Przegląd nowości

Lohengrin jako marionetka

Opublikowano: środa, 20, maj 2009 02:00

Jego Parsifal w Bayreuth tamtego roku zaszokował publiczność i dyrekcję festiwalu, ale też i okazał się niesamowitym sukcesem. Również i Berlinie podczas tegorocznego festiwalu Festtage Daniela Barenboima norweski reżyser zamieszkały na stałe w Berlinie - Stefan Herheim - zaszokował nie tylko operową publiczność. Oczywiście afery zdarzają się nie tylko w polskich operach, ale wszędzie, tylko nie zawsze wychodzą na światło dzienne. Odejście poprzedniego dyrektora artystycznego Petera Mussbacha ze Staatsoper obyło się bez większego skandalu, ale Herheim ma o co walczyć, więc odważył się ujawnić rąbka tajemnicy jak wygląda współpraca nad Lohengrinem ze słynnym maestro.

Image

Już kilka lat wcześniej Herheim wyreżyserował w UDL operę, była La forza del destino Verdiego, ale wówczas za pulpitem stanął austriacki dyrygent Michael Gielen. Tym razem Herheim miał pecha, i to nie tylko z powodu współpracy z jednym z najbardziej celebrowanych dyrygentów, który rzadko pojawiał się na próbach i któremu nie podobały się niektóre pomysły inscenizacyjne młodego reżysera (szczególnie zaś pantomima podczas uwertury, którą zapowiadał zagrać dwa razy w odwecie przeciwko pomysłom reżyserskim), ale także z powodu chorób dwóch najważniejszych śpiewaków: basa René Pape, który miał śpiewać partię niemieckiego króla, oraz tenora Burkharda Fritza, który miał zagrać tytułową rolę. W rezultacie wśród obsady zdominowanej przez niemieckich śpiewaków, pojawił się Kwangchul Youn, występujący jako Henryk Ptasznik. Koreański bas świetnie poradził sobie z tą rolą i był bardzo ciepło przyjęty przez publiczność. Natomiast tenor Klaus Florian Vogt, wykonujący partię Lohengrina, wzbudził bardzo mieszane uczucia.


W całej masie nieszczęśliwych splotów wydarzeń obsada Vogta była jednak trafiona w dziesiątkę. Niemiecki tenor dopiero od kilku lat prowadzi samodzielną karierę i nie związany z żadnym domem operowym. Lohengrin to jego popisowa rola, którą wykonywał już w Metropolitan i w La Scali. Berlińska publiczność była jednak podzielona: połowa go gorąco oklaskiwała, a druga połowa - gwizdała i buczała. Głośnych oponentów z pewnością zaszokował głos Vogta, który całkowicie odbiega od tradycyjnych wyobrażeń o Wagnerowskim tenorze. Brzmi on wręcz nieziemsko, bo cały czas utrzymuje się w górnych rejestrach właściwych raczej dla Mozartowskiego Tamina niż dla Lohengrina, ale Vogt potrafi tak śpiewać godzinami bez najmniejszego wysiłku, a jego technika pozwala mu wykonywanie tej jakże wymagającej partii. Choć właściwie inscenizacja Herheima igra z konwencjonalnymi przedstawieniami opera Wagnera, to jednak bardzo wysokie i czyste, a zarazem pełne liryzmu i spiritualizmu brzmienie perfekcyjnie się nadawało do interpretacji reżyserskiej.

Image

W inscenizacji Herheima Lohengrin to "bardzo komiczna opera" wystawiona w teatrze marionetkowym dla dzieci. Ten koncept może wydawać się na pierwszy rzut oka bardzo prosty lub dla niektórych wręcz nieodpowiedni, ale reżyser po prostu genialnie żongluje asocjacjami, które przywołują zarówno opera Wagnera jak i teatr marionetkowy. Są więc na scenie nie tylko marionetki z Lohengrina i samego kompozytora w słynnym aksamitnym berecie i bokobrodami, ale również i śpiewacy poruszają się jak marionetki, co często jest źródłem komizmu, i wszyscy noszą pod tradycyjnymi średniowiecznymi kostiumami wagnerowskimi, które zaprojektowała Gesine Völlm, cieliste trykoty z liniami słoi drzewnych i liśćmi dębowymi, bo każdy z nich jest przecież drewnianą lalką.


Ryszard Wagner pojawia się już podczas uwertury: śpiący na pniu ogromnego drzewa kompozytor budzi się i pełen inspiracji zaczyna tworzyć, a długie sznurki zwisające z nadscenia powoli animują każdą część jego ciała. To urzekająca scena, gdzie każdy ruch jest wymowny i podkreśla harmonię muzyki. Herheim zilustrował "Traktat o marionetkach" Heinricha von Kleista używając Wagnera, chyba już bardziej nie można zrehabilitować obecności lalek w teatrze operowym. Marionetka kompozytora Lohengrina (grana przez aktora) potem zostaje podniesiona do góry, a jego gęsie pióro zamieni się później w ogromnych rozmiarów symbol łabędzia, z którym przybywa z nadscenia Lohengrin.

Image 

Podobnie jak i w La forza del destino Herheim umiejscawia akcję we współczesnym Berlinie, gdzie funkcjonują trzy opery, z których przecież każda dobra jest. Najpierw jednak widzimy sopranistkę Dorotheę Röschmann, która czyta partię Elzy z Brabancji i jak pierworodna Ewa je jabłko, będące tutaj także symbolem i omenem złamanego zakazu. Dopiero w chwilę później wchodzi Herald, którego w dwóch przedstawieniach zagrał normalnie występujący w Deutsche Oper baryton Markus Brück, przebrany za berlińskiego niedźwiedzia wraz z chórem niosącym marionetki Wagnera i germańskich bohaterów w jakże typowych nakryciach z rogami.



Kiedy jednak Röschmann bierze do ręki marionetkę Elzy, identyfikacja sopranistki z postacią dokonuje się na naszych oczach i próba czytana przeradza się w normalny spektakl, kiedy to już podczas Aktu 2 wszyscy mają na sobie średniowieczne kostiumy i akcja również rozgrywa się w marionetkowej scenografii przedstawiającej średniowieczne zabudowania, fenomenalnie wykreowane przez stałą współpracowniczkę Herheima - Heike Scheele. Podczas Aktu 3 dwie rzeczywistości ponownie powracają: chór pojawia się w normalnych ubraniach z marionetkami i słucha arii Lohengrina siedząc na deskach sceny, podczas której Ortrud (świetna mezzosopranistka Michaela Schuster) jak pozbawionej animatora marionetce odebrane zostaje życie sceniczne. Tak jak Wagner pod koniec uwertury zostaje podniesiony do nadscenia tak samo i Lohengrin opuszcza Elzę, tylko że zaraz spada z hukiem roztrzaskując się na podłodze.

Image 

Jak do tej pory Lohrengrin jest najbardziej wielowarstwową i metaforyczną tegoroczną premierą w UDL. Każdy detal jest tu przemyślany i dopasowany, ale kompleksowy całokształt opery - niestety - dla wielu zbyt trudny do zaakceptowania. To inscenizacja, która zmusza do intensywnego wysiłku intelektualnego, ale równocześnie kreuje piękne obrazy i wchodzi w żywy dialog z operą jako sztuką i instytucją.

                                                                                                          Ewa Kara