Wystawienie Tannhausera Ryszarda Wagnera dla każdego teatru operowego stanowi ogromne wyzwanie. Poznańska scena przygotowała nową realizację tego dzieła po 42 latach. Niemiecki reżyser Achim Thorwald postanowił umieścić akcje opery nie w realiach XIII lecz XIX wiecznych, tłumacząc, że tak jak bohater opery był autsajderem dla swoich współczesnych tak Wagner także nie mógł się odnaleźć w społeczeństwie swoich czasów. Inscenizatorzy użyli bardzo prostych zabiegów. Scena jest prawie pusta zaś prawdziwe obrazy średniowiecznej rzeczywistości czyli pielgrzymujący do Rzymu pokutnicy pojawiają się z dala za kulisami.
Stąd nawet święto śpiewacze na zamku w Wartburgu rozgrywa się w białych dekoracjach z chórem i solistami w ciemnych czarnych lub brązowych kostiumach. Ostatni akt zaś to ruina całego świata w którym żył Tannhauser. Nie do końca przekonała mnie ta wizja bo istnieje duży rozdźwięk pomiędzy stosunkiem XIII wiecznego a XIX wiecznego społeczeństwa do religii czy etyki postępowania. Rozpusta Tannhausera w grocie Wenus inaczej bolała wcześniej zmuszając bohatera do pokuty i oczyszczenia niż zaledwie przed 150 laty.Także zupełnie odmienna była walka o idee, a to przecież był główny powód zakłóconego turnieju śpiewaków, gdy Tannhauser śmiał się przyznać do namiętności i do zmysłowej miłości.
Wykonawczo najmocniejszym atutem przedstawienia był Chór Teatru Wielkiego przygotowany przez Mariusza Otto wzmocniony Chórem Przyoperowym. Pojawili się także śpiewacy Poznańskiego Chóru Chłopięcego. Znakomicie wypadł Chór Pielgrzymów i inne zbiorowe sceny wokalne, choć chór z II aktu Radośnie pozdrawiamy szlachetną salę był zagoniony. I tu dochodzimy do kluczowej postaci dyrygenta Eralda Salmierego, który dał się poznać jako bardzo dobry realizator oper włoskich.
Tkanka orkiestry w dziełach Wagnera niesie akcję silniej niż piękne arie Verdiego bo w jej warstwie muzycznej zawartych jest znczenie więcej muzycznycuh komentarzy. Orkiestra u Wagnera musi być świetna i na dodatek metafizyczna bo w przeciwnym razie wysiłki śpiewaków idą na marne. W poznańskiej realizacji miałam wrażenie odczytania partytury, uwertura na premierze zabrzmiała zaledwie ostrożnie. Najlepiej spisały się instrumenty dęte blaszane (hymny, sygnały).
Ładnie muzykowali oboista i klarnecista, ale flety szczególnie w wysokich rejestrach pozostawiały sporo do życzenia. Największe pretensje mam do całego kwintetu, który brzmiał płasko, wiolonczele nie potrałiły zdecydować się na porządne unisono a skrzypce wygenerować niebiańskiego dźwięku.Wiele miejsc w których potrzebna była refleksja było niepotrzebnie podgonioncyh przed dyrygenta.
Tannhauser Mark Duffin śpiewał jasnym, ale zbyt ostro brzmiącym głosem. Zbudował swą postać na skrajnościach, pokazał rozterki bohatera z dużą ekspresją. Michał Marzec (piszę tylko na podstawie I aktu) wydobył wiele niuansów, głosem, którego barwa jest bardzo odpowiednia dla partii Tannhausera.

Wenus Katarzyny Hołysz była posągową boginią, ładnie muzykowała ale brak wolumenu w dolnych rejestrach spowodował, że pewne frazy były niesłyszalne.
Wenus Galiny Kukliny kusicielska i zmysłowa była bardzo ciekawą propozycją a na dodatek śpiewaczka pokazała wyrównaną skalę swego głosu. Na premierze Agnieszka Hauzer w roli Elżbiety nośnym, choć nie o wielkim wolumenie głosem potrafiła przekonać nas i do pełnej werwy i do cierpiącej Elżbiety.

Liryczny, ciepły baryton Adama Szerszenia czyli Wolframa von Eschenbacha brzmiał bardzo dobrze zarówno na turnieju śpiewaczym jak i w pięknie wykonanej Pieśni do Gwiazdy.

Pomimo różnych uwag, które mam najdzieję będą znikały wraz z kolejnymi przedstawieniami premiera Tannhausera była bardzo ważnym i udanym przedsięwzięciem Teatru Wielkiego i stanowiła godną inaugurację IX Polsko-Niemieckiego Festiwalu Hoffmannowskiego.
Alina Kurczewska