Chyba nic bardziej nas nie cieszy, jak sukcesy Polaków na międzynarodowej arenie. W przypadku Mariusza Kwietnia, radość jest tym większa, bowiem jeszcze jako student debiutował w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Po rozpoczęciu oszałamiającej kariery na najbardziej prestiżowych operowych scenach nie zerwał z krajem. W Teatrze Wielkim - Operze Narodowej występował w partiach tytułowych z oper Eugeniusz Oniegin i Don Giovanni. Natomiast w rodzimym Krakowie kilkakrotnie zaśpiewał partię Enrico w Łucji z Lammermoor oraz Malatestę w Don Pasquale. Na sezon 2008-09 Opera Krakowska z udziałem wybitnego rodaka zapowiedziała aż 5 przedstawień w nowej produkcji opery Don Giovanni. Może krzywdzącym dla naszego śpiewaka byłoby określenie, że wyżej wymienione tytuły zaliczane do oper klasycznych i włoskich śpiewa najlepiej, bo i z pozostałymi stylami muzycznymi także nieźle sobie radzi.

Po debiucie w Metropolitan Opera (1999), Seattle Opera (stan Washington), była już piątym teatrem operowym na obszarze USA, do którego został zaangażowany. Debiutował tam, 11 stycznia 2003 roku partią doktora Malatesta w Don Pasquale. I odniósł olśniewający sukces. Wprawdzie osobiście nie byłem tego świadkiem, lecz wysłuchałem transmisji radiowej z przedstawienia, która dowodziła, że młody Polak sztukę śpiewania w stylu włoskiego bel canto opanował w stopniu doskonałym. Następnie wrócił do Seattle 13 stycznia 2007 roku (o tym pisaliśmy w Maestro), żeby wziąć udział w serii przedstawień opery Don Giovanni. Za wybitną kreację partii tytułowej miejscowa krytyka i publiczność słynnego Krakowianina nagrodziły przyznaniem mu tytułu Artysta Roku.
Trzecią produkcją, dla której Mariusz Kwiecień poleciał na północno-zachodnie wybrzeże USA, jest opera praktycznie nie istniejącą na polskich scenach. Choć to jedna z najpiękniejszych pozycji, ostatnie wielkie dzieło Vincenzo Belliniego, Purytanie (I Puritani). Zamierzałem ten spektakl zobaczyć, ale z przyczyn, których nie chcę wyjawiać, krótko przed premierą z lotu za ocean zrezygnowałem. Z uwagi na różnice czasowe, gdy 3 maja 2008 o godz. 19:30 w Seattle rozpoczynał się premierowy spektakl, w Polsce był już poranek 4 maja i z niesamowitym napięciem czekałem na wiadomości o jej przebiegu. Ku mojemu zdziwieniu pierwszą wieść otrzymałem z... Krakowa. Menedżer Mariusza Kwietnia na Polskę (to wynika ze strony http://www.mariuszkwiecien.com/), pan Robert Duda, na mój adres przysłał E:maill z treścią: "pewnie z ponaddźwiękową prędkością dostał już Pan informacje, że Purytanie to kolejny sukces Kwietnia - ogrom owacji i naręcza kwiatów, a do tego pełna satysfakcja śpiewaka...". Nie dostałem wcześniej, ta była pierwszą, lecz akurat sukcesu się spodziewałem. Podstawą moich przypuszczeń był fakt, że na scenach oper w Amsterdamie, Detroit i Krakowa miałem zaszczyt przekonać się, iż Kwiecień sztukę idealnego śpiewania w stylu bel canto opanował w stopniu doskonałym.
Miałem też sposobność zapoznać się z fragmentami Purytanów dla celów reklamowych zapisanymi przez Operę w Seattle na taśmie video. Wynika z niej, że w partii Sir Riccardo Forth, używając sportowej terminologii, mógłby osiągnąć mistrzostwo świata. Fenomenalnie utrzymana linia melodyczna wspaniale zabrzmiała w pierwszej wielkiej arii Ach, na sempre. Zaprezentował w niej rozwiniętą kantylenę, liryzm i głęboką ekspresję pogłębioną o wyraz dramatyczny. Z tego, co zdołałem na nagraniu usłyszeć, to i duet Suoni la tromba z Sir Giorgio (John Relyea), okazał się niebywałym popisem kunsztu wokalnego najwyższej klasy. Jeśli do tego dodamy idealne połączenie warstwy wokalnej z wybornym, wielowymiarowym aktorstwem, to wizerunek sceniczny Mariusza Kwietnia nie będzie miał sobie równych. Podobnie świetnie i dynamicznie rozegranej walki na szable nawet w sali kinowej nie sposób zobaczyć.
