Należący do sztandarowego kanonu operowego Kawaler srebrnej róży to najbardziej popularna opera Ryszarda Straussa, którą oczywiście mają w swoim repertuarze wszystkie trzy opery berlińskie: Unter den Linden, Komische i Deutsche Oper. Ale UDL miała podczas przedstawień w tym sezonie super atut całkowicie zapełniający widownię, czyli czeską mezzosopranistkę Magdalenę Koźenę debiutującą w roli Oktawiana. I któżby nie poszedł kupić biletu zwabiony zarówno jej wdziękiem jak i głosem. Ale prawdziwym asem w rękawie kierownictwa obsady Kawalera była obsadzona w roli księżnej marszałkowej Werdenberg fenomenalna niemiecka sopranistka, Angela Denoke. Obie Koźena i Denoke były przepiekną i bardzo sexy parą, którą przyjemnie było oglądać przez cztery i pół godziny, choć niestety gorzej ze słuchaniem.
Spektakl w inscenizacji Nicolasa Briegera z 1995 roku należy do tradycyjnych przedstawień, choć nie jest ono zupełnie wierne historycznie. Generalnie osadzone w orginalnym czasie akcji libretta: Wiedeń pierwszych lat rządów Marii Teresy, ale kostiumy Joachima Herzoga nie przestrzegają ściśle ram czasowych. To szczególnie jest widoczne w ubraniach Marszałkowej, zawłaszcza jej porannym negliżu, będącym współczesną kombinacją pomiędzy suknią a szlafrokiem z białej lejącej się dzianiny, oraz płaszczu z ostatniego aktu, który jest w zasadzie wersją pierwszego kostiumu wykonanego tym razem z czarnego aksamitu. Oba podkreślają rewelacyjną sylwetkę 47-letniej śpiewaczki. Natomiast kostium Marszałkowej z leveru (poranne wizyty u arystokratki) czy Oktawiana jako kawalera srebrnej róży to wysmakowane aczkolwiek tradycyjne przykłady rokokowej garderoby. Takim rozwiązaniom odpowiadała również scenografia Raimunda Bauera. Owalna sypialnia Marszałkowej o szaro-białych ścianach ulegała stopniowym modyfikacjom poprzez odejmowanie poszczególnych elementów aż do podstawowej konstrukcji architektonicznej przypominającej raczej glorietę lub ogrodową altanę niż taras gospody w wiedeńskim Praterze.
Interpretacyjny koncept Briegera opierał się w zasadzie na podkreśleniu farsowych elementów komedii libretta Hugo von Hofmannsthala. I niektóre pomysły miał faktycznie przednie, jak na przykład zastąpienie małego Murzynka (choć pojawił się jako rzeźba na kółkach) paziem-karłem, orientującym się doskonale w tym, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami swojej pani, kiedy marszałka nie ma w domu. Ciekawe także były rozwiązania reżyserskie nastraszenia barona Ochsa (brytyjski bas Peter Rose): od statystów przebranych za krzaki poprzez głowy pojawiające się na talerzach aż po latających w powietrzu lokajów Marszałkowej. Grubą kreską rysowany już w zamierzeniu twórców opery Straussa i Hofmannsthala, w wydaniu Rose'a Ochs był jednowymiarowy - gburowato-durnowaty podobnie jak cała grupa jego hultajów - i przestał być w ogóle zabawny, by nie rzec: po prostu beznadziejny. W całym komediowym rozgardiaszu jednakże Brieger gdzieś zagubił bardziej subtelną i gorzką tonację opery Straussa.
Pozbawiona możliwości podczytywania libretta cierpiałam jednak strasznie, bowiem akustyka w połączeniu z rozbuchaną orkiestracją Straussa zamieniła się w barierę nie do pokonania dla większości widzów. Izraelski dyrygent Ashera Fischa nie potrafił ujarzmić orkiestry by nie zagłuszała zupełnie śpiewaków, bo nawet frazy Rose'a miały problemy z przedzieraniem się przez tą gęstą barierę muzyczną jaką stałą się orkiestra. Jedynie Denoke wychodziła od czasu do czasu obronną ręką, ale dla niej Strauss to nie pierwszyzna, bo jej Salome należy do najciekawszych propozycji repertuatowych Bayerische Staatsoper Oper.
Choć przyszłam specjalnie, by zobaczyć Koźenę na scenie, to jedynie mogłam podziwiać jej aktorskie umiejętności, która jako Oktawian przebrany za pokojówkę Marszałkowej specjalnie bezczelnie podrywała barona Ochsa, a niestety nie jej głos.
Ewa Kara