Salome Ryszarda Straussa w reżyserii i scenografii Achima Freyera nie cieszy się popularnością wśród publiczności berlińskiej, bo zaledwie połowa widowni była zapełniona podczas ostatnich trzech przedstawień na przełomie stycznia i lutego. Bowiem jak przystało na inscenizacje Freyera nie jest ona tradycjonalistyczna. To, co prezentuje na scenie, jest raczej glossą, komentarzem na temat danej opery, nigdy zaś prostą realizacją sceniczną operowego dramatu. A jednak Deutsche Oper zdecydowała się przywrócić ten spektakl z 2003 roku, zagrany zaledwie 16 razy w ciągu ostatnich sześciu sezonów, by urozmaicić program tegorocznego festiwalu "Richard Strauss Wochen". Ale to nie pierwszy raz, kiedy ten raczej konserwatywny dom operowy podjął się eksperymentu i zaprosił do współpracy Freyera. Wcześniej wyreżyserował tutaj Orfeusza i Eurydykę Glucka (1982), Mesjasza Händla (1985), balet Lichyknall - Apokaliptyczna odyseja (1987) i Messę da Requiem Verdiego (2001).

Jako uczeń Bertolta Brechta i niemieckiej choreografki i reżyserki operowej Ruth Berghaus, od połowy lat 1970. Freyer wciąż szokuje publiczność, głównie w krajach niemieckojęzycznych, ale w przeciągu ostatniej dekady również po drugiej stronie Atlantyku. Wydawać by się mogło, że po ponad trzydziestu latach obecności na scenach operowych, publiczność powinna być przyzwyczajona do jego stylu. Nic podobnego! W przypadku tej opery Straussa Freyer oferuje widzowi nie tylko historię Salome, która zażądała od Heroda w zamian za taniec głowy Jana Chrzciciela, ale parabolę współczesnego świata, w którym wszystko jest na sprzedaż, lecz jedynie miłości nie można sobie kupić. Konsumpcyjną konieczność posiadania jednakże Freyer zinterpretował w swoim cyrkowo-jarczmarcznym stylu.
Akcja Salome rozgrywa się wewnątrz oktogonalnego silosu zaprezentowanego na scenie w formie przekroju. W każdej z czterech ścian Freyer ulokował różnego typu drzwi z otworami. Na podłodze, ścianach lub drzwiach umieścił numery: 7, 3, 4 i 2. Ściany i podłoga - ustawiona pod ostrym kątem, która dramatycznie zbiega się w samym środku proscenium - mają nasycony żółty kolor, jedynie część Jochannana jest czarna. Symbolika kolorów jest w przedstawieniu bardzo czytelna, np. żółty to zazdrość, czarny to śmierć, czerwony to krew, itd, a dopełnia ją reżyseria świateł i zmieniające się kolory na trójkątnym ekranie świetlnym po lewej stronie sceny, a którego barwa zmienia się od bieli, poprzez niebieski, zieleń i fiolet, aż po czerwień.

Tę wyimaginowaną przestrzeń systemu nadzorczego zaanektowało dziwne towarzystwo - niby gałgankowe zabawki lub podrzędni akrobaci - ubrane w jednakowe biało-czarne pasiaki (jedynie Nazarejczycy mają kostiumy czarno-białe, a Paź krótkie spodnie) z dobranymi jakby ad hoc różnymi elementami, które urozmaicają i odróżniają ich kostiumy. I tak np. Żydzi mają różne pod względem wielkości i koloru lejki na głowach, natomiast żołnierze noszą opony rowerowe i różne plastikowe sprzęty gospodarstwa domowego: wiadro, miska, czy sitko.
A wypadku kobiet Freyer przerysował ich seksualność, umieszczając na ich piersiach gumowe czerwone stożki lub różowe baloniki. Większość postaci ma również bardzo ścisłą choreografię i trajektorię ruchu, która podkreśla ich marionetkowy charakter. Kreatywność Freyera nie ma granic w tym prowizorycznie zainscenizowanym świecie, gdzie łamanie reguł jest surowo karane.
A Salome, którą zagrała niemiecka czarnowłosa sopranistka Manuela Uhl, w inscenizacji Freyera ma w sobie niewiele z femme fatale. To przede wszystkim zagubiona nastolatka. Salome wchodzi na scenę z ogromnym pluszowym tygrysem, z którym czasami się bawi, przytula, szlocha, a jeśli ją Jochannan - w tej partii wystąpił duński baryton Morten Frank Larsen - odtrąci to nawet kopie jak rozłoszczona nastolatka, nie potrafiąca poradzić sobie z negatywnymi emocjami. Jej fascynacja więźniem Heroda jest tak totalna, co Uhl bardzo dobrze to wygrała, nieudolnie imitując ruchy Jochannana, że nawet nie reaguje na śmierć zakochanego w niej Narrabotha (świetny w tej partii niemiecki tenor liryczny Clemens Bieber), młodego Syryjczyka. Jego samobójstwo Freyer świetnie zainscenizował: rozgrywające się na dalszym planie wydarza się ono prawie niepostrzeżenie, jedynie długa czerwona linia na ścianie ciągle o tym przypomina.

Wielu "Taniec siedmiu zasłon" w interpretacji Freyera prawdopodobnie rozczarował. Reżyser zamienił taniec Salome w aktywność ruchową całej grupy, więc na scenie tańczą lub powtarzają jej ruchy: Herod (znakomity amerykański tenor Chris Merritt), Herodiada (niemiecka mezzosopranistka Hanna Schwarz), jej Paź (młoda amerykańska mezzosopranistka Julia Benzinger) i dwóch żołnierzy. Choreografia jest to niezwykła, bowiem banalnie prosta. Choć Salome się podczas niego rozbiera do różowej halki, to jednak nie ma w tu prawie w ogóle erotyki, ale są za to elementy sado-maso. I jak tańczą tak też grupowo dokonują mordu na Salome, aż fragmenty jej członków latają dookoła, a temu zbiorowemu linczowi kat się z boku przygląda. Jakże odpowiednie dla inscenizacji Freyera tragiczno-komiczne zakończenie.
Ewa Kara