Metropolitan Opera w Nowym Jorku najczęściej uznawana jest za pierwszą operę na świecie. I słusznie, bo i ja tak sądzę. Marzeniem niemal śpiewaka jest na tej szacownej scenie wystąpić, a chlubą dla nas, że mamy tam swojego solistę. Met istnieje 125 lat. Z moich obserwacji wynika, że na przestrzeni tego okresu śpiewało w niej tylko 29 Polaków, lecz magiczną liczbę 100 przedstawień przekroczyło zaledwie dziewięciu z nich. Byli nimi: Adamo Didur (932), Edouard de Reszke (679), Marcella Sembrich (466), Bella Alten (426), Jean de Reszke (339), Marek Windheim (330), Teresa Żylis-Gara (232), Edyta Kulczak (186). Do tego, ekskluzywnego grona, 29 grudnia 2008 roku dołączył Mariusz Kwiecien. Nazwiska solistów podałem zgodnie z pisownią istniejącą w archiwum Met.

Baryton, Mariusz Kwiecień jesienią 1997 r. pojechał na przesłuchanie do Met's Lindemann Young Artist Development Program i od września 1998 r. został przyjęty na studia. Kontrakt, niezależnie od wszechstronnej edukacji przewidywał występy w epizodycznych partiach na scenie Metropolitan Opera. Dzięki temu przed dziesięcioma laty młody polski śpiewak, 2 stycznia 1999 roku po raz pierwszy wziął udział w tamtejszym spektaklu operowym. Śpiewał wtedy maleńką partię Kuligina w operze Katia Kabanova. Powtórzył ją jeszcze w pięciu kolejnych spektaklach. W omawianym spektaklu ni był jedynym debiutantem. Niestety żadnej recenzji z owego wydarzenia nie znalazłem. Drugą rolą, jaką otrzymał był również 6 razy zaśpiewany Marullo w Rigoletto. Mariusz wielokrotnie publicznie wyznał, że najbardziej kocha swoją mamę. I na ten spektakl pani Maria, mama artysty, poleciała do Nowego Jorku. W ramach tego samego kontraktu trzecią z kolei partią był także 5 razy zaśpiewany epizod w postaci Curio z opery Juliusz Cezar. Podczas drugiego roku edukacji w Metropolitan Opera nadal śpiewał również epizody typu Haraldo w Otello i Millhand w Katarzynie Izmajłowej. Lecz w sezonie 1999-2000 już mógł występować poza Met, z czego chętnie skorzystał podpisując dwa europejskie kontrakty na duże partie

Nasz wspaniały wokalista pierwszym okresie pobytu w Nowym Jorku nie czuł się w pełni szczęśliwym, ale wkrótce poczuł się dobrze, i - jak mówi - teraz podczas licznych podróży po świeci za tym miastem tęskni tak samo, jak za rodzimym Krakowem. Na każdy sezon artystyczny, licząc od 1998 roku, dyrekcja Met. angażowała od 41 do 54 barytonów (oraz od 11 do 21 śpiewaków z głosem typu bas baryton). Konkurencja w każdej grupie głosów jest, więc ogromna.
Niezależnie od - moim zdaniem - stale wzrastającego poziomu artystycznego wybitnego Krakowianina, dość długo czekaliśmy na to, żeby otrzymał angaże do większych partii. W tym miejscu wspomnieć wypada, iż od samego początku pobytu w USA został przyjęty pod opiekę potężnej agencji Columbia Artists Menagement LLC. Jego manager, William G. Guerri zasługuje na nasz największy szacunek. Choć jest impresariem o wysokiej pozycji nie wszystkie starania wieńczy sukcesem. Dla przykładu pan Kwiecień w sezonie 2001-02 w Met. nie brał udziału w żadnym z przedstawień, a w sezonie 2006-07 wystąpił tylko w I akcie Cyganerii i II akcie Napoju miłosnego.
Niejednokrotnie nowojorskie wróbelki ćwierkały, a gołąbki gruchały, że Kwiecień w nadchodzących sezonach otrzyma kontrakt na role dające możliwość pełnego popisu np. powabny Don Giovanni, ekscytujący Eugeniusz Oniegin, Sir Riccardo Forth (Purytanie)... Ale niestety jak na razie i tak dobry agent rozmów na ten temat do swych sukcesów w tej dziedzinie zaliczyć nie może. A szkoda, bowiem na nieboskłonie gwiazd współczesnej opery Mariusz Kwiecień, bez wątpienia świeci coraz jaśniejszym blaskiem.
Blaskiem, którego pierwsze promyki były widoczne 1 kwietnia 2003 roku, bo właśnie tego dnia po raz pierwszy w Nowym Jorku zaśpiewał partię malarza Marcello w Cyganerii. Na tę rolę otrzymał angaż także w następnym sezonie (2003-04) oraz w bieżącym i akurat ta rola była setnym spektaklem w Met. Łącznie w tym teatrze jako Marcello triumfował przez 23 wieczory, co stanowi niemal jedną czwartą wszystkich nowojorskich występów. Także duże sukcesy święcił w sezonie 2004-05 jako hrabia Almaviva w czterech przedstawieniach Wesela Figara. Później w sezonie 2005-06 tryumfował w sześciu przedstawieniach jako Guglielmo, co również można zaliczyć do wiodących partii. Zaszczytem wielkim jest otrzymanie kontraktu na nową produkcję. Pierwszy kontrakt tego typu dotyczył opery Don Pasquale i od 31 marca 2006 roku przez 9 wieczorów tego sezonu zbierał oklaski jako Doktor Malatesta. Nie byle, jaki honor naszego śpiewaka spotkał 24 września 2007 roku, bowiem wówczas wystąpił nie tylko w roli Enrico Ashton podczas nowej produkcji opery Łucja z Lammermoor; ale była to jednocześnie gala z okazji otwarcia nowego sezonu.

