Jest jeden taki teatr, który cenię najbardziej. Chociaż odwiedziłem już kilkadziesiąt innych, nawet najwyżej cenionych oper na świecie, myślami stale wracam do grodu nad Brdą i Wisłą. Tam, w Bydgoszczy jeszcze jako kilkunastoletni chłopiec, po raz pierwszy w życiu widziałem wystawiany przez Studio Operowe spektakl operowy. I tak się zaczęła moja fascynacja sztuką operową, aczkolwiek przyznaję, że w ostatnich kilkunastu latach o wiele rzadziej mam zaszczyt bywania w moim rodzinnym mieście, niż np. w Metropolitan Opera, czy ROH Covent Garden, albo Wiener Staatsoper. Z tego, jakby nie było, sentymentalnego względu z przyjemnością przyjąłem zaproszenie na premierę nowej produkcji musicalu My fair Lady. Opera Nova w Bydgoszczy, to tylko nowa nazwa zawsze tej samej instytucji kultury, mającej swój początek we wspomnianym wyżej Studio Operowym. Kierunek działalności wyznaczyły pierwsze pozycje mianowicie: opery Flis i Verbum nobile, balet Wesele w Ojcowie oraz operetka Baron cygański. Na pierwszy musical, a był nim Hel Jerzego Lawina Świętochowskiego trzeba było czekać prawie 9 lat. Pamiętam dokładnie to wydarzenie, wszak wtedy jeszcze mieszkałem w Bydgoszczy. W różnych odstępach czasu taka forma sztuki muzycznej, niekiedy określana jako lekka muza, powraca na bydgoski afisz. Kolejnych premier doczekały się: Skrzydlaty kochanek Stanisława Renza (1974), Najpiękniejsza Mariana Lidy (1975), Dziękuję ci, Ewo Stanisława Renza (1976), My chcemy tańczyć Andrieja Pietrowa (1977), Skrzypek na dachu Jerry Bocka i Josepha Steina (1992), oraz Promises, promises Burta Bacharach i Neil Simon (1999). Arcydzieło My Fair Lady Frederica Loewe i Alan Jay Lernera w Bydgoszczy gości po raz drugi, bowiem poprzednia produkcja miała miejsce przed piętnastoma laty, w 1993 roku.
Zaistniała jeszcze jedna zbieżność dat, bowiem prapremiera musicalu, który wstrząsnął światem wydarzyła się 15 marca 1956 roku w Nowym Jorku, przy ul. Broadway.
Jak wiemy bydgoska świątynia scenicznej sztuki muzycznej zaistniała zaledwie pół roku później! O popularności pierwszej nowojorskiej produkcji można powiedzieć tyle, że w premierowej obsadzie, bez przerwy, była grana przez sześć i pół roku. Kompozytor Ferderic Loewe był synem tenora operetkowego w Wiedniu, lecz młodość spędził w Niemczech. Tam grał m.in. z Berlińskimi Filharmonikami i napisał pierwszą piosenkę. Mając 20 lat z przeświadczeniem o swoim talencie i z jeszcze większym zapałem wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Wiodło mu się różnie, ale zawsze w komponowanych piosenkach umieszczał lekkość muzycznego stylu Wiednia. Takie też odczucie pozostaje po wysłuchaniu My fair Lady.
Zdaje się, że dyrygent Maciej Figas prowadzący premierowy spektakl w Operze Nova podobnie jak życzył tego sobie kompozytor odczytał i zrealizował partyturę. Orkiestra rzeczywiście czarowała powabem dźwięku upajającego zebraną na widowni publiczność. Znakomite muzycznie, ogromnie melodyjne i zgrabnie interpretowane piosenki świadczyły o profesjonalności batuty Macieja Figasa. Subtelnymi barwami orkiestra bajecznie malowała odcienie zmieniających się sytuacji scenicznych, bowiem i one wynikały z treści libretta. Ono zaś to już domena reżysera, którym był Maciej Korwin. Przedstawił wartko zmieniające się sceny akcji, nie koniecznie rozgrywającej się w edwardiańskim Londynie 1912 roku. Reżyserowi zabrakło polotu, głównie w scenach komicznych. Widownia zdecydowanie za mało z zbyt rzadko się śmiała. Nie mam tu na uwadze tylko sceny podczas wyścigów. W niej już wyedukowana Eliza ulega niesamowitym emocjom. Do obstawionego konia kieruje jeden wyraz, powiedzmy nieparlamentarny, po którym Pani Higgins (Magdalena Krzyńska), nawet nie udawała, że z przerażenia mdleje a publiczność nie śmiała się wcale, a powinna i mogłaby. W partii Elizy Doolittle wystąpiła Aleksandra Meller. Artystka posiada miłą sceniczną aparycję i swobodnie porusza się po scenie. Lecz ładnym z natury głosem pod technicznym względem niezbyt swobodnie włada. Przede wszystkim spory niedosyt pozostawiła chyba w najpopularniejszym walcu Przetańczyć całą noc. Podobnie, a może nawet jeszcze bardziej rozczarowująco postać prof. Henry Higginsa budował Marek Richter. Bezbarwnie przedstawił piosenkę Zwyczajny ze mnie jest typ w I akcie i w piosence, Lecz cóż, przywykłem do jej wad z II aktu nie wyraził wystarczająco rozterek duszy po rozstaniu z Elizą.
O wiele korzystniej partię pułkownika Pickering zarówno wokalnie jak i aktorsko przedstawił Bartłomiej Tomaka. Niepospolitym nerwem scenicznym, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, popisał się Ryszard Smęda, kreujący partię ojca Elizy, śmieciarza Alfreda Doolittle. Wspaniale zagrał przemądrzałego pijanicę i z właściwym wyczuciem sytuacji zaśpiewał piosenki Pan Bozia dał nam ręce jak z żelaza i jakże odmienną w charakterze Jeden mały szczęścia łut. Z zaskakującą elegancją gestu idealnie podając tekst wielkiej damy, postać pani Pearce z wdziękiem pokojówki kreowała Wiesława Kończewska-Plac. I jeszcze jedna partia, mianowicie Fred Eynsford Hill zasługuje na szczere komplementy, bowiem jej odtwórca, Marcin Naruszewicz umiejętnie wcielił się w rolę młodego, wykwintnego chłopca zakochanego w Elizie, Z urzekającym romantyzmem zaśpiewał znaną musicalową, jakże melodyjną piosenką Tę ulicę znam tyle, tyle lat.
W pozostałych epizodach występowali Katarzyna Nowak-Stańczyk (Pani Eynsford Hill), Wojciech Dyngosz (Karpathy), Stanisław Baron (Jamie), Jacek Greszta (Harry), Orlin Bebenow (Policjant), Jerzy Doliński (George) i Krzysztof Dziedzic (Szofer). W zdecydowanej większości przestrzenną zabudowę sceny zaprojektował Jerzy Rudzki, pod projektem ślicznych, przedstawiających epok podpisała się Barbara Ptak, a dobrze wykonane układy tańców opracowała Joanna Semeńczuk. Duże brawa!
Wilfried Górny