Przegląd nowości

Koncert Tokyo String Quartet w Łodzi

Opublikowano: poniedziałek, 14, marzec 2011 01:00
W niedzielę, 13 marca 2011, w Filharmonii Łódzkiej miał miejsce wyjątkowy recital muzyki kameralnej w wykonaniu wyśmienitego Tokyo String Quartet, jednego z najlepszych współczesnych kwartetów smyczkowych. Zespół powstał w roku 1969 w Stanach Zjednoczonych i z biegiem czasu jego skład ulegał nieznacznym przekształceniom. W trakcie swej długiej kariery, instrumentaliści nagrywali dla największych firm fonograficznych, m. in. dla Deutsche Grammophon, CBS Masterworks, RCA Victor, a w ostatnich latach dla Harmonii Mundi. Znamienny jest fakt, iż w 1995 roku muzycy otrzymali, z rąk japońskiej Fundacji Muzycznej Nippon, cztery instrumenty najwyższej próby, które zostały wykonane w latach 1680-1736 przez kremońskiego lutnika Antonio Stradivariego. Zdaje się, że łódzka publiczność po raz pierwszy w dziejach filharmonii mogła usłyszeć (i zobaczyć) aż cztery instrumenty Stradivariusa jednocześnie.
 
Image

Dodajmy, że wcześniej na instrumentach tych grali m. in. członkowie legendarnego już Kwartetu Paganiniego. Dziś na świecie istnieją tylko dwa kwartety smyczkowe, w których wszyscy członkowie grają na stradivariusach. Pierwszym jest Tokyo String Quartet, drugim natomiast założony cztery lata temu szwajcarski zespół Stradivari-Quartett. Jako ciekawostkę warto także przywołać koncert, który odbył się 11 maja 2008 w Lucernie, kiedy to oba kwartety wystąpiły razem, wykonując Oktet smyczkowy Es-dur op. 20 Felixa Mendelssohna. Przypomnijmy, że partię drugich skrzypiec grał tam wówczas Polak, Bartłomiej Nizioł.

Tokyo String Quartet przyjechał do Łodzi w następującym składzie: Martin Beaver (prymariusz), Kikuei Ikeda (drugie skrzypce), Kazuhide Isomura (altówka) oraz Clive Greensmith (wiolonczela). W programie wieczoru znalazły się Kwartet smyczkowy G-dur KV 387 Wolfganga Amadeusza Mozarta, Kwartet smyczkowy C-dur Op. 37 Karola Szymanowskiego oraz Kwartet smyczkowy B-dur Op. 130 Ludwika van Beethovena. Ten ostatni utwór instrumentaliści zadedykowali pamięci ofiar ogromnego trzęsienia ziemi i tsunami, które w ostatnich dniach nawiedziły Japonię. Na bis artyści wykonali Menueta z Kwartetu smyczkowego G-dur op. 77 nr 1 Józefa Haydna.


Cały koncert wypadł przepysznie. Największe wrażenie zrobił na mnie dźwięk, którym operowali muzycy: miękki, wysublimowany do granic możliwości i niezwykle szlachetny. Nic, tylko zachwycać się. Jeśli zaś chodzi o współbrzmienie poszczególnych instrumentów oraz ich rolę w każdym z wykonywanych utworów, śmiało można by rzec toutes proportions gardées, co skądinąd powinno być pewnym wyznacznikiem kanonicznej interpretacji dzieł klasyków wiedeńskich. Poza tym zaprezentowane w niedzielny wieczór kreacje Mozarta i Beethovena nie epatowały sztucznością nietrafionych pomysłów, lecz, wręcz przeciwnie, okazały się proste i naturalne, co tylko i wyłącznie świadczy o dojrzałym podejściu do tej pięknej i zarazem trudnej wykonawczo muzyki. Miłym ukłonem w stronę polskiej publiczności było z pewnością wykonanie poetyckiego Kwartetu smyczkowego C-dur Szymanowskiego, którego wciąż za mało wykonuje się za granicą.

Image

Jedynym mankamentem wczorajszego wieczoru była niesprzyjająca muzyce kameralnej akustyka sali koncertowej Filharmonii Łódzkiej. Sala jest bardzo duża i dźwięk czterech instrumentów, choć były to stradivariusy, nie brzmiał dostatecznie głośno, wyraźnie, soczyście, do uszu nie dochodziły wszystkie alikwoty. Bacznie obserwując słuchaczy, zauważyłem, że niektórzy w czasie przerwy przesiadali się do pierwszych rzędów. Jednocześnie dość zrozumiałym jest, że koncertów, podczas których miejscowa publiczność może posłuchać gwiazd światowego formatu, nie ma w Łodzi zbyt wiele, oraz że władze placówki starają się po prostu dać możliwość uczestnictwa w tak wyjątkowych imprezach jak najszerszemu audytorium, co się bardzo chwali. Tym niemniej, i to także stwierdzam z głębokim żalem, łódzka publiczność nie dopisała, mimo że aura była wczoraj iście wiosenna. Sala, która mieści ponad 600 miejsc, wypełniona była zaledwie w sześćdziesięciu procentach - a powinna była pękać w szwach! Powody tej absencji mogą być dwojakie: z jednej strony, niedzielne popołudnie nie jest najlepszą porą na wychodzenie z domu, z drugiej zaś strony zarząd filharmonii nie zatroszczył się dostatecznie o odpowiednią reklamę.

Na sam koniec o jeszcze jednym, dyplomatycznym zgrzycie: do teraz nie rozumiem, dlaczego Lech Dzierżanowski, dyrektor filharmonii, nie zdecydował się na uczczenie pamięci ofiar japońskiej katastrofy minutą ciszy. Być może zespół przyleciał z USA, jednakowoż i drugi skrzypek, i altowiolista są z pochodzenia Japończykami i wypadało zrobić ukłon w ich stronę. Kosztowałoby mało, a jednocześnie mogłoby tak wiele znaczyć.

                                                                              Maciej Chiżyński