
Dodajmy, że wcześniej na instrumentach tych grali m. in. członkowie legendarnego już Kwartetu Paganiniego. Dziś na świecie istnieją tylko dwa kwartety smyczkowe, w których wszyscy członkowie grają na stradivariusach. Pierwszym jest Tokyo String Quartet, drugim natomiast założony cztery lata temu szwajcarski zespół Stradivari-Quartett. Jako ciekawostkę warto także przywołać koncert, który odbył się 11 maja 2008 w Lucernie, kiedy to oba kwartety wystąpiły razem, wykonując Oktet smyczkowy Es-dur op. 20 Felixa Mendelssohna. Przypomnijmy, że partię drugich skrzypiec grał tam wówczas Polak, Bartłomiej Nizioł.
Tokyo String Quartet przyjechał do Łodzi w następującym składzie: Martin Beaver (prymariusz), Kikuei Ikeda (drugie skrzypce), Kazuhide Isomura (altówka) oraz Clive Greensmith (wiolonczela). W programie wieczoru znalazły się Kwartet smyczkowy G-dur KV 387 Wolfganga Amadeusza Mozarta, Kwartet smyczkowy C-dur Op. 37 Karola Szymanowskiego oraz Kwartet smyczkowy B-dur Op. 130 Ludwika van Beethovena. Ten ostatni utwór instrumentaliści zadedykowali pamięci ofiar ogromnego trzęsienia ziemi i tsunami, które w ostatnich dniach nawiedziły Japonię. Na bis artyści wykonali Menueta z Kwartetu smyczkowego G-dur op. 77 nr 1 Józefa Haydna.
Cały koncert wypadł przepysznie. Największe wrażenie zrobił na mnie dźwięk, którym operowali muzycy: miękki, wysublimowany do granic możliwości i niezwykle szlachetny. Nic, tylko zachwycać się. Jeśli zaś chodzi o współbrzmienie poszczególnych instrumentów oraz ich rolę w każdym z wykonywanych utworów, śmiało można by rzec toutes proportions gardées, co skądinąd powinno być pewnym wyznacznikiem kanonicznej interpretacji dzieł klasyków wiedeńskich. Poza tym zaprezentowane w niedzielny wieczór kreacje Mozarta i Beethovena nie epatowały sztucznością nietrafionych pomysłów, lecz, wręcz przeciwnie, okazały się proste i naturalne, co tylko i wyłącznie świadczy o dojrzałym podejściu do tej pięknej i zarazem trudnej wykonawczo muzyki. Miłym ukłonem w stronę polskiej publiczności było z pewnością wykonanie poetyckiego Kwartetu smyczkowego C-dur Szymanowskiego, którego wciąż za mało wykonuje się za granicą.

Jedynym mankamentem wczorajszego wieczoru była niesprzyjająca muzyce kameralnej akustyka sali koncertowej Filharmonii Łódzkiej. Sala jest bardzo duża i dźwięk czterech instrumentów, choć były to stradivariusy, nie brzmiał dostatecznie głośno, wyraźnie, soczyście, do uszu nie dochodziły wszystkie alikwoty. Bacznie obserwując słuchaczy, zauważyłem, że niektórzy w czasie przerwy przesiadali się do pierwszych rzędów. Jednocześnie dość zrozumiałym jest, że koncertów, podczas których miejscowa publiczność może posłuchać gwiazd światowego formatu, nie ma w Łodzi zbyt wiele, oraz że władze placówki starają się po prostu dać możliwość uczestnictwa w tak wyjątkowych imprezach jak najszerszemu audytorium, co się bardzo chwali. Tym niemniej, i to także stwierdzam z głębokim żalem, łódzka publiczność nie dopisała, mimo że aura była wczoraj iście wiosenna. Sala, która mieści ponad 600 miejsc, wypełniona była zaledwie w sześćdziesięciu procentach - a powinna była pękać w szwach! Powody tej absencji mogą być dwojakie: z jednej strony, niedzielne popołudnie nie jest najlepszą porą na wychodzenie z domu, z drugiej zaś strony zarząd filharmonii nie zatroszczył się dostatecznie o odpowiednią reklamę.
Na sam koniec o jeszcze jednym, dyplomatycznym zgrzycie: do teraz nie rozumiem, dlaczego Lech Dzierżanowski, dyrektor filharmonii, nie zdecydował się na uczczenie pamięci ofiar japońskiej katastrofy minutą ciszy. Być może zespół przyleciał z USA, jednakowoż i drugi skrzypek, i altowiolista są z pochodzenia Japończykami i wypadało zrobić ukłon w ich stronę. Kosztowałoby mało, a jednocześnie mogłoby tak wiele znaczyć.
Maciej Chiżyński