Przegląd nowości

Powrót Włodzimierza Kamirskiego

Opublikowano: środa, 16, marzec 2011 01:00
Po blisko trzydziestoletniej nieobecności wrócił do kraju na gościnne występy Włodzimierz Kamirski przed laty związany z Teatrami Wielkimi w Warszawie i Łodzi. Najpierw stanął za pulpitem dyrygenckim NOSPR, tydzień później poprowadził przedstawienie Traviaty w Teatrze Wielkim w Łodzi.
 
Image

Ten znany i ceniony w świecie dyrygent jest absolwentem PWSM w Warszawie, gdzie ukończył klasę prof. Stanisława Wisłockiego. Po dyplomie wyjechał jeszcze do Włoch do Ferrary, gdzie studiował u Franza Ferrary. Po powrocie do kraju pracował najpierw we wspomnianych już teatrach, a później przez osiem lat był szefem "warszawskiej radiówki" skąd został w 1980 roku wyrzucony. Samo wymówienie i wyrzucenie mnie z pracy przez wiceprzewodniczącego było w najbardziej chamskim stylu, ale jakoś to przeżyłem - napisał mi w liście w 1993 roku.


Najpierw wyjechał z żoną do Niemiec, gdzie zastał go stan wojenny. W tym czasie najpierw żona później on otrzymali propozycje pracy w Sydney dokąd wyjechali "tylko na chwilę", która okazała się długim i ważnym w życiu okresem trwającym do dzisiaj. W Sydney został szybko pierwszym dyrygentem opery, gdzie debiutował operą Romeo i Julia Gounoda, drugim dziełem jakie prowadził na tej scenie był Bal maskowy Verdiego. Jednocześnie prowadził ożywioną działalność jako dyrygent symfoniczny i operowy. Gościnnie wystąpił w najważniejszych ośrodkach kulturalnych Australii i Nowej Zelandii, otwierał nowo wybudowaną operę w Singapurze. Z czasem prowadził koncerty w całym tamtym regionie z Chinami, Japonią i Koreą na czele oraz Włoszech, Niemczech i Francji, ponadto w Rosji i Argentynie. W latach 1984 - 1988 współpracował, również jako szef muzyczny, z National Grand Opera w Nowym Jorku. W opracowywanych przez siebie programach koncertowych zawsze i wszędzie promował muzykę polską. Mimo, że często bywał w Polsce to nigdy nie otrzymał propozycji poprowadzenia koncertu czy przedstawienia operowego.

Image

Propozycja występu spłynęła dopiero przy okazji obchodów 75. lecia NOSPR-u. Niejako za ciosem poszedł Teatr Wielki w Łodzi i zaproponował swojemu dawnego dyrygentowi powrót i poprowadzenie przedstawienia Traviaty z udziałem Joanny Woś, Dariusza Stachury i Zenona Kowalskiego. Program koncertu 6 marca w Katowicach obejmował: Uwerturę do Mocy przeznaczenia Verdiego, Poemat symfoniczny Preludia Liszta oraz Suita z baletu Jezioro łabędzie Czajkowskiego.


Mimo, że prezentowana 10 marca inscenizacja Traviaty ma równo 24 lata (premiera odbyła się 7 marca 1987 roku) to nadal pozostaje interesującym przedstawieniem podporządkowanym muzyce i utrzymanym w dobrej tradycji, gdzie wszystko jest przewidywalne i zgodne z autorskimi didaskaliami. Każdy akt ma właściwą sobie kolorystykę: pierwszy tonie w bieli podkreślanej czernią męskich fraków, wiejska scena ma barwę zieloną, a scena balu u Flory jest w kolorze czerwonym. Ostatni akt rozgrywany jest w beznadziejnej, lekko przymglonej  tonacji szaro-czarnej. Efektowna scenografia Mariusza Chwedczuka zbudowana z setek metrów lekkiej udrapowanej tkaniny oraz równie piękne stylowe kostiumy Xymeny Zaniewskiej, która zawsze wiedziała jak pięknie ubrać kobietę, tworzą niezwykły klimat tego przedstawienia. 

Image

Joanna Woś w partii Violetty jest bez wątpienia zjawiskiem samym w sobie. Ona nie gra, Ona po prostu jest zakochaną, zdolną w imię miłości do najwyższego poświęcenia kobietą, która wie, że jest śmiertelnie chora. Wokalnie zachwycała nienaganną emisją, nośnymi pianami i wspaniałym legato. Do tego należy dodać wyważoną ekspresję, wyrównane w każdym rejestrze brzmienie, wspaniale śpiewane koloratury i ogrom kultury muzycznej w subtelnym kreśleniu głosem dramatu Violetty. Jej kreacja miała - jak zawsze - wszelkie odcienie ekspresji wokalnej i aktorskiej. Partię zakochanego Alfreda zaśpiewał Dariusz Stachura, któremu udało się stworzyć w miarę wiarygodną postać młodego człowieka nie mogącego się pogodzić z utratą ukochanej. I chociaż w pierwszym akcie wokalnie nie był w szczytowej formie, to w miarę rozwoju akcji jego śpiew sprawiał coraz większą satysfakcję. Zenon Kowalski w partii starego Germonta, ojca Alfreda również ujmował muzyczną kulturą i dobrze brzmiącym głosem. Dobrze spisały się również chóry ujmujące spoistością brzmienia i wokalna dyscypliną. 

 Image  

Włodzimierz Kamirski przy dyrygenckim pulpicie tchnął wiele życia w nieśmiertelną muzykę Verdiego. Przede wszystkim prowadził przedstawienie w sposób umożliwiający śpiewakom spokojne prowadzenie frazy i nie zmuszał ich do forsowania głosu. Była też pod jego batutą charakterystyczna dla Traviaty taneczna lekkość w rytmie walca i śpiewność, pod którą czai się od samego początku, dramat głównych bohaterów. Przyjęte przez dyrygenta tempa nadają muzyce wyraziście głebszy dramatyczny puls.

                                                                                    Adam Czopek