi by się podobała. Na tle gwiazdorskiej obsady Juha Uusitalo w roli Wotana był chyba najsłabszym punktem. Proszę nie zrozumieć tego źle - śpiewak ten dysponuje pięknym ciepłym barytonem o metalicznie brzmiącej górze, ale w porównaniu do przebogatego basu Salminena głos mógł się chwilami wydawać nieco bezbarwny. Ale mimo wszystko finałowa scena, pożegnanie z Brunhildą, była bardzo poruszająca. Tylko jednym słowem można najlepiej określić kontralt Anny Larsson (Fricka) - mocarny. Szczególnie w dolnym rejestrze jej głos miał niewiarygodną siłę, ale lekkość, z jaką go wydobywała, sprawiała, że mniej myślało się o potędze dźwięku, a więcej o naturalnej piękności tego głosu.

Na koniec kilka słów o orkiestrze i jej wspaniałym dyrygencie. Orquestra de la Comunitat Valenciana została utworzona w 2006 roku, lecz zdążyła już osiągnąć wysoki poziom profesjonalizmu. Oczywiście, nie jest tak doskonała jak orkiestry z długą tradycją, których maestria rozwijała się przez całe dekady, ale pod batutą Zubina Mehty brzmiała naprawdę pięknie, z zadziwiającą wrażliwością lub dramatyczną siłą. Drobne niedociągnięcia zdarzały się od czasu do czasu tylko w sekcji dętej. Zubin Mehta nie dyrygował Walkirią. Zubin Mehta celebrował Wagnera. Dawał ogromne wsparcie śpiewakom, ale nie zapominał, "kto tu rządzi". Był jednocześnie pokornym sługą cudownej wagnerowskiej muzyki - i jej panem zarazem. Wydobywał piękno genialnej partytury z tak oczywistą swobodą, że słuchanie tego było nieskończoną radością.
Kto wie... może na mapie Europy powstało nowe ważne miejsce związane z muzyką wagnerowską? Może wkrótce miłośnicy muzyki Wagnera będą odwiedzać nie tylko Zielone Wzgórze w Bayreuth, ale i przepiękny Park Turii w Walencji, mieście, które postawiło na kulturę?
Gabi Eder (Austria), tłum. J. K.