Pisząc o Mariuszu Kwietniu, pracującym na scenach USA, opieram się przede wszystkim na opiniach prasy amerykańskiej, bowiem za oceanem osobiście wokalny kunszt Krakowianina mogłem podziwiać tylko w trzech miastach: Chicago, Detroit oraz w Nowym Jorku. Ale cóż loty za ocean i pokoje hotelowe bywają kosztowną wyprawą nawet dla fanów polskiego barytona. Sięgając po materiały do niniejszego tekstu najczęściej korzystałem z publikowanych zapowiedzi przez teatry operowe, bez możliwości weryfikacji danych znajdujących się w konkretnych archiwach. Zatem dwieście spektakli, wynikające z moich ustaleń nie zostały potwierdzone oryginalnymi dokumentami. Jednak zakładam, że artysta np. z powodu choroby nie odwołał żadnego z zaplanowanych przedstawień. W USA zaśpiewał pod batutą 31 znakomitych dyrygentów, wśród których najczęściej, bo 34 razy wystąpił w spektaklach, prowadzonych przez maestro James Levine. Łącznie na obszarze stanów Zjednoczonych wystąpił w 29 produkcjach śpiewając 16 partii swego repertuaru. Po raz pierwszy zaśpiewał 10 partii (Kuligin, Marullo, Curio, un Araldo, Millhand, Marcello, Halli, Silvio, Doctor Malatesta, Sir Riccardo Forth).

Po raz pierwszy stanął na scenie Metropolitan Opera w Nowym Jorku 2 stycznia 1999 roku. Wówczas jako uczestnik Met's Lindemann Young Artist Development Program, miał także w kontrakcie gwarancję śpiewania epizodycznych partii w Metropolitan opera Hous. Od dnia scenicznego debiutu w USA, na przestrzeni niemal dziesięciu lat wziął udział w dwustu przedstawieniach (w Europie dwóchsetnym przedstawieniem był Giorgio Germont, 9 lutego 2008 roku w ROH Covent Garden).
Swoje umiejętności przedstawił w dziewięciu stanach. Były nimi kolejno: New York, Michigan, Texas, Illinois, Washington, California, New Mexico, Colorado i Georgia. Jeśli mówić o scenach operowych poszczególnych stanów, to w zasadzie w każdym otrzymywał angaże tylko z jednego teatru. Wyjątek stanowi Kalifornia, bowiem tam śpiewał w trzech operach, mianowicie w San Francisco, Los Angeles i San Diego. Natomiast w stanie Teksas dzięki otrzymanym kontraktom mógł wystąpić w dwóch, były nimi Dallas oraz Houston. Biorąc pod uwagę, że (według mojej listy), w Stanach Zjednoczonych Ameryki działa 218 teatrów wystawiających opery, bohater niniejszej publikacji, występując zaledwie w dwunastu teatrach, zbytnią popularnością jeszcze Ameryki na kolana nie rzucił. W USA oba jubileuszowe, czyli setne i dwusetne przedstawienie odbyły się w tym samym teatrze, podczas Santa Fe Festival Opera. W setnym, 29 lipca 2004 roku kreował partię tytułową w operze Don Giovanni. W dwusetnym amerykańskim spektaklu, 18 sierpnia 2008 roku, tamże, odtwarzał partię hrabiego Almaviva w operze Wesele Figara.
Mariusz Kwiecień do Metropolitan Opera House trafił z pewnym, jeszcze niewielkim, aczkolwiek istotnym, dorobkiem scenicznej działalności. Z większych partii należałoby wymienić śpiewane w Polsce takie partie jak, Figaro (Wesele Figara), i Papageno (Czarodziejski flet). Ponadto w Kanadzie śpiewał także nie małą rolę, jaką jest Janusz (Halka). Przed wyjazdem do USA jeszcze w Europie wystąpił w kilku rolach mniejszego kalibru, lecz w prestiżowych teatrach. Tak, więc gdy pierwszy raz stanął na scenie Metropolitan Opera miał już za sobą doświadczenie zdobyte w 76 przedstawieniach.
Kuligin w operze Kat'a Kabanova należy do epizodów. Tą partią debiutował w MET. Był zachwycony inscenizacją oraz faktem, że dołączył do ekskluzywnego grona solistów pierwszej sceny operowej na świecie. Później przyszły następne, również drugoplanowe role: Marullo (Rigoletto), Curio (Giulio Cesare), Un Araldo (Otello), i Millhand (Ledy Macbeth of Mzensk). Pierwszą z większych partii, na jaką w Stanach dostał kontrakt był Marcello (La Boheme), w The Michigan Opera Detroit. Tą, dzisiaj czołową dla siebie partią debiutował 14 października 2000 roku. Można powiedzieć, że od tego dnia młody Polak konsekwentnie i z uporem podbija amerykańskie teatry operowe. Jednak jak na razie nie jest to błyskotliwa kariera, chociaż przyznać trzeba, że agent William G. Guerri (Columbia Artists Management LLC), sprawnie troszczy się o angaże podopiecznego barytona. A przecież ilość konkurentów jest przeogromna. Dla naszego Krakowianina działa na całym świecie, z wyjątkiem Polski, bo w kraju takie obowiązki pełni pan Robert Duda.
