Przegląd nowości

I Konkurs Wokalny im. Jana, Edwarda i Józefiny Reszków w Częstochowie

Opublikowano: czwartek, 26, marzec 2009 01:00
Przede wszystkim, strasznie trudno pisać o jakimkolwiek konkursie jeśli słucha się tylko jednego etapu, choćby nawet i ostatniego, ponieważ nie ma perspektywy, nie wiadomo np. ile dany konkurs stracił na atrakcyjności po wcześniejszych przesłuchaniach kandydatów. Kiedy przyjechałem do Częstochowy było już po wstępnych eliminacjach (z 43 zgłoszonych śpiewaków, na podstawie dossier oraz nagrań, do Konkursu dopuszczono 19.) oraz po I etapie - z dziewiętnaściorga zakwalifikowanych wokalistów zostało już tylko, po dwóch dniach przesłuchań - ośmioro). Tej właśnie ósemki przyszło mi słuchać w piątkowy wieczór, która z towarzyszeniem Filharmoników Częstochowskich pod np. Jerzego Salwarowskiego, na co dzień dyrektora artystycznego tej Filharmonii oraz jednego z jurorów, miała zaśpiewać po jednej tylko arii. Zaraz po tym, jurorzy pod przewodnictwem Delfiny Ambroziak (nadto z Katarzyną Suską, Tomaszem Bugajem i Romualdem Tesarowiczem) ustalili listę laureatów, ogłaszając jednak wszem i wobec, nie wiedzieć zresztą czemu, że znane już im wyniki podadzą dopiero nazajutrz, po sobotnim koncercie finałowym. Wyjawiono tylko jedną "tajemnicę": nazwiska tych pięciorga śpiewaków, którzy znaleźli się w wąskiej grupie zwycięzców i wyróżnionych. Przynajmniej tyle. Poinformowano też, że finałowy występ nie będzie miał żadnego wpływu na ustalone już wyniki...

Image 

Istota pierwszej edycji Konkursu, mocno nieokreślonego, naturalnie więc raczkującego, polegała na tym, że miał być to konkurs wyłącznie dla studentów naszych akademii muzycznych (oraz warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego F. Chopina). Konkurs miał wskazać jakieś rodzące się dopiero talenty.  Mało tego, dowiedziałem się z bardzo wiarygodnych ust, że jurorzy mieli szczególną uwagę zwracać na tych, którzy są na początkowych latach studiów, bo to im właśnie trzeba pomagać, czytaj - ci lepsi i starsi nie potrzebują już takiej pomocy, bo wiele już śpiewają, występują w różnych teatrach operowych, często i za granicą... To - przyznajmy - jakiś straszny dziwoląg, wręcz absurd, bo przecież konkursy organizuje się po to aby wygrywali najlepsi... Słuchający wraz ze mną przesłuchań II etapu znawca spraw operowych Adam Czopek powiedział, że ci z pierwszych lat powinni mieć wręcz zakaz występowania na konkursach, z racji swojej naturalnej jeszcze surowości muzycznej i braku wymaganego, niezbędnego przecież na konkursach doświadczenia - co było słychać w tym finałowym etapie, podczas występów dwojga "pierwszaków" (w razie potrzeby służę bliższymi uwagami).


 

Niestety i poziom tych "starszych" finalistów pozostawiał wiele do życzenia. Nawet jeśli ktoś miał ładny głos, ciekawą barwę, kulturę frazowania, muzykalność, to przy wyjściu z dominującej średnicy okazywał kompletny brak głosu, do tego pełną niemoc i bezradność. Tak było w przypadku... laureata III nagrody Marcina Hutka (studenta III roku). Naprawdę ładny głos, piękne frazowanie, bodaj najlepsze legata, a w finale arii Oniegina (Wy mnie pisali) - prawdziwy dramat. Tak było i w piątek, i w sobotę ale nie mogło być inaczej bo ten wokalista nie potrafi jeszcze wydobywać wyższych dźwięków. W mniejszym stopniu problem ten dotyka i zdobywcy wyróżnienia Artura Jandy (studenta V  roku). Głos ciekawy, bardzo kulturalny np. w cichych dźwiękach, głęboki i intensywny w dramatycznych momentach (wreszcie jakiś wyraz, jakaś emocja, potrzebna bardzo bo śpiewał kawatinę Aleka -Rachmaninowa). Co jednak z tego jak i on ograniczał się do swobody w średnicy, a do tego śpiewał z mocno chrypiącym, takoż chwiejącym i łamiącym się głosem - co też czynił regularnie, w obu dniach występów. Kolejny wyróżniony, Łukasz Hajduczenia (student IV roku), którego głos potrafi iść w szlachetnym i wielce kulturalnym kierunku, nie jest jeszcze w stanie wytrzymać trudów całości, nawet tak krótkiego występu. Jego głos drży, jest słaby, do tego często dziurawy niczym sito. To takie -  jak to nazwałem - niby ładne śpiewanie ale z wieloma jednak poważnymi mankamentami i niedoskonałościami.  

