Na świat opery coraz częściej wpływ mają współczesne procesy cywilizacyjne, które powoli zamieniają ten elitarny rodzaj muzyki w sztukę, w której granice geograficzne czy polityczne nie mają znaczenia, a dziewiętnastowieczny nacjonalizm zastępowany jest wielonarodowymi obsadami.

W Metropolitan Opera w tym sezonie wystąpi aż pięciu Polaków, niemniej jednak nie tylko w Met można zobaczyć polskich śpiewaków operowych. Ostatnio na scenie Berlińskiej Staatsoper Unter den Linden w Graczu Siergieja Prokofiewa wystąpiła polska diwa - Stefania Toczyska. 19 września po raz ostatni w tym sezonie Toczyska zagrała i zaśpiewała rolę Babuleńki dystansując pozostałych śpiewaków z Rosji, Łotwy, Ukrainy, Niemiec czy Hiszpanii.
Ta utrawspółczesna inscenizacja Gracza została przygotowana w kooprodukcji z Teatrem La Scalą w Mediolanie, co nie tylko dodaje jej rangi, ale jest także kolejnym znakiem globalizacji w dużej mierze wynikającej z sytuacji ekonomicznej poszczególnych teatrów, które starają się w ten sposób pomniejszyć koszty i ryzyko związane z produkcją nowego przedstawienia. Operę Prokofiewa wyreżyserował jeden z najciekawszych rosyjskich reżyserów operowych młodego pokolenia - Dimitri Czerniakow. Jego koncepcja inscenizatorska jest bardzo klarowna i opiera się na przeniesieniu czasu akcji w rzeczywistość nam bardzo współczesną, a równocześnie uniwersalną.

I tak XIX-wieczny Roulettenburg, zaprojektowany przez Czerniakowa, którym sam projektuje scenografię i kostiumy, zamieniony został we współczesne symulakrum nadmorskiego hotelu-kasyna, w którym czas rządzi się zupełnie innymi prawami, a za pieniądze prawie wszystko (lub nawet wszystkich) można kupić. W tę skorumpowany świat wkracza Babuleńka, której śmierć była długo i z utęsknieniem wyczekiwana przez Generała (w tej roli wystąpił świetny bas z Opery Kirowa - Vladimir Ognovenko), jego kochankę Blanche (którą zagrała hiszpańska mezzosopranistka Silvia de Muela) i jego przyjaciel Markiz (w którego wcielił się niemiecki tenor - Stephan Rügamer).
Ale co to jest za wejście!
Umiejętnie od samego początku budowane napięcie znajduje swą kulminację właśnie wówczas, kiedy pod koniec drugiego aktu ubrana w białą bluzkę i szarą spódnicę, na którą ma narzucone futro, Toczyska wchodzi po raz pierwszy na scenę. I oczywiście nie wchodzi sama, bowiem towarzyszy jej trójka ochroniarzy w czarnych smokingach i obowiązkowych okularach przeciwsłonecznych, sekretarka i chłopiec hotelowy, a każdy z nich ciągnie za sobą jedną z walizek na kółkach.

Jedynym symbolem zdrowotnych problemów Babuleńki jest laska ze złotą rączką, ale Toczyska nie wykorzystuje jej do podpory i wywiją nią do okoła, bez pardonu uderzając w stół. Ten bezmiar władzy jaką posiada nad innymi gwarantują jej posiadane przez nią, a pożądane przez innych pieniądze. Jedyną osobą, która się jej nie boi jest Polina (którą gra łotewska sopranistka Kristine Opolais). Wzajemne powinowactwo dusz Babuleńka widzi w podobnym do swojego charakterze Poliny. Ich wspólne interakcje są pełne ciepła, intymności i zrozumienia.
Kolejny akt to oczywiście całkowita metamorfoza. W międzyczasie Babuleńka prawie wszystko przegrała w ruletkę. Tym razem wchodzi na scenę wolno i podporą jej jest Aleksiej (ukraiński tenor - Misza Didyk). Jedyna rzecz jaka jej pozostała, to wybudować cerkiew. Tu także Czerniakow umiejętnie wykorzystał wewnętrzne sprzeczności, komplikując i wzbogacając interpretacyjnie możliwości opery Prokofiewa, a równocześnie unikająć karykaturalności postaci Babuleńki.

Choć dramaturgicznie te dwie sceny z Babuleńką są bardzo skontrastowane, to jednak osobowości Toczyskiej podporządkowany jest każdy z tych momentów scenicznych. Jej głos z wyjątkową sprawnością i swobodą radził sobie z dosyć trudną akustycznie przestrzenią, górując nad dźwiękami orkiestry, którą dyrygował Daniel Barenboim. Oprócz burzy oklasków jaką nagrodziła ją publiczność w Staatsoper, dodatkowym wyróżnieniem były ucałowania, którymi obdarował ją na sam koniec Barenboim. A charakter z całą pewnością polska diwa ma!
Ewa Kara
Recenzja ta ukazała się 3 października na łamach Przeglądu Polskiego, dodatku kulturalnego nowojorskiego Nowego Dziennika, pod redakcją Julity Karkowskiej.