Wspólne muzykowanie zespołów rockowych z orkiestrami symfonicznymi zaczyna cieszyć się w naszym kraju coraz większą popularnością. W ostatnich latach najgłośniej było o projekcie "Perfect Symfonicznie", niedawno zaś do współpracy muzyków symfonicznych zaprosiła Coma. Mariaż rocka i poważnej instrumentalizacji mają za sobą także muzycy m.in. Budki Suflera i Dżemu. Teraz swoje "pięć minut" w tej kwestii ma Lady Pank i wydaje się, że wykorzysta je jak najlepiej.

27 marca br. publiczność wypełniła Salę Kongresową w PKiN w Warszawie, by stać się świadkiem niezwykłego koncertu - projektu nazwanego "Lady Pank Symfonicznie". Występ zespołu odbywał się w ramach minitrasy określanej, prawdopodobnie ze względu na towarzyszącą zespołowi orkiestrę, jak i zbliżającą się 30. rocznicę powstania grupy, jako "królewską". Obecne koncerty Lady Pank z symfonikami nie są pierwszym tego typu doświadczeniem w historii zespołu. 23 czerwca 2008 roku w Gdańsku podczas uroczyście obchodzonej nocy świętojańskiej, grupa wystąpiła z Orkiestrą Symfoników Gdańskich. Pomysł wyszedł najprawdopodobniej od lidera Lady Pank, Jana Borysewicza, który od dawna chciał sprawdzić, jak jego kompozycje będą brzmieć w orkiestrowych aranżacjach. Inicjatywa projektu, w jego ostatecznej formie wyszła jednak od Orkiestry Symfoników Gdańskich. Koncert, mimo obaw wielu fanów związanych z jego formułą, okazał się dużym sukcesem artystycznym.
Podobne widowisko odbyło się także 1 maja 2009 roku, gdy projekt "Lady Pank Symfonicznie" miał swoją odsłonę w Kielcach.
W ostatnią niedzielę marca rockmanom towarzyszyła, jak we wspomnianych dwóch "symfonicznych" koncertach, Orkiestra Symfoników Gdańskich. Zagrała ona z Lady Pank także na otwierającym trasę koncercie w Sopocie (19 marca) oraz towarzyszyć będzie muzykom w kolejnych tego typu koncertach, planowanych w tym i następnym roku. Orkiestrą dyrygował Andrzej Szczypiorski, a jego brat, Marcin był autorem aranżacji utworów Lady Pank w orkiestrowej oprawie oraz pierwszym wiolonczelistą symfoników gdańskich.

Występ w Warszawie doskonale wykazał, dlaczego muzycy obydwu formacji tak sobie cenią konsekwentną i długotrwałą współpracę. Koncert rozpoczęła uwertura instrumentalistów, oparta na znanych motywach takich przebojów jak "Tańcz, głupia tańcz", "Kryzysowa narzeczona", "Mniej niż Zero" i "Stacja Warszawa". Jak się wkrótce okazało, był to zwiastun charakterystycznego sposobu urozmaicania przez orkiestrę przerw między poszczególnymi utworami Lady Pank. Po każdej wykonanej piosence wokalista zespołu, Janusz Panasewicz... schodził ze sceny, a orkiestra prezentowała publiczności popularne motywy z muzyki poważnej, tematy filmowe czy jazzowe standardy, m.in.: "Cancana", "Taniec z szablami", ale także temat muzyczny z "Gwiezdnych Wojen", jazzowy klask "Summertime" i... fragmenty oper i operetek.
Pomysł takiego urozmaicenia koncertu był ciekawy, choć może nieco przesadzony. Panasewicz przed każdym kolejnym utworem znikał na chwilę za kulisami, a zespół w większości biernie asystował muzykom orkiestry, co sprawiało, iż dynamika koncertu spadała. Szczególnie irytowało to w momentach, gdy zespół rozgrzał publiczność do czerwoności, cała Kongresowa zrywała się z miejsc i w euforii czekała na kolejny, tak samo "energetyczny" utwór (jak np. po wykonaniu piosenki "Tacy sami"), a zespół zamiast "iść za ciosem", oddawał cały plan orkiestrze, wycofując ze sceny wokalistę. Zaproponowane budowanie atmosfery lepiej sprawdziłoby się raz na kilka piosenek, niż przed każdym utworem.