W sezonie 2000-01 wrócił do Metropolitan. Pierwszym angażem trwającym od 2 lutego 2001 roku był Halli (L'Italiana in Algeri), wprawdzie jeszcze nie popisowym, ale dającym dobre rokowania na przyszłość. W sezonie 2001-02, 31 stycznia 2002 r. partią hrabiego Almaviva (Le Nozze di Figaro), debiutował w Dallas Opera i to był jedyny angaż w tym teatrze. Następnego sezonu, na 21 września 2002 w Lyric Opera of Chicago zaplanowano premierę opery Pajace. Mariusz Kwiecień w tej produkcji po raz pierwszy w swojej karierze zaśpiewał niewielką partię Silvio. Inscenizację całkowicie uwspółcześniono. Akcja nie rozgrywała się we włoskiej Kalabrii, lecz w tle sceny widoczne były wieżowce Manhattanu. Artyści zamiast kostiumów obrazujących epokę mieli na sobie odzież, którą codziennie widzimy na każdej ulicy. Mariusza Kwietnia ubranego w dżinsowe spodnie i sportowego typu kurtkę, zamiast wieśniaka jako Silvio, ujrzałem tak samo jak przeciętnego młodzieńca. Sprężystym krokiem zmierzał do Neddy. W duecie Nedda! Silvio! a quest'ora, pod względem aktorskim z entuzjazmu przeszedł w szał namiętności. Brawura wokalna zdumiewała niespotykaną perfekcją, wciągała w atmosferę uczuć, drgała autentycznym życiem. W tworzeniu człowieczeństwa u granych postaci polski solista nie ma sobie równych. Ponadto wizualnie przystojny chłopak w czarującej blond peruce objawił się jako ognisty kochanek, czuły i namiętny. W czasie, gdy Nedda śpiewała on ją pieścił i całował, jego ręce dotykały miejsc powszechnie uważanych za erogenne. Emanował genialną grą zmysłów. Interpretacją postaci zbudował przekonującą wizję roli, tym samym tworzony wizerunek młodego Silvia maksymalnie przybliżył. Żywiołową ekspresją dobrze podkreślił rasową ludowość Włocha.
Wciągając widzów w atmosferę uczucia miłości wartość artystyczną przedstawienia wzniósł wysoko ponad przeciętność. Leoncavallo partię Silvia umieścił w wysokiej tessiturze, będącą na pograniczu tenorowego śpiewania. Czyli głosom barytonowym mogącą stwarzać pewne trudności. Polski baryton pokonał je bez najmniejszego wysiłku, udokumentował, iż prezentuje tak wysoką klasę, że duet powszechnie uważany za piekielnie trudny, w jego wykonaniu może być pięknie zaśpiewany. Subtelną kolorystyką głosu i precyzyjnym kształtowaniem każdego dźwięku, takt po takcie przekazywał rozległe obszary ludzkich uczuć. W swojej interpretacji wiele szczegółów partytury, zwłaszcza rytmicznych i dynamicznych przedstawił w nowym świetle. W jego śpiewie szerokie linie melodii nabierały wzruszającej siły wyrazu. U tak znakomitego artysty warstwa wokalna z aktorską tworzą nierozerwalną całość. Jedna bez drugiej nie mogą istnieć. Także istotnym jest umiejętne połączenie nowoczesnego aktorstwa operowego ze stylem epoki werystycznej. Mimo tak znacznego sukcesu nastąpiła długa przerwa w chicagowskich występach. Jednak dzięki temu, że Dmitri Hvorostovsky w sezonie 2007-08 zrezygnował z pięciu przedstawień w partii Oniegina, od 17 marca 2008 roku nasz rodak mógł zastąpić wybitnego Rosjanina i przez 5 wieczorów w wietrznym mieście z powodzeniem kreował partię tytułową w słynnej operze.
