Przegląd nowości

"Wdówka" z klasą

Opublikowano: sobota, 12, marzec 2011 01:00
Kiedy po zakończeniu premierowego przedstawienia "Wesołej wdówki" Lehara na scenie gliwickiego teatru Muzycznego pojawiła się Grażyna Brodzińska, publiczność zgotowała jej owację na stojąco. Przyznaję był to gest w pełni uzasadniony, bo nasza znana operetkowa diva obdarzyła postać Hanny Glawari wyjątkową elegancją, urokiem i wdziękiem. Można powiedzieć, że była damą w każdym calu. 
 
Image

Wesoła wdówka wystawiona po raz pierwszy 30 grudnia 1905 roku na scenie wiedeńskiego Theater an der Wien stała się z mety wielkim scenicznym przebojem okrywając Lehara sławą i pieniędzmi. Po Wiedniu wystawiono operetkę w Londynie, Sztokholmie, Berlinie, Nowym Jorku, Moskwie, Madrycie, wszędzie biła rekordy powodzenia. Miarą popularności był fakt że w sklepach pojawiły się perfumy, kapelusze i czekoladki "Wesoła wdówka", jadano kotlety i pito kawę a la "Wdówka", nawet ekspres nosił nazwę tej operetki opowiadającej o piękniej majętnej wdówce Hannie Glavari, która pojawia się na paryskich salonach. Nie tyle ona, ile jej ponteverdyjskie miliony, budzą zrozumiałe zainteresowanie wśród otaczających ją panów. Ona jednak kocha tylko jednego; hrabiego Daniłę, i zrobi wszystko by zostać jego żoną. W finale ich wspólny duet jest pięknym wyznaniem miłości w rytmie walca. 

 

Co zapewnia Wesołej wdówce nieprzemijającą popularność? Przede wszystkim wpadająca w ucho muzyka ujmująca niezwykłą inwencją melodyczną, lekkością i paryską elegancją. Można powiedzieć, że co aria to przebój, który nuciły już nasze prababki. Do dzisiaj śpiewane przez Hannę: "W Paryżu jestem pierwszy raz", "Pieśń o Wilii", Daniły "Wieczorem jest Maxim", czy wspomniany duet w rytmie walca "Usta milczą, dusza śpiewa" zawsze i wszędzie wywołują gromką owację. 

Image

Przyznaję, gliwicka inscenizacja tej popularnej operetki to roztańczone, barwne i zrealizowane z rozmachem widowisko, które ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Jego atutami są lekkość dynamicznych scen zbiorowych, pogodna atmosfera i dowcip w dobrym gatunku. Do tego koniecznie trzeba dodać zwiewne kolorowe, stylizowane na lata 20, kostiumy pań Tatiany Kwiatkowskiej oraz efektowną czarnobiałą scenografię Barbary Kędzierskiej o atrakcyjnej formie przestrzennej pozwalającej na prowadzenie akcji na dwóch planach jednocześnie.

Image

Właśnie to w interesujący sposób wykorzystała sprowadzona z Paryża Maria Sartowa, polska śpiewaczka od lat rezydująca nad Sekwaną, prowadząc akcję z werwą, operetkową lekkością i paryskim wdziękiem. Pierwszy akt mija nam na gorączkowej sensacji wynikającej z pojawienia się na paryskich salonach Hanny Glavari, bogatej wdówki po bankierze. Wyobraźnię panów rozpala dwadzieścia milionów ponteverdyjskich dolarów będących w posiadaniu Hanny, każdy chciałby je zdobyć traktując ich właścicielkę jako raczej uciążliwy do nich dodatek.


Wyjątkiem jest hrabia Daniło, który kocha szczerze Hannę i nie czyha na jej majątek. Drugi akt to elegancki ogród przy willi Hanny i wyraziście z humorem rozwijająca się, i zataczająca coraz szersze kręgi, intryga. Szczerze mnie ubawił chór podstarzałych amantów, wyśpiewujących i tańczących znany przebój "Kobietki, ach kobietki". Trzeci to już eksplozja tanecznego temperamentu, no i ten słynny szczęśliwy finał, w którym główni bohaterowie wyznają sobie w końcu miłość.

Image

Obsada, poza gościnnie występującą Grażyną Brodzińską, składa się z artystów gliwickiego teatru, którzy ze zmiennym szczęściem wykonywali swoje aktorskie i wokalne zadania. Tak więc w jednym i drugim przypadku osiągnięto zadowalającą poprawność. Niestety, zabrakło kreacji, którą chciałoby się na dłużej zapamiętać. Najbliżej niej był Michał Musioł w roli Daniły Daniłowicza, sympatycznego sekretarza poselstwa, który "dla dobra ojczyzny" ma poślubić Hannę i jej dwadzieścia milionów.  

Image

Dyrygował Wojciech Rodek, który prowadził orkiestrę w sposób zbyt mocno wyciszony, dostosowując jej brzmienie do możliwości solistów, przez co muzyce Lehara brakowało nieco płynności, elegancji, tanecznej lekkości i beztroskiego uroku.

                                                                                Adam Czopek