Sceniczna postać Riccardo wymaga dużej sprawności operowania emocjami. Jest to człowiek kochający Elvirę, obiecaną za żonę dla Lorda Arturo. Niezależnie od wątku miłosnego zachodzi tu jeszcze tło polityczne, bowiem Riccardo jest zwolennikiem Cromwella. Swoją miłość do Elviry ujawnia w wielkiej arii. Opowiada w niej zarówno o pragnieniu i zamiarze kochania Elviry oraz o planie udaremnienia jej małżeństwa z Arturo. Elwira jednak twierdzi, że raczej umarłaby niż poślubiła Riccardo. Po wielu perypetiach, Riccardo nie zgładzi rywala i pozwoli mu uciec licząc, że to go zdradzi. Jednak i w tym przypadku nie odniesie sukcesu. Arturo dołączy do Riccardo w emocjonującej, patriotycznej rozmowie. Na końcu opery przyjdzie wiadomość, że rojalistyczne siły zostały pokonane i następuje ogólna amnestia.

Z pierwszych doniesień prasowych wynika, że produkcja opery I Puritani w Seattle została uwieńczona sukcesem, do którego poważnie przyczynił się Mariusz Kwiecień. Krytyk muzyczny M. Cambell 5 maja, br. napisał, cytuję: "...Równocześnie swoim głosem wprawił w zakłopotanie (on miał katar), Mariusz Kwiecień zaśpiewał Riccardo z władzą i znaczną finezją. Pokazał charakter pełny groźnie patrzących gestów i nieszczęścia, ale Kwiecień niemniej jednak zagrał tak, że jest współczujący i mimo wszystko zuchwały." Nie zamierzam tej recenzji komentować, lecz wątpię, czy taki profesjonalista jak Kwiecień pozwoliłby sobie wyjść na scenę (była też druga obsada), mając katar, którego objawem bywa kichanie i używanie chusteczki do nosa. Osobiście czegoś podobnego nie doświadczyłem, bo 25 stycznia 2006 r. daremnie poleciałem do Metropolitan Opera. Tego dnia z powodu choroby pan Kwiecień w Cos fan tutte nie wystąpił. Dokładniejszą relację z premiery 4 maja, br. przedstawiła recenzentka Seattle Times Company, pani Melinad Bargreen, cytuję fragmenty: "...Na końcu II aktu, kiedy dwaj byli laureaci tytułu "Artysta Roku" w Seattle Opera (baryton Mariusz Kwiecień i bas John Relyea) łączą się na scenie dla wzruszającego duetu, emitując poziomy zapisu testosteronu i podnosząc do spektakularnych wysokich notatek, miłośnicy opery myśleli, "To mogą pokazać tylko najlepsi." Ogromny osobisty magnetyzm śpiewaków i zawadiacki wokalny styl zostały nagrodzone krzyczącymi "Bravo" od połowy widowni..."
...Kwiecień, zaśpiewał rolę tytułową w "Don Giovanni" u niego, jest wszystko, czego chciałbyś posłuchać w barytonowym głosie: dźwięk jak aksamit, dużo pełnego wyrazu władzy i wysokich dźwięków jak u tenora. On jest też najważniejszym aktorami jednej w tej produkcji, kontaktując się łatwo z widownią, by wyczuwała jego frustrację, jego udaremnioną miłość do Elviry, jego złośliwości do Arturo, którego kocha Elvira.
Dziękując pani Rebecca Chawgo za życzliwość i panu Monte Jacobson za zdjęcia wyrażam szczery żal za pochopnie podjętą z rezygnacji z lotu na tę premierę. Przede wszystkim wspaniała realizacja z kostiumami i sporą częścią dekoracji scenicznych mających swój początek przed 30 laty w Metropolitan Opera, a także soliści (z moją ulubienicą, słodką Norah Amsellem zasługują na dokładniejsze opisanie.
Wilfried Górny