Przegląd nowości

"Romeo i Julia" Charles'a Gounoda w Opéra de Lausanne

Opublikowano: czwartek, 31, marzec 2011 02:00

Remont historycznego gmachu Opery w Lozannie (jego uroczyste otwarcie zaplanowano na początek sezonu 2011/2012) zmusza dyrekcję tej placówki do prezentowania kolejnych produkcji w wynajmowanych gościnnie salach, którymi dysponuje to pięknie położone nad brzegiem Jeziora Genewskiego miasto.

Image

Ta przejściowa sytuacja na pewno utrudnia pracę ekipie technicznej teatru, natomiast dla publiczności stwarza wyjątkową okazję poznania obiektów kulturalnych, do których może by w innych okolicznościach nie mieli okazji dotrzeć. I tak na przykład w grudniu zeszłego roku mieliśmy okazję obejrzeć Córkę Pani Angot Lecocqa w zabytkowej, bo zaprojektowanej w 1929 roku przez Alphonse'a Laverrière'a, w awangardowym jak na ówczesne czasy stylu, sali le Métropole, mogącej pomieścić 2000 słuchaczy, dysponującej wyśmienitą akustyką i nie bez powodu będącej od 1994 roku siedzibą Orchestre de Chambre de Lausanne, a także służącej między innymi tak prestiżowym zespołom jak Ballet Béjart.


Teraz zaś zostaliśmy zaproszeni do wzniesionego w połowie zeszłego wieku Théâtre de Beaulieu, którego widownia, z wykładanymi drewnem ścianami i okazałym żyrandolem, była w roku swej inauguracji (1954) uważana za największą i najpiękniejszą salę w całej Szwajcarii romańskiej. To właśnie tutaj pokazywana jest aktualnie nowa inscenizacja Romea i Julii Charlesa Gounoda, dzieła, które od momentu swojej kreacji (rok 1867, Théâtre Lyrique du Châtelet w Paryżu) cieszy się wciąż ogromną popularnością. Dzieje się tak pomimo formułowanych niejednokrotnie na temat tej pozycji kąśliwych, a dotyczących jej konstrukcji, opinii, z których chyba najbardziej złośliwą - przytoczoną również w przewodniku Kamińskiego - jest określanie rzeczonej opery jako: "cztery duety miłosne z dodatkami". A przecież mamy tu do czynienia z najbardziej udaną adaptacją operową tragedii Szekspira, choć trzeba przyznać - i nie jest to absolutnie żadnym zarzutem - że doznawany w trakcie jej słuchania przez odbiorców szok emocjonalny jest wywoływany bardziej przez warstwę dźwiękową tej pięcioaktowej opery niż przez dramaturgię opowiadanej historii. Wyjątkowa inspiracja Gounoda na płaszczyźnie melodycznej oraz niczym niezakłócona jedność stylu muzycznego i rzadko spotykana spójność akcji Romea i Julii nie może doprawdy nikogo pozostawić obojętnym.

Image

Natomiast osobnym problemem jest atrakcyjne przedstawienie tej słynnej historii miłosnej dzisiejszemu widzowi, którego wrażliwość, doświadczenia estetyczne i tym samym oczekiwania różnią się diametralnie od konwencji panujących powszechnie kilkadziesiąt lat temu. Największym niebezpieczeństwem czyhającym na inscenizatorów opery Gounoda - w które bardzo często nieroztropnie wpadają - wydaje się być utopienie mitycznego już wątku we łzawej ckliwości, źle pojętym romantyzmie i tym samym trudnej do zniesienia banalności. Pod tym względem lozańska realizacja, przygotowana przez francuskiego reżysera Arnauda Bernarda, dostarcza pełnej satysfakcji dzięki inteligentnie przeprowadzonej, poruszającej wizualnie i zgodnej z muzyką koncepcji. To prawda, że chodzi tutaj o niezwykle doświadczonego inscenizatora, byłego asystenta Nicolasa Joëla i Jean-Claude'a Auveray, mającego za sobą owocną współpracę z tak prestiżowymi placówkami jak Coven Garden, Metropolitan Opera, La Scala czy Teatro Colon w Buenos Aires. Wszakże jego najcenniejszym atutem artystycznym, mającym trudny do przecenienia wpływ na sposób budowania obrazów scenicznych, jest bez wątpienia fakt, iż Bernard posiada solidne wykształcenie muzyczne: studiował grę na skrzypcach w Konserwatorium w Strasburgu i był członkiem tamtejszej Orkiestry Filharmonicznej. Z pewnością dlatego punktem wyjścia w jego pracy reżyserskiej jest zawsze partytura danej opery, jej struktura, dynamika, kierunki muzycznych napięć.


I właśnie ta pełna harmonia zachodząca pomiędzy tym co słyszymy i co widzimy na scenie stanowi również o sile oddziaływania omawianej produkcji. Za ciekawy zabieg trzeba uznać oczyszczenie dzieła Gounoda z pseudo-romantycznej patyny i przypomnienie widzowi, że ma tu do czynienia z historią rozgrywającą się w kontekście dzikiej i odrażającej przemocy, u której podstaw tkwi trwająca od zamierzchłych czasów nienawiść pomiędzy rodami Kapuletów i Montekich.

