Przegląd nowości

Jewgienija Kuźniecowa - śpiewaczka bez cienia...wątpliwości

Opublikowano: środa, 20, maj 2009 02:00

To miało być wielkie wydarzenie i - w sumie - było. Po raz pierwszy w naszym kraju, po 90 latach od skomponowania, zagościła też zresztą nie tak dawno "odkryta" przez świat opera Richarda Straussa - Kobieta bez cienia, Die Frau ohne Schatten (gwoli ścisłości Stadt Theater Breslau, wystawił tę operę już w kilka miesięcy po prapremierze, w marcu 1920 roku). Pamiętam letni Festiwal w Salzburgu '492 kiedy to opera ta święciła swoje wielkie triumfy po latach zapomnienia, z Cheryl Studer w roli Cesarzowej oraz z Wiener Philharmoniker i Sir Georgiem Soltim na dyrygenckim podium. Kiedy byłem tam w sierpniu, aby posłuchać Krystiana Zimermana z Filharmonikami z Los Angeles pod Salonenem (Bartok), aby poznać Św. Franciszka z Asyżu Messiaena (także z Salonenem, który dyrygował tym kilkugodzinnym spektaklem z pamięci!) wszyscy festiwalowi goście mówili wtedy tylko o jednym: o inscenizacji Goetza Friedricha - Kobiety bez cienia.

Image

Czy ta wrocławska premiera też przejdzie do historii ? Naszej na pewno bo przecież nie możemy się porównywać z "Salzburger Festspiele". Dzięki Operze Wrocławskiej poznaliśmy fantastyczne dzieło muzyczne, które na pewno w odkrywaniu operowego Straussa w naszym kraju odegra znaczącą rolę.


Przedstawienie to wyreżyserował Hans Peter Lehmann, znany nam doskonale z bardzo dobrych inscenizacji wagnerowskich w tej operze. Przedstawienie przebiegało gładko, sprawnie, wiarygodnie ale pięknie i ciekawie od strony symbolicznej, tytułowego cienia, jego wieloznaczności. Czuło się, że reżyser ma w tym konkretnym temacie i zakresie wiele do powiedzenia. Trochę narodziło się u mnie tzw. mieszanych odczuć wobec ukazania oczywistej, ważnej w tym libretcie metamorfozy żony Baraka, która powoduje wrażenie jakbyśmy byli wręcz na dwóch różnych operach. W librettach operowych dzieją się dziwne rzeczy ale ta akurat wyjątkowo przeszkadzała mi w chłonięciu treści autorstwa mistrza nie byle jakiego bo Hugona von Hofmannstahla. Widać, zmienności kobiet niejeden mają wymiar...

Image 

Prowadząca spektakl Ewa Michnik, w ciekawym wywiadzie umieszczonym w majowym "Kurierze Operowym" słusznie określa to straussowskie arcydzieło jako najbardziej symfoniczną operę, uznając zarazem partyturę za najbogatszą: z poczwórnym drzewem, 6 trąbkami, 8 waltorniami, bogata perkusją, dwiema czelestami itd.


 

Pewnie tak było ale na pewno bardzo brakowało mi brzmieniowego bogactwa, pełni, na pewno smyczkowej soczystości. Orkiestra w sumie nieźle sobie radziła z partyturowymi trudami - pamiętam np. piękne solo klarnetowe (nie podobało mi się, długie niestety, solo skrzypcowe). Sporo jednak było kiksów, nieprecyzyjności, stanowczo za dużo, ale mam świadomość, że było to zadanie niebotycznie trudne. Jeśli miałbym porównywać tę grę orkiestry z jej wagnerowskim wyczynem - to drugie było o niebo lepsze, mimo nagłośnienia (mam nadzieję, że nie dlatego).

Image 

Głosy... Byłem na sobotniej premierze, jak ją anonsowano - z gwiazdą. Mówiąc szczerze nie wiem za bardzo kto miałby nią być... Jak można było przeczytać, były trzy zagraniczne, potencjalne gwiazdy (z jedną fałszującą...), tyle tylko, że w zasadzie żadna z nich nie podobała mi się. Szczęśliwie, nie spodobały się i publiczności.

Image

Jaka była moja radość kiedy wychodzące po oklaski dwie "gwiazdy" (para cesarska) otrzymały słabe, takie sobie oklaski, a dwie solistki Opery Wrocławskiej - wręcz entuzjastyczne, zresztą całkowicie słusznie i zasłużenie! Oznacza to, że publiczność wrocławska zna się na rzeczy doskonale, czemu trudno się dziwić, mając tak świetną i tak znakomicie działającą operę w swoim mieście. Byłem pod wrażeniem tej reakcji...


Jedynie Wolfgang Brendel (Barak Farbiarz), ten trzeci gościnny śpiewak, otrzymał entuzjastyczne bravi jak wreszcie poprawnie krzyczała publiczność - co słyszałem u nas po raz pierwszy. Za tymi owacjami i właściwą liczbą mnogą "braw", kryje się jednak prawdziwa "pułapka" - owację zgotowała bowiem Niemcowi, przede wszystkim - jak sądzę - bardzo poważna...niemiecka część operowej widowni. Nie ma w tym oczywiście niczego złego, tym bardziej, że Niemiec sobie na to zasłużył najwięcej z trojga "gwiazd". Mnie się nie podobał szczególnie ani jego śpiew, ani postawa na scenie, tak w czasie spektaklu, jak i po nim, podczas przyjmowania owacji.

Image 

Nie potrafił - w czasie spektaklu - zapanować nad swoją niezadowoloną, wiecznie sfrustrowaną żoną, a podczas finałowych ukłonów wodził rej, robił wrażenie jakby nikt lepiej od niego nie wypadł. A wypadły, i to dwie skromnie przyjmujące zaszczyty solistki Opery Wrocławskiej: Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak (Mamka) oraz niedawno zatrudniona rewelacyjna Rosjanka - Jewgienija Kuźniecowa (żona Baraka). Były wprost znakomite! Ta pierwsza była tak niesamowicie wyrazista scenicznie i aktorsko, nie tylko muzycznie, a jej rola była przecież ogromnie ważna, i to pod każdym względem - to jedna z kluczowych postaci.

Ta druga zaś, była prawdziwą gwiazdą tej polskiej prapremiery. Jej fantastyczny śpiew, wielki, doskonale przebijający się, wręcz panujący nad orkiestrą głos - wywarł na mnie ogromne wrażenie. Widziałem i słyszałem wspaniałą iście wagnerowską śpiewaczkę, dla której ta arcytrudna, a może i najważniejsza rola w całej operze - była rolą wręcz wymarzoną, jakby dla niej napisaną! Nie było ani momentu słabości, ani chwili spadku formy... Wielkie gratulacje. Zastanawiam się tylko - tak na marginesie - czy miała ona, aktorsko, swój udział w tym moim wcześniej wspomnianym odczuciu bycia na dwóch operach ? Ale to jest drobiazg, to moje odczucie - oczywiście...

                                                                                           Adam Rozlach