Sezon 2002-03 zaowocował również drugim i ostatnim jak do tej pory, powrotem do The Michigan Opera w Detroit, gdzie po raz pierwszy w swojej karierze, 9 listopada 2002 roku zaśpiewał rolę Doktora Malatesta (Don Pasquale). Ponieważ spektakl 10 listopada był grany w niedzielę po południu całą noc jechałem autobusem z Chicago do Detrioit i tak samo z powrotem. Akcja Don Pasquale powinna rozgrywać się w XVIII wiecznym Rzymie, lecz reżyseria omawianej produkcji została umieszczona w czasach nam współczesnych, w dodatku na Brooklynie (tam prywatnie mieszkał sceniczny Malatesta). Bohater tego szkicu jako Malatesta popisał się finezyjnie opracowanymi elementami warsztatu aktorskiego idealnie zespolonymi z warstwą muzyczną. Imponował intensywnością artystycznego wyrazu w scenach zespołowych. Najwspanialej objawił się błyskotliwym wykonaniem arii Bella siccome un angelo. W interpretacji przejawiła się niezwykła fantazja muzycznej śpiewności, nadająca jej całkowicie przekonujący wyraz artystyczny. Głównie zachwycał niesamowitym zmysłem wokalnej kolorystyki, błyskotliwym budowaniem muzycznej frazy i wprost niesamowitą grą aktorską. Wywarł fantastyczne wrażenie, gdy udawał zaskoczenie obrotem spraw, zresztą w libretcie zaznaczonych. Było to niesamowite balansowanie między przyjemnością z realizacji zamierzonego celu, a wyjściem na jaw misternej intrygi. Wznosząc widzów w rejony wysublimowanych odniesień artystycznych potrafił jednocześnie zachować równowagę w cudownym balansowaniu na wyżynach komizmu sytuacyjnego. Pamiętał przy tym, że akcję przeniesiono do czasów współczesnych i dobrał do nich najlepszy z możliwych warsztat aktorski. Z wdziękiem prowadząc głos, kolejny raz udokumentował, iż we włoskim stylu bel canto na nieboskłonie gwiazd opery, jest klejnotem świecącym pełnym blaskiem.
Tą samą partią, 11 stycznia 2003 roku debiutował również w Seattle. Cały sezon należał do aktywniejszych w USA, bowiem w nim, na amerykańskich scenach wystąpił w 31 przedstawieniach, które zakończył pierwszą dużą partią w Metropolitan Opera. 1 kwietnia 2003 roku na pierwszej scenie świata odniósł tryumfalny sukces jako Marcello (La Boheme). Kreacją roli biednego malarza już od pierwszych dźwięków Questo Mar Rosso mi ammollise oblał moje serce miodem. Jego artyzm polegał na drobiazgowym przekazaniu szczegółów interpretacyjnych zamieszczonych w partyturze. Rozwijając głos w długich frazach brzmiał olśniewająco gdyż górze skali nadał urzekający blaski. W duecie z Mimi w zaczynającym się od słów Mimi?! Speravo di trovarvi qui i w zaraz następującej po nim scenie z Rudolfem Marcello. Finalmente! błyszczał jakością dźwięku. W podobnie mistrzowski sposób brylował głosem w duecie O Mimi, tu piu non torni. Dzięki doskonale opanowanej umiejętności wokalnego stylu bel canto, niezbędnej u Pucciniego, do publiczności docierał każdy niuans, bo każdy detal miał pieczołowicie i doskonale opracowany. W dzielnicy łacińskiej Marcello tworzony przez Kwietnia kipiał energią i żywiołowością, szczególnie podczas słynnego walca Musetty. Skupiał na sobie uwagę miotając się między dumą zdradzonego kochanka, a ciągle trwającym uczuciem. Wyrazistą i sugestywną grą maksymalnie przybliżał widzów do tego, co dzieje się w rozdartej duszy granej postaci. Szczyty ekspresji osiągnął przepięknie zaczynając od wysokiego e Gioventu mia, tu non się morta. Tak ogromnej muzykalności nie sposób zapomnieć.
6 stycznia 2004 r. także jako Marcello, debiutował w San Francisco Opera. Drugim debiutem tego roku był festiwal w The Santa Fe; Opera. Podczas którego miały miejsce wyżej wspomniane jubileusze w USA, będące pretekstem do niniejszego tekstu. Ale również (po Japonii i Polsce), po raz pierwszy w Stanach wystąpił w swej koronnej roli, jaką jest Don Giovanni. Sezon 2004-05 w Metropolitan, zaczął od partii Silvio (Pagliacci). Na drugą z większych partii trzeba było poczekać do 3 lutego 2005 roku, bowiem wtedy nowojorskiej publiczności pokazał się jako Almaviva (Le Nozze di Figaro). Wydarzeniem na drodze artystycznej był też debiut w Denver Colorado Opera. Tam też był nim Almaviva. Od 30 kwietnia do 8 maja 2005 roku wystąpił w 4 przedstawieniach i były to jedyne dotąd jego spektakle w Denver. Sezon 2005-06 rozpoczął od debiutu w Los Angeles; Opera. Po pięciu przedstawieniach roli Sylvio (ostatnie 24 września 2005 r.) rozstał się z teatrem, którego dyrektorem jest Placido Domingo. W tym samym sezonie od Metropolitan Opera dostał kontrakt na zaśpiewanie 6 przedstawień Guglielmo (Cosi fan tutte), z których zobaczyłem ostatnie, 28 stycznia 2006 r. W tym spektaklu ukazał niebywały kunszt wokalno - aktorski i już pierwszą arią Non siate ritotsi, occhieti vezossi dosłownie i w przenośni powalił publiczność na kolana. Stworzył postać niebanalną, potrafiącą młodzieńczym entuzjazmem bawić się, przeżywać zawód miłosny i z poczuciem humoru wybaczyć zdradę. Niesamowitą charyzmą wybijał się na czoło wykonawców, a przyznać trzeba, że w Met. występują soliści pierwszej klasy. Wzbudził większy szacunek, bo partia Guglielmo nie wymaga najwyższych ani najniższych dźwięków, które dobrze zaśpiewane tuszują rejestr średnicowy. Kwiecień posiada średnicę fenomenalnie brzmiącą i doskonale nią włada.