Image

Jak krwawe są jej skutki przekonujemy się już na samym początku przedstawienia, kiedy to, zanim jeszcze rozlegnie się muzyka, na scenę wypadają uzbrojone grupy gotowych na wszystko młodzieńców, wśród których dostrzegamy również dwie kobiety, i rzucają się w obłędny wir pokazanej z dużą brutalnością (precyzyjne ustawienia Pavla Jancika!) walki - wszyscy jej uczestnicy tracą życie, co jeszcze dosadniej podkreśla absurdalność ich morderczego szaleństwa. To co w większości inscenizacji przybiera formę niewinnych potyczek, tutaj zamienia się w wywołującą ciarki na plecach rzeź, przy czym Bertrand kładzie nacisk na to, że ten rodzaj śmiertelnej choreografii zostaje wywołany intymnym, ukazującym jakąś przytulającą się parę (to jeszcze nie Romeo i Julia), epizodem.


Ten pierwszy obraz pocałunku i ostatnia scena śmierci głównej pary protagonistów tworzą klamrę przedstawienia, wykazującą ścisły związek przyczynowo-skutkowy rozgrywającego się dramatu. Tak brutalne ukazanie konfliktu dodatkowo jeszcze wzmacnia, na zasadzie kontrastu, nasycone poezją i delikatnością sceny miłosne, które są zanurzone w ciemnej tonacji pięknie prowadzonej przez Patricka Méeüsa reżyserii świetlnej, dyskretnie sugerującej zbliżającą się katastrofę.

Image

I tylko scena z pierwszego aktu, podczas której Romeo i Julia odkrywają siebie nawzajem doznając miłosnego uniesienia zostaje umieszczona w pełnym, olśniewającym świetle. Budowaniu właściwej atmosfery dobrze też służą funkcjonalne, pozwalające na szybkie przenoszenie akcji na różne plany, dekoracje Bruno Schwengla. To jemu również zawdzięczamy atrakcyjnie skrojone, zgodne z renesansową estetyką, wszak umiejętnie dostosowane do współczesnych wymogów teatralnych stroje.


Ponadto mocną stroną inscenizacji jest cenna - i dość rzadko w teatrach operowych spotykana - zdolność Arnauda Bernarda do interesującego i zawsze zgodnego ze strukturą muzyczną budowania scen grupowych, przykuwających uwagę zawsze uzasadnionymi dramaturgicznie działaniami aktorskimi, odpowiednią dynamiką przemieszczania się, zaangażowaniem w akcję opery. W żadnym momencie grupki chórzystów (świetnie przygotowane pod względem wokalnym przez Véronique Carrot) nie służą do tworzenia tła rozgrywanej akcji, lecz są jej aktywnym uczestnikiem.

Image

Wielkim odkryciem omawianej produkcji jest dla większości widzów fantastyczny występ dwójki obsadzonych w głównych rolach solistów: Marii Alejandres i Teodora Ilincai. Ta pierwsza, śpiewająca partię Julii, po przezwyciężeniu zrozumiałej w tak młodym wieku tremy, wraz z upływem czasu coraz bardziej wzbudza podziw bardzo dobrze już opanowaną umiejętnością modelowania siły, dynamiki i ekspresji swego pięknie brzmiącego, choć niekiedy jeszcze troszkę nadto rozwibrowanego, sopranu, porywa naturalnością i świeżością gry scenicznej, porusza szczerością przekazywanych uczuć. Jeszcze mocniejszych doznań dostarcza występujący u jej boku dwudziestoośmioletni Teodor Ilincai, pochodzący z Rumunii tenor, który od 2006 roku jest solistą Opery w Bukareszcie, a od trzech sezonów wzbudza entuzjazm słuchaczy w Wiedniu i Londynie. Jego aksamitny, bezbłędnie prowadzony i bogaty w alikwoty głos, natchnione i swobodne modelowanie frazy, magnetyczny i wiarygodny przekaz muzycznych treści, doskonały styl i nieprawdopodobna muzykalność pozwalają żywić przekonanie, iż mamy tu do czynienia z następcą takich sław jak Roberto Alagna czy Rolando Vilazón.


Myślę, że już w najbliższym czasie o tego artystę będą zabiegać najbardziej prestiżowe teatry na świecie. Jeśli będzie on potrafił mądrze i bezpiecznie dla swego cennego głosu poprowadzić tę błyskotliwie rozpoczętą karierę, to na pewno dokona wielkich rzeczy i dostarczy nam w przyszłości wielu niezapomnianych operowych wzruszeń.

Image

Ta para młodych artystów całkowicie dominuje w zespole wykonawczym lozańskiej realizacji, wszak wypada jeszcze wspomnieć takich wyróżniających się w niej solistów jak Stefano Palatchi (Brat Laurenty), Marc Barrard (Capuleto), Christophe Berry (Tybalt), Benoit Capt (Książę) czy Jérémie Brocard (Parys).

Image

Na czele Orchestre de Chambre de Lausanne stoi hiszpański kapelmistrz Miquel Ortega potrafiący wydobyć z partytury Gounoda całą emocjonalną intensywność, zmysłowość, poruszający patos, a tam gdzie trzeba - czułą i powściągliwą, wszak zabarwioną zbliżającym się dramatem intymność. Gorące owacje wzruszonej do głębi publiczności są najlepszym podziękowaniem za włożony w przygotowanie tego nadzwyczaj udanego przedstawienia przez wszystkich artystów trud.

                                                                      Leszek Bernat