Najnowsza produkcja w berlińskiej Staatsoper Unter den Linden to Faust Gounoda w inscenizacji młodego niemieckiego reżysera teatralnego Karstena Wieganda, który od premiery Orfeusza i Eurydyki Glucka w Krakowie w 2004 roku próbuje swych sił w operze z całkiem interesującymi rezultatami. A w UDL może jeszcze pracować ze świetnymi śpiewakami: w tym przypadku są to fenomenalny niemiecki bas René Pape (Mefisofeles) i młoda zaledwie od kilku lat robiąca międzynarodową karierę rosyjska sopranistka Marina Popławskaja [Poplavskaya] (Małgorzata), którym stara się dorównać młody amerykański tenor Charles Castronovo (Faust).
Na sukces Wieganda składa się także jego częsta współpraca ze scenografką Bärbl Hohmann (Faust I, Orfeusz i Eurydyka, Otello i Rigoletto), która do Fausta zaprojektowała w zasadzie trzy dekoracje. Pierwsza scena w pracowni Fausta rozgrywa się tylko na proscenium ograniczonym przez żelazną kurtynę. Są tutaj ustawione stolik i krzesło oraz postument z podświetlaną figurką Matki Boskiej. Ten ascetyzm wizualny jest konieczny, bo akcję przeniesiono do celi mnisiej i oboje: Faust i Mefistofeles noszą brązowe habity (współczesne kostiumy zaprojektowała Ilse Welter, która ostatnio współpracuje z niemieckim reżyserem średniego pokolenia - Christofem Nelem).
Kolejne sceny rozgrywają się w architektonicznie rozwiązanej trójpoziomowej konstrukcji, która jest zarówno domem Małgorzaty - na samej górze znajduje się jej łóżko, jak i kasynem - na dole rozstawiono kilka automatów do gier. Tu Mefistofeles - mistrz ceremonii, gwiazdor i performer (Pape jest przepyszny w tej roli) - często wrzuca monetę, by akcja, która się nagle zatrzymała, się na nowo rozpoczęła. Na wszystkich poziomach podczas Aktu 2 znajduje się chór, który "tańczy" w rytm muzyki.
Choreografia i rozwiązania tej sceny są nie do końca mają sens jak na przykład seks z dmuchanymi lalkami czy wejście dziewcząt w olbrzymich głowach delfinów, choć np. interpretacja i wykonanie partii Wagnera (niemiecki bas Andreas Bauer) jako miejscowego pijaczka i rozrabiakę nie ma sobie równych. Natomiast reszta spektaklu rozgrywa się w neutralnej przestrzeni ograniczonej przez srebrne metaliczne wysokie ściany o interesującej fakturze, którą światło Olafa Freese'a efektownie zamienia w plac, kościół i więzienną celę bez konieczności dosłowności.
Wiegand dokonał pewnych zmian w dramaturgii opery, by umotywować postępowanie głównej bohaterki, więc w drugiej części spektaklu Małgorzata jest w zaawansowanej ciąży. Porzucona przez Fausta błąka się po ulicy i wśród tłumu śpiewa arię "On nie wraca" ("Il ne revient pas"), a wszystko jest prawie szare, jedyny kontrast to biała prosta sukienka Małgorzaty. Jeden z przypadkowo zaczepionych przechodniów wręcza jej misia, którego teraz może przytulić, a potem w scenie w kościele podpali (chór ustawiony na scenie diagonalnie w formie krzyża z Mefisofelesem jako księdzem pośrodku). Ten akt rozpaczy tylko sygnalizuje nadchodzącą tragedię.
Opuszczona, odrzucona przez społeczeństwo i religię Małgorzata wraca na scenę z zakrwiawionymi nogami i sukienką, trzymając w dłoniach nowo narodzone dziecko i pośród tłumu żołnierzy szuka jego ojca. Jej psychoza postnatalna jest bardzo daleko posunięta, tylko jej krzyk i czerwona plama na ścianie są świadectwem jej morderstwa. Później sama też szuka własnej śmierci, nadstawiając się na nóż umierającego, ale nienawidzącego Walentego (niemiecki baryton Roman Trekel, który niestety nie zbyt dobrze czuł się w tej partii). Podczas ponownego spotkania z Faustem przez większość czasu Małgorzata pozostaje w stanie katatonii: wzrok ma utkwiony przed siebie, zupełnie na niego nie patrzy, a jej zachęcające gesty są mechaniczne i całkowicie pozbawione erotyki. Podaną szkatułkę z biżuterią odrzuca, a kawłkiem pękniętego szkła w dersperackim geście przecina szyję. Kiedy upada na podłogę, tylna ściana się unosi i chór eleganckich par przy wieczorowej kolacji czasem z wyraźnym zainteresowaniem się jej przygląda, a za nimi przechodzą Faust z Mefistofelesem.
Oczywiście na premierze nie obyło się bez obowiązkowego buczenia, którym skwitowano pojawienie się na scenie Wieganda i jego współpracowników, ale było ono nie do końca uzasadnione. Jeśli nawet pierwsza część spektaklu do Aktu 3 włącznie jest stosunkowo słaba reżysersko i interpretacyjnie, a szczególnie zaś sceny z chórem, tak druga część, poświęcona dramatowi Małgorzaty i ambiwalente zakończenie są fenomenalne.
Nie na darmo przecież Gounod dał tej operze podtytuł Małgorzata, a Poplavskaya pomimo niedyspozycji głosowej wykonała tę partię z pełną ekspresją, na jaką pozwalał jej głos. Należy tylko zadumać się, jaki efekt byłby, gdyby Popławskaja była w pełni mocy twórczej, bo ma bardzo wyjątkowy głos.
Ewa Kara