Sasha Waltz ponownie wzięła w swoje władanie nową przestrzeń architektoniczną zanim oficjalnie przejmie ona zupełnie inne funkcje. Wcześniej swoich podwoii udostępnili jej berlińskie Muzeum Żydowskie (1999) i Radial System (2006). Tym razem przez dwa tygodnie tancerze, muzycy i śpiewacy ożywili Nowe Muzeum na Wyspie Muzeów w Berlinie. Wybudowana w latach 1844-55 placówka ucierpiała najbardziej spośród licznych tu muzeów podczas II wojny światowej i dopiero teraz, po 60 latach, ponownie zostanie otwarte dla zwiedzających. Nad jego renowacją i rekonstrukcją dziewiętnastowiecznego budynku muzealnego czuwa brytyjski architekt David Chipperfield. A uroczysta inauguracja ma nastąpić w październiku tego roku.
Zanim jednak egipskie eksponaty, takie jak słynne popiersie Nefertete i papirusy, oraz prehistoryczne obiekty archeologiczne powrócą do swojej dawnej siedziby, siedemdziesięciu artystów pod wodzą niemieckiej choreograf Sashy Waltz przywróciło do życia tę do tej pory martwą przestrzeń (choć prace nad jej rekonstrukcją trwają nieprzerwanie od ponad 10 lat).
A tłumy były ogromne, i już na miesiąc przed zaplanowanymi występami zabrakło biletów, a mimo to długa kolejka chętnych formowała się każdego dnia, by nie tylko zobaczyć odrestaurowane muzeum, ale by zobaczyć jak tak przestrzeń nabrała nowego wyrazu i blasku. A dla Waltz każda przestrzeń pulsuje historią, którą przekłada na właściwy sobie język ruchu ciała, który tylko częściowo determinuje dana czaso-przestrzeń.
A historia Nowego Muzeum jest tak złożona jak i historia muzealnictwa. W ciągu dwóch i pół godziny Waltz pokazała te nakładające się tutaj warstwami konflikty i punkty widzenia czasem pełne napięcia, ale także i humoru. Każde możliwe, a często wręcz i wydawać by się mogło, iż niemożliwe umiejscowienie tancerzy wchodziło w grę. Stali więc na parapetach okiennych, wąskich wystających półkach czy krawędziach klatki schodowej. Liza Aplízar Aguilar w Sali Średniowiecznej potrafiła wdrapać się po ścianach absydy i zniknąć zupełnie z pola widzenia publiczności. W Sali Grobowców Nicola Mascia i Pinar Ömerbeyoglu, podobnie jak i na Egipskim Dziedzińcu Virgis Puodziunas (ten sam, który tańczy rolę Eneasza w Dydonie i Eneaszu Purcella w Staatsoper Unter den Linden) i Lisa Densem, odkrywali przed widzem możliwości ruchu w piasku, łącznie z tym, że byli nim zupełnie przysypani. Waltz znalazła też sposób, by pokazać, że chodzić można swobodnie po pionowych ścianach olbrzymiej hali klatki schodowej łączącej drugie piętro z trzecim. Największą furorę wśród widzów robiła jak zwykle Charlotte Engelkes - tym razem ubrana i wystylizowana na dziewiętnastowieczną damę. Jej maniery, zachowanie oraz zabawne dygresje i wyjątkowo inwencyjne wykorzystanie możliwości szerokiej krynoliny i rekwizytów uwodziły każdego, czarując urokiem minionej epoki. Kostiumy, które zaprojektował Bernd Skodzig (świetne, z wyjątkiem piaskowej grupy tancerzy w Sali Rzymskiej), jednakże były bardzo współczesne, choć odnaleźć w nich można echa sztuki starożytnej.
Miejsca, które wydawały się ograniczać tancerzy, zmuszały jednak do wykreowania kompozycji ruchu tak typowego dla przedstawień sztuki egipskiej. W rezultacie powstała choreografia, w której najważniejsze były balans i przejrzystość formy. Zminimalizowany ruch i symetria wydawały się ożywiać rzeźby egipskie jakimi na moment stały się ciała tancerzy. Ale takie podejście było by zwykłą kliszą naszych wyobrażeń o tej sztuce. Kontrapunktem toteż dla niej były pełne dynamizmu choreografie, jak na przykład w Sali Etnograficznej i Greckiej, gdzie rytmiczne powtórzenia emanowały żywiołowością i energią właściwą tylko tancerzom Waltz.
Jako ilustrację muzyczną wykorzystano utwory instrumentalne i wokalne głównie współczesnych kompozytorów takich jak Georg Friedrich Haas, Peteris Vaskas, Iannis Xenakis, György Ligeti, Thomas Jennefelt, Ruth Wiesenfeld, Claude Vivier. Jedynym wyjątkiem był fragment Kwintetu smyczkowego F-dur Antona Brucknera. Muzycy z zespołu solistów Kaleidoskop i Vocalconsort Berlin, tak jaki i tancerze, przemieszczali się po całym muzeum, czasem wręcz byli włączani do choreografii, tworząc w ten sposób organiczną całość. Muzealnicy będą mieć trudny orzech do zgryzienia, by swoją aranżacją eksponatów dorównać geniuszowi Sashy Waltz.
Ewa Kara