Nie potrzebował nic tuszować i ogromną salę Met. wypełniał krystalicznym strumieniem dźwięków o cudownej ornamentacji. Wizualnie atrakcyjny, bezbłędny wokalnie i aktorsko od pierwszych taktów czarował tak, jak na gwiazdę przystało. Kreacja jaką stworzył zasługuje na szersze respekt, bowiem w interpretacji delikatnych fraz Mozarta nie ma sobie równych. Każda z nich była delikatna i dopieszczona, a lśniący jak jedwab mahoniowy baryton z niewymuszoną siłą od najwyższych dźwięków do najniższych zniewalał cudownie kontrolowanymi pianissimami i przepysznym brzmieniem w forte.
Sezon 2006-07 w Stanach obfitował aż czterema kontraktami. Wprawdzie nie dostał żadnego przedstawienia w Metropolitan Opera, lecz 3 kwietnia 2007 r. w wziął udział w Galowym Wieczorze z okazji 40 rocznicy nowego gmachu Met. Wówczas wystąpił jako Marcello w I akcie Cyganerii oraz Belcore w II akcie Napoju miłosnego. Sezon rozpoczął debiutem w Houston i powrotem do Seattle oraz San Francisco, w których to teatrach kreował partię tytułową w operze Don Giovanni. Także debiut w San Diego miał związek z operami Mozarta, bo był to Count Almaviva w Weselu Figara. Sezon 2007-08 okazał się honorem, bo w nim doznał zaszczytu występu w inauguracji sezonu MET.
Także pierwszy raz w MET występował w nowej produkcji opery Lucia di Lammermoor w partii Enrico. Dzięki temu, że w minionym sezonie Dmitri Hworostowski zrezygnował z połowy kontraktu w Lyric Opera of Chicago, William G. Guerri, błyskotliwy agent z USA, na wakujące miejsce zaproponował naszą dumę narodową. I w taki sposób po 6 latach nieobecności Mariusz Kwiecień wrócił do Chicago. Ten powrót najbardziej cieszy, bowiem wtedy za oceanem po raz pierwszy kreował partię tytułową w operze Eugeniusz Oniegin. W moim przekonaniu jest rewelacyjnym kreatorem słowiańskiej muzyki. Z żalem jednak stwierdzam, że miejscowa krytyka zbyt powściągliwie dokonała oceny tegoż występu. W recenzjach dziennikarz, Mark Thomas Ketterson napisał, że Polak, Kwiecień w końcowych scenach z pasją, ale i patosem, pokazał najsilniejsze momenty rozdartego serca jednobarwnego w czynach Oniegina. Nadzwyczajnie przystojnie prezentował się w kostiumach. Śpiewał dźwiękiem o pięknej barwie z erotycznie mruczącym wibratem oraz inteligentnie podawał tekst. Mógłby jednak chłodniej grać w początkowych scnach - z natury miał coś ciepłego. W podobnym tonie, mniej lub więcej powściągliwe, ale zawsze pozytywne opinie spotykałem we wszystkich recenzjach. W moim przekonaniu Mariusz Kwiecień połączył w sobie wszystko: cudownie brzmiący, przepojony słodyczą barytonowy głos, najwyższego stopnia kulturę wykonawczą i wyraźnie widoczne doświadczenie sceniczne. Zmierzył się z małą rolą, wymagającą ogromnego talentu dla zwrócenia na siebie uwagi, czy z partią dużego formatu zawsze był bliski doskonałości. Nie pozostawił nawet cienia wątpliwości że jest śpiewakiem operowym wielkiego formatu. Z każdej roli potrafi zrobić klejnot, niczym brylant, którego promienne błyski na zawsze pozostają w pamięci.
Wilfried Górny