Był to jednak jedyny istotny mankament koncertu. Zresztą, nie dla wszystkich było to wadą, zwłaszcza że motywy grane przez orkiestrę w przemyślany sposób nawiązywały do "kawałków" Lady Pank, jak np. temat z "Gwiezdnych Wojen" jako uzupełnienie do "Dobrej konstelacji" lub fragment "Cancana" zagrany przed utworem "Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą". Wypada też podkreślić, iż muzyczne przerywniki w wykonaniu orkiestry nie sprowadzały się tylko do uwertur wiernie odwzorowujących klasyczne tematy. Wiele fragmentów było specjalnie zaaranżowanych i misternie przeplecionych z charakterystycznymi tematami utworów Lady Pank. Orkiestracja i aranżacja utworów grupy nie ograniczała się więc, jak to często w tego typu projektach bywa, do swego rodzaju drugoplanowego, orkiestrowego akompaniamentu. Tu mieliśmy do czynienia z prawdziwym dialogiem zespołu z orkiestrą, w którym oba muzyczne światy wzajemnie się przenikały.
Przejdźmy jednak do roli, jaką w koncercie odegrał, słynący z kontrowersyjnych zachowań zespół Lady Pank. Tym razem jego muzycy byli na scenie bardzo... spokojni, ale nie znaczy to, że koncert był nudny. Wręcz przeciwnie. Wprawdzie zespół zaprezentował zestaw i kolejność utworów podobne do tych z wcześniejszych symfonicznych koncertów (w każdym jednak były pewne różnice w repertuarze), ale ich wykonanie, a także niezwykła energia bijąca za sceny - były nie do przewidzenia. Publiczność "współpracowała" z grupą już od otwierającego koncertu "Nie wierz nigdy kobiecie" (utwór z repertuaru Budki Suflera, ale z tekstem współzałożyciela Lady Pank Andrzeja Mogielnickiego i muzyką Jana Borysewicza z czasów, gdy był członkiem Suflerów) i tak samo dobrze reagowała zarówno na utwory z repertuaru starszego ("Sztuka latania", "Marchewkowe pole", czy "Wciąż bardziej obcy" - pomimo pomyłki w teście wykonującego utwór Jana Borysewicza) jak i nowszego ("Wenus, Mars" lub "Stacja Warszawa").

Prawdziwie szaleństwo nadeszło jednak wraz z utworem "Tacy sami". Niezwykle energiczne, wspaniale zaaranżowane wykonanie tego hitu sprawiło, iż niemal wszyscy zgromadzeni w Sali Kongresowej wstali z miejsc. Do końca koncertu zdecydowana większość ludzi pozostała na stojąco, co przecież rzadko się zdarza w tym miejscu. Chyba sami członkowie Lady Pank byli zaskoczeni takim przyjęciem, niemniej do końca tego dwugodzinnego show prezentowali się niezwykle profesjonalnie. Nie zabrakło zatem klasycznych ballad ("Mała wojna", "Zawsze tam gdzie Ty" czy zagrane na bis "Zamki na piasku"), nieśmiertelnych hitów ("Mniej niż Zero", "Kryzysowa narzeczona") jak i najnowszego singla - "Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą", który zupełnie niepotrzebnie został powtórzony na bis.
Wydaję się, iż spowodowane to było raczej promocyjną kalkulacją, bo co do tego, że wielu evergreenów polskiego rocka nie zagrali (choćby "Fabryka małp" czy "Vademecum skauta"), nikt nie ma wątpliwości.
To jednak szukanie dziury w całym, bo zasadniczo do całości koncertu trudno mieć większe zastrzeżenia. Wokalnie Panasewicz prezentował się doskonale, a szczególnie przejmujące wrażenie wywarł na publiczności niezwykle emocjonalnie wykonany utwór "Zabić strach". Borysewicz skupił się przede wszystkim na muzyce, a nie na innych, niekoniecznie potrzebnych scenicznych zachowaniach, co przyniosło bardzo dobry, chwilami wręcz wirtuozerski efekt. Do liderów zespołu dostosowali się także basista, Krzysztof Kieliszkiewicz i perkusista Kuba Jabłoński.
Projekt "Lady Pank Symfonicznie" jest bez wątpienia niezwykle udanym przedsięwzięciem. Udział orkiestry jest tu odmienny, bardziej partnerski niż w podobnych przypadkach współpracy polskich zespołów z muzykami symfonicznymi. Konwencja koncertu była więc inna niż w projekcie "Perfect Symfonicznie", gdzie trudno było się oprzeć wrażeniu, iż orkiestra stanowi jedynie tło dla zespołu. Tu, zarówno symfonicy, jak i Lady Pank byli tak samo istotni.
Orkiestra Symfoników Gdańskich pod batutą Andrzeja Szczypiorskiego ma już spore doświadczenie we współpracy z muzykami rockowymi. Jeszcze niedawno kojarzyliśmy ją przede wszystkim z zespołem Coma, z którym zresztą także prezentował się bardzo korzystnie. Wydaje się jednak, że współpraca orkiestry z Lady Pank nabiera rozpędu i z czasem może się prezentować jeszcze efektowniej, bo w przypadku tego zespołu połączenie rockowych utworów i orkiestrowej oprawy sprawdza się znakomicie.
Michał Bigoraj
Dziękuję Pawłowi Kilnierowskiemu (vel. John Belushi), szefowi Fanklubu Lady Pank "Tacy Sami" za pomoc w uzyskaniu fotografii.