Przegląd nowości

"Phantom" w Operze Śląskiej Bytomiu

Opublikowano: wtorek, 08, marzec 2011 01:00
Opublikowana w 1911 roku we Francji powieść Gastona Leroux o upiorze w paryskiej operze doczekała się w ciągu niemal stu lat wielu filmowych i musicalowych przeróbek. Największą popularność zdobył Upiór w operze, film Ruperta Juliana i Edwarda Sedgwickza z 1925 roku oraz musical Andrew Lloyda Webbera z 1986 roku.

Twórcom filmowym i musicalu sukcesu pozazdrościł inny amerykański kompozytor - Maury Yeston, który wspólnie z Arthurem Kopitem skomponował musical Phantom. Jego premiera miała miejsce w 1991 roku w Theatre Under the Stars w Houston, tak więc po raz drugi mamy do czynienia z musicalową wersją tej samej historii. To melodramatyczna opowieść o okropnie oszpeconym człowieku, który chowa swoją twarz pod maską i ukrywa się w legendarnych lochach opery paryskiej, a potem zakochuje się w młodziutkiej śpiewaczce.

Image

To staje się początkiem całego ciągu zdarzeń prowadzących do tragicznego finału. I ten musical, chociaż stale pozostaje w cieniu dzieła Webbera, okazał się sukcesem swoich twórców, wystawiono go już grubo ponad tysiąc razy w Ameryce i Europie. W Polsce wystawiono go już dwukrotnie. Polska premiera odbyła się w poznańskim Teatrze Wielkim w lutym 1999 roku, w 2006 roku pojawił się na scenie poznańskiego Teatru Muzycznego z okazji obchodów 50. lecia tego teatru. Inscenizacja bytomska jest trzecią polską realizacją tego musicalu.

Phantom to opowieść o młodej, zdolnej śpiewaczce Christine, o odwołaniu starego dyrektora opery i zawistnych rządach żony nowego dyrektora. Ona chce być tutaj niekwestionowaną primadonną, więc każda młoda i zdolna traktowana jest przez nią jak osobisty wróg. Zarazem jest to rzecz o światku zakulisowych intryg solistek oraz pikantnych smaczkach dotyczących możnych protektorów teatru i artystek. Do pokazania tej teatralnej kuchni zaangażowano w Bytomiu Ireneusza Domagałę, który wręcz wyczarował teatralny świat od kulis i frontu.


Mamy więc iskrzące wybuchy, tajemnicze światła, dymiące trujące mikstury, spadający żyrandol i ruchome lustro. Udało mu się też stworzyć, na niewielkiej bytomskiej scenie, sugestię przepastnych głębi operowych lochów, gdzie od dzieciństwa żyje oszpecony Eryk, wielki esteta i miłośnik pięknego śpiewu. Równie sprawna jest reżyseria tej inscenizacji, Daniel Kustosik za pomocą opuszczanych kurtyn płynnie przenosi akcję z jednego miejsca w inne zapewniając całemu przedstawieniu właściwą dramaturgię i klimat. Podbudowuje je lekka mgiełka tajemnicy przykuwająca uwagę widza od pierwszego do ostatniego momentu akcji. Uznanie budzi konsekwentne prowadzenie postaci i sprawne operowanie tłumem w scenach zbiorowych.

Sukces bytomskiego Upiora to nie tylko sprawna reżyseria i efektowna scenografia, ale przede wszystkim dobra obsada z powodzeniem prezentująca przeżycia swoich bohaterów. Z prawdziwą przyjemnością słuchałem i obserwowałam Joannę Kściuczyk-Jędrusik, która lekko przerysowując tworzyła z pasją obraz swojej bohaterki. Jej Carlotta jest pełnym obrazem primadonny w dawnym stylu. Wsłuchana we własny głos i siebie nie dostrzega niczego i nikogo, no chyba, że to potencjalna konkurentka, a wtedy idzie w ruch cały zestaw sztuczek mający ją unieszkodliwić.

Image

Przekonała się o tym młodziutka Christine Daaé, której głos tak bardzo urzekł Eryka, że oddał jej serce. W tej niełatwej roli wystąpiła z pełnym powodzeniem Justyna Dyla. W pierwszych piosenkach (jednak bardziej właściwe byłoby użycie określenia ariach, bo jednak kompozytorowi nie udało się uciec od operowego zadęcia) musi pokazać, że ma piękny głos, ale wyraźnie niedoszkolony. To bardzo trudne zadanie, z którym sobie dobrze poradziła. Równie dobrze jak z ewolucją śpiewu poradziła sobie z przemianą z szarego Kopciuszka w primadonnę. Sugestywny i wiarygodny obraz upiornego Eryka udało się stworzyć Tomaszowi Urbaniakowi, któremu brakuje co prawda aktorskiego szlifu, ale nadrabia go autentycznym emocjonalnie zaangażowaniem w kreowaniu swojego bohatera, który zakochał się nie tylko w pięknym głosie. On uczynił go jeszcze piękniejszym, a wszystko dlatego, że fascynacji głosem towarzyszyła wielka miłość do pięknej i wrażliwej Christine.

Przedstawienie, które oglądałem (sobota 26 luty) prowadził  Łukasz Wojakowski, którego w orkiestrowym kanale spotkałem pierwszy raz. Niestety, nie było to spotkanie w pełni satysfakcjonujące, bo dyrygent nie zawsze był precyzyjny w prowadzeniu orkiestry i śpiewaków.  

                                                                                 Adam Czopek