Połączenie w ramach jednego wieczoru dwóch oper znajdujących się na przeciwległych biegunach stylistycznych - Dydony i Eneasza Henry Purcella oraz Zamku Sinobrodego Beli Bartoka - trzeba uznać za decyzję oryginalną, interesującą i w pełni udaną. Muzycznie oba dzieła bardzo różnią się od siebie, ale realizatorzy zcalili je m.in. specjalnie zaaranżowanymi mówionymi Prologami z szekspirowskim tekstem, który interesująco wyrecytował solista Teatru Wielkiego Przemysław Rezner. Ponadto można było znaleźć wspólne elementy w scenografii - m.in. wielką głowę ludzką przechyloną na bok w stylu Igora Mitoraja.
Odważnym zabiegiem było też powierzenie dwóch czołowych ról w obu operach tym samym śpiewakom, co nakładało na nich bardzo odpowiedzialne, trudne zadania, także od strony wokalnej. Robert Gierlach najpierw występował jako Eneasz w barokowym dziele operowym Purcella, potem zaś pojawiał się jako Sinobrody śpiewiając ekspersjonistyczne frazy Bartoka. Analogiczne zadanie czekało Agnieszkę Rehlis, która swym mocnym mezzosopranem kreowała postacie Dydony i Judyty. Oboje artyści chyba nie zauważyli, że śpiewanie opery barokowej wymaga od wykonawcy lżejszej emisji, dlatego trudno ich występy uznać za zjawiskowe. Szczególnie Eneasz niekorzystnie momentami forsował głos. Natomiast w drugiej części wieczoru, kiedy to nie mieli na scenie żadnej konkurencji, bardzo dobrze poradzili sobie z powierzonymi partiami zarówno aktorsko, jak i wokalnie.
Z obu oper zdecydowanie lepiej wypadł Zamek księcia Sinobrodego, znakomity muzycznie, świetnie zrealizowany zarówno przez orkiestrę Teatru Wielkiego pod kierunkiem Łukasza Borowicza, jak też przez autorów oprawy scenicznej, zwłaszcza doskonałe operowanie światłami i projekcje wideo. Wykonywana w pierwszej części Dydona i Eneasz zaprezentowała się niestety słabiej, i to z wielu powodów. Ta sama orkiestra grała tutaj z mniejszą precyzją, w wielu momentach zupełnie rozmijając się z nienajlepiej emisyjnie przygotowanym chórem.

Dosyć kontrowersyjna była też pstrokacizna kostiumów zaprojektowanych przez Annę Wunderlich, częściowo stylizowanych na starożytną Grecję, częściowo zaś średniowieczne Niemcy, a już ubiory tancerek przypominające współczesną rewię telewizyjną były całkowitym zgrzytem. Dobrze natomiast wypadła w operze Purcella dekoracja z dominującym kolorem czerwieni. W Dydonie i Eneaszu mieliśmy też przegląd rozmaitych możliwości wokalnych solistów wykonujących role drugoplanowe. Wysoką klasę zaprezentowała sopranistka Dorota Wójcik w roli Belindy, natomiast Czarownica i Wiedźmy kwalifikowały się wyłącznie jako głosy charakterystyczne. Sympatycznie zabrzmiał natomiast epizodyczny w roli Marynarza Dominik Sutowicz.

Rozwiązanie scen zbiorowych w operze Purcella pozostawiało wiele do życzenia, zarówno od strony reżyserskiej jak i choreograficznej. Można było odnieść wrażenie bałaganu. Przeciwieństwem było zdecydowanie statyczne i surowe dzieło Beli Bartoka, opierające się na bogactwie nastrojów umieszczonych w muzyce orkiestry i dwojga solistów. Tutaj można też było docenić oszczędne zabiegi reżyserskie Jacka Gąsiorowskiego, i na tym tle pewne zdziwienie budziło wymienienie w programie nazwisk odtwórczyń postaci trzech żon Sinobrodego, których zadanie polegało wyłącznie na tym, że chwilę postały i zeszły ze sceny. Nie zmienia to jednak faktu, że dzieło Bartoka, wykonywane w całości w języku polskim, robiło spore wrażenie jako całość - prawdziwy muzyczny dramat.
Joanna Tumiłowicz