Osobiście na pierwszej scenie świata tylko dwukrotnie miałem zaszczyt podziwiać wybitnego Polaka. Podczas jego pierwszego występu w partii Marcello i ostatniego w roli Guglielmo. Obie kreacje łączył taki sam, właściwy kształt wymiaru budowanej postaci scenicznej. Młodzieńczy wigor, atrakcyjna sylwetka scenicznego amanta oraz sięgająca szczytów muzykalność. Właśnie ona przekładała się na idealną linię wokalną, najwłaściwszą dla werystycznego stylu Pucciniego i klasycznego Mozarta. Dla pełnego obrazu dodam, że do melodii dochodziła pełna harmonia warstwy śpiewanej z aktorską. Zadziwiało perfekcyjne ujęcie wartości znaczeniowej treści każdego słowa, z jednoznacznym jakościowo wyrazem każdego gestu. Przy tak przeogromnym kunszcie artystycznym od dawna dla wielbicieli opery powinien stać się obiektem kultu. Nie wiem, czy na świecie ktoś założył Fan Klub Mariusza Kwietnia, ale chętnie zostałbym jego członkiem, gdyż akurat ten artysta magicznie wpływa na doniosłość najwznioślejszych duchowych przeżyć.
W Nowym Jorku nie osiągnął należnej sobie medialnej popularności. W nowojorskiej prasie polonijnej, głównie w Nowym Dzienniku (Przegląd Polski), pojawiło się zaledwie kilka pochlebnych, aczkolwiek krótkich wzmianek, bądź recenzji z występów wybitnego Polaka w Met. Tylko kilka pióra Romana Markowicza i Grażyny Drabik. Lecz ostatnia z wymienionych pozwoliła sobie na wyjątkowy nie profesjonalizm typu: "Polski tenor doskonale wypada w roli Księcia Almaviva." Podobnie 5 marca 2008 r. postąpił Anthony Tommasini redaktor opiniotwórczego New York Times w tytule publikacji na łamach International Herald Tribune: Mariusz Kwiecien: A Polish tenor with charima. Nie jest to jedyna tego typu niezręczność wpływowego jakby nie było dziennikarza. Czyżby nowojorskim recenzentom tak trudno było odróżnić jak brzmi tenor, a jak baryton? Średnio komplementarne recenzje z amerykańskiej prasy (do Gay City News włącznie), niewiele mówią o wielkim bogactwie głosu, jego barwie, emisji i technice wokalnej, ani też o perfekcyjnym warsztacie aktorskim. Jedynie nowojorska pani redaktor Basia Jakubowska, zamieszczająca relacje w wychodzącym w Polsce miesięczniku Muzyka 21, potrafi dostrzec i dokładnie opisać fascynującą postać Mariusza Kwietnia, z wszystkimi detalami i niuansami interpretacyjnymi, głównie wokalnymi. Wyrażam przekonanie, że Mariusz Kwiecień doczeka się właściwej swojej klasie oprawy medialnej nie tylko w USA, ale i w Polsce.

W minionych 10 latach obecności w Met. na 100 przedstawień, w których brał udział niemal połowa, bo aż 47, należałoby zaliczyć do mniej znaczących. Przez tę dekadę na scenie Met. kreował łącznie 11 ról, a właściwie 12 biorąc pod uwagę, Belcore w II akcie Napoju miłosnego. Występował w 14 sobotnich popołudniówkach i 12 z nich transmitowało radio. Ponadto z zespołem Metropolitan brał udział w koncertach, (np. w 2004 r. w Carniege Hall). Na scenie Met wystąpił w towarzystwie 138 innych solistów, a w koncercie 21 stycznia 2001 również śpiewał Luciano Pavarotti. Bieżący sezon 2008-09 jak żaden inny w 125 letniej historii Metropolitan Opera dla nas jest wyjątkowy. Jeszcze nigdy dotąd w jednym sezonie na pierwszej scenie operowej świata nie występowało aż sześciu solistów, są nimi: Aleksandra Kurzak (sopran), Edyta Kulczak (mezzosopran), Ewa Podleś (kontralt), Piotr Beczała (tenor), Andrzej Dobber (baryton) i Mariusz Kwiecień (baryton).
Wilfried Górny