Image 

II nagrodę przyznano ciekawie i kulturalnie śpiewającej Słowaczce, studiującej na VI roku w Bydgoszczy, Ingridzie Gapowej. Ładna prezencja, bardzo spokojna narracja, równe, dobre śpiewanie, niezawodna raczej technika. Barwa jej głosu o nieco ciemnym kolorycie, pozwalała na to, że jej śpiew brzmiał łagodnie a nie piskliwie, co zdarza się regularnie naszym sopranom. W piątek bardzo muzykalnie i ciekawie przedstawiła bliską jej pewnie arię Rusałki (w II etapie doszło do wielce niekorzystnego dla śpiewaczek zdarzenia, do czego nie powinno dojść - trzy finalistki śpiewały bowiem tę samą arię, z Rusałki Dworzaka, co jest ewidentnym niedopatrzeniem jurorów, którzy mogli tak "manewrować" programem aby do tego nie dopuścić). Natomiast w sobotę jury postanowiło, że dla dobra sprawy, szkoda, że tak późno, Rusałkę zaśpiewa już tylko zwyciężczyni. Słowaczce "przydzielono" Mozarta, którego śpiewała w I etapie, z fortepianem (aria Paminy z II aktu Czarodziejskiego fletu) i tu już było gorzej. Śpiew był nudny, nijaki, bez wyrazu (słyszałem w Częstochowie "ważne" głosy, że właśnie tak trzeba śpiewać Mozarta, równo, z zegarkiem w ręku, precyzyjnie). Niemal dokładnie tak, jakby słyszała te wypowiedzi, śpiewała Gapowa, tę tak głęboką i przejmującą arię...

 

Zwyciężczynią Konkursu została Anna Noworzyn. Faktycznie najlepsza z tego grona. Najbardziej świadoma, najwięcej wiedząca i umiejąca. Jest to pełne śpiewanie, jasne, czasami dość ostre ale zawsze mające właściwy, profesjonalny sens. Dla mnie był to śpiew może za bardzo"rzeczywisty" zwłaszcza wobec wcześniejszych "Rusałek". Śpiew jednak bardzo rzetelny, może niezbyt efektowny ale na pewno efektywny i skuteczny - co na konkursach jest przecież najważniejsze. Drugi, finałowy występ był jeszcze ciekawszy i korzystny dla Polki bo pokazał bardzo dużą różnicę dzielącą ją od pozostałych rywali. Niezawodna była technika śpiewania, w zasadzie bez mankamentów i wątpliwości, duże zdecydowanie, na pewno był to śpiew z wyrazem, bez żadnych przerysowań. Na marginesie, czy może coś znaczyć fakt, że zabrakło choćby minimalnych braw na drugie wejście zwyciężczyni Konkursu? W każdym razie jej zwycięstwo i II nagroda Gapowej szczęśliwie nie poszły w kierunku preferowania tych,którzy mniej umieją (co dokumentuje poziom pozostałej części finalistów).      

 Image

Ciekaw też jestem, co oni powiedzą na fakt dopuszczenia do Konkursu Anny Noworzyn, w którym przecież mieli śpiewać wyłącznie studenci. Jak podaje drukowany, oficjalny program, śpiewaczka ta już ukończyła studia, do tego z wyróżnieniem. Czy to, że podjęła studia podyplomowe, ma oznaczać, że jest jeszcze studentką? Nie bardzo chyba, prawda?

Na pewno trzeba pogratulować głównym organizatorom, Filharmonii Częstochowskiej, podziękować wójtom "reszkowskich" gmin za współfinansowanie ale i pomysłodawcy Konkursu, Krzysztofowi Pośpiechowi, któż bowiem promuje dziś to raczej zapomniane, a przecież genialne rodzeństwo wokalne Reszków, które kiedyś związało się, i to mocno, z ziemią częstochowską? Najbliższy jednak czas przed drugą edycją na pewno należy skupić na dobrym zaplanowaniu i bardzo dokładnym "określeniu" się Konkursu. Trzeba bowiem wyeliminować wszelkie wątpliwości, także i te związane z przeznaczeniem Konkursu wyłącznie dla studentów, wiedząc, że studenckie konkursy organizowane są niemal na co dzień w akademiach muzycznych. Ten Konkurs powinien być inny, powinien nawiązywać do genialności Reszków - wielkość patronów to przecież sprawa  zobowiązująca. Nie może być w końcu tak, aby finaliści mieli mieć - jak stało się teraz - podstawowe wręcz problemy ze śpiewaniem. Na Konkursie fenomenalnych Polaków - władców amerykańskiej sceny operowej - po prostu nie wypada...    

                                                                   Adam Rozlach