O tym, że żyjemy w erze globalizacji, nie trzeba przypominać, ale opery w Niemczech wydają się robić z niej przedni użytek, a przecież podróżowanie wcale nie jest tutaj problemem, bo z jednej strony Kolej Niemiecka funkcjonuje nad wyraz sprawnie, a z drugiej strony tanie linie lotnicze skracają czas wyprawy jeszcze bardziej. Niemniej jednak, operowych fanów gotowych przemierzać cały kraj wzdłuż i w szerz nie ma aż tak dużo, najczęściej jednak jeżdżą by usłyszeć wielką diwę jak koloraturowa sopranistka Edita Gruberová czy słynnego tenora jak Plácido Domingo.
Poszczególne domy operowe coraz częściej wpółpracują ze sobą i udostępniają przedstawienia, obniżając tym samym koszty produkcji. I tak też było z Kłusownikiem albo Głosem natury Alberta Lortzinga w reżyserii i dekoracjach brytyjskiego artysty Nigela Lowery, który w 2005 roku był pokazywany na deskach Staatsoper Stuttgart, a w styczniu miał premierę w Operze w Kolonii.Ta opera komiczna Lortzinga - Der Wildschütz oder Die Stimme der Natur z 1842 roku, pomimo iż ugruntowała sławę kompozytora i była wystawiana także poza krajami niemieckojęzycznymi, jednak nie wpisała się na stałe do kanonu operowego.
A jest to dosyć zastanawiający fakt, ponieważ libretto, które napisał kompozytor opierając się na sztuce Augusta von Kotzebue, jest pełne dynamiki i niespodziewanych zwrotów akcji, a muzyka je świetnie dopełnia. Specjaliści twierdzą, iż to ze względu na wymagania wokalne jakie swoim śpiewakom postawił Lortzing, ale ja bym postawiła raczej na niezbyt rozbudowane indywidualne partie, zastąpione przez kompozytora wręcz nieskończoną ilością zbiorowych numerów, od duetów po kwintety i sekstety. Na dodatek każda z postaci jest komiczna, co również widoczne jest w inscenizacji, prowadząc - ku mojemu zdumieniu - do przesycenia widza komizmem. Humorowi oparła się za to Katharine Leyhe, grająca Baronową Freimann, która nie mogła odnaleźć się w świecie gagów Lowery'ego. Zawiłą komedię omyłek i przebieranek Lowery przeniósł w lata 50. ubiegłego wieku, które podkreślały elementy scenografii: graficznie potraktowane blokowisko, wszechobecna sklejka, którą wyłożona była cała scena, część kostiumów zaprojektowanych przez Davida Königa oraz sfilmowane w konwencji czarno-białych seriali telewizyjnych mówione zgodnie z tradycją niemieckiego Singspielu operowe dialogi. A cytatów odnoszących się do bardzo szeroko rozumianej kultury nie brakuje, np. gang koleżków Hrabiego ubrany został jak w gang Mechanicznej pomarańczy Stanleya Kubricka, bo bez nich Lowery nie mógłby żadnej opery zainscenizować.

Reżyser bardzo sprawnie połączył projekcje z akcją na żywo podkreślając humor albo - jak przystało na prawdziwie brechtowski efekt obcości - ją wytworzyć dystans pomiędzy słowem a akcją. Podobnemu celu służyła kurtyna spektaklu, na której przedstawiona została para czytająca książkę o tytule Wir sind sehr froh (Jesteśmy bardzo radośni). Ale ta radość jest wyjątkowo powierzchowna, co podkreśla zarówno kolorystyka jak i miny graficznie ujętych Gretchen i Baculusa. Bo choć wszystko ma być śmieszne, to jednak gotowość Baculusa do odstąpienia ukochanej Małgorzaty za pięć tysięcy talarów i kazirodcze zauroczenie własnym rodzeństwem - Hrabina zakochana w przebranym za lokaja baronie Kronthalu, a Hrabia w baronowej Freimann, udającą studenta przebranego za Małgorzatę - są co najmniej dwuznaczne, a Lowery inteligentnie zabarwił spektakl dysonansem i czarnym humorem. Choć koncepcja reżyserska i scenografia pochodzą ze Stuttgartu, to kolońska opera oczywiście wykorzystała swoich śpiewaków. I tak w obsadzie znaleźli się między innymi ubóstwiany przez lokalną publiczność baryton Miljenko Turk, który wcielił się w rolę idola nastolatek hrabiego von Eberbach, przystojny tenor liryczny Hauke Möller występujący jako baron Kronthal, bas Wilifred Staber, grający Baculusa, czyli rolę tutułową. Role żeńskie już nie były już tak doborowo obsadzone prócz sopranistki Claudia Rohrbach, która zagrała bardzo frywolną w tej inscenizacji Małgorzatę, narzeczoną Baculusa. Ale i tak pozostałe śpiewaczki: Viola Zimmermann jako Hrabina i pochodząca z Lubeki sopranistka Katharina Leyhe sobie całkiem nieźle radziły z wymagającymi wokalizami. Przedstawienie jak przystało na dobrą komedię omyłek w mozartowsko-rossinowskim stylu, podkraszone czarnym humorem reżysera, okazało się miłym wieczorem, potwierdzającym czar muzyki Lortzinga.
Ewa Kara