Znakomity tenor, który już za życia stał się legendą - fenomen długowieczności i wokalnego mistrzostwa - odszedł na 20 dni przed swoimi 91. urodzinami...

Trudno w to uwierzyć. W mojej świadomości należał On do tego szczupłego i szczególnego grona Osobistości, o których myśli się, że są ponadczasowe. Z całą pewnością był człowiekiem niepowtarzalnym. Przez swoje bardzo długie życie w sztuce i dla sztuki stworzył wartości trwałe, nieprzemijające i godne najwyższego podziwu. Był Mistrzem. Był ulubieńcem publiczności, niezwykle popularną osobowością polskiej opery. Przyszedł na świat z niezwykłym talentem i umiał ten talent szybko i należycie spożytkować. Do dzisiaj wspominana jest premiera z Bogdanem Paprockim w partii Alfreda w Traviacie G. Verdiego, w Operze Śląskiej w Bytomiu (23.11.1946 roku) - gdzie narodziła się Jego legenda...
Odszedł Wielki Śpiewak, budzący powszechny szacunek, Wielki Artysta, jeden z ostatnich już herosów polskiej sceny operowej. Można stwierdzić, że zwyciężył czas, wymknąwszy się pewnym prawom natury...
Przez 70. lat działalności artystycznej, wzbudzał podziw i wzruszenie swym śpiewem, niepodzielnie królując na scenie operowej, dopisując swoje nazwisko do galerii legendarnych znakomitości. Był potężnym filarem, godnie dźwigającym sławę i repertuar Oper w Bytomiu i Warszawie.
Wierzę w gwiazdorstwo talentu, jedynego elementu osobowości artystycznej, który może trwać aż do końca. Już Stanisławski powiedział: kto kocha sztukę w sobie a nie siebie w sztuce, ten się nie musi bać starości... i Bogdan Paprocki się jej nie bał! Mimo przekroczonej 90. tki nadal mógł sobie pozwolić na kontynuację swojej nieprzeciętnej kariery. Wielki Artysta, który do ostatnich niemal chwil swego bardzo zaawansowanego wieku, występował na scenie operowej i estradzie i śpiewał, jak nie potrafił nikt inny... - rekord, który należałoby wpisać do księgi Guinessa...
Był z nami "od zawsze" - dlatego jakże teraz trudno i smutno pisać o Nim w czasie przeszłym...
Urodził się aby śpiewać. Śpiew operowy był radością, sensem i treścią życia Bogdana Paprockiego. Opera i osobiste koleje losu były w nierozerwalnym splocie... Miał niesamowitą ilość energii, która wynikała z pasji. Do ostatnich chwil życia wierny sztuce, aktywnie uczestniczył w życiu artystycznym..
Wybitny śpiewak, artysta obdarzony nie tylko pięknym głosem tenorowym, ale wykazujący się także mistrzostwem w kreowaniu poszczególnych partii operowych. Jego występy pozostaną w pamięci widzów jako wzór doskonałości odtwórstwa wokalnego - czynił to na poziomie niepodważalnego profesjonalizmu. Stworzył pewien specyficzny model postaci, który jest Jego własnością (jak Moniuszkowski Stefan i Jontek...) i może istnieć tylko w symbiozie z Jego Osobą. To "prawo własności" w odniesieniu do roli przysługuje tylko największym z największych.
Był fenomenem, który wygrał walkę z czasem. Z czasem, który jest tak szczególnie bezlitosny wobec śpiewaków a zwłaszcza tenorów. W momencie, kiedy wielu Jego, o wiele młodszych kolegów, zapomniało o deskach scenicznych, On występował nadal, robiąc to z intensywnością trudną do prześcignięcia.
Będąc w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie możemy spotkać się z Jego popiersiem w brązie (dłuta Adama Myjaka), które stoi teraz przed Salami Redutowymi... i jak sam powiedział w ostatnim wywiadzie: ...w doborowym towarzystwie - popiersi moich przyjaciół Andrzeja Hiolskiego i Bernarda Ładysza - i tym samym, tak we trójkę będziemy "strażnikami" Opery Narodowej!... ... Ten niezwykły Artysta, pozostanie dla nas jednym z symboli świetności polskiej Opery.
Smutno, bardzo smutno, kiedy odchodzą Wielcy i niezastąpieni, a stający się coraz bardziej gasnącym wspomnieniem...
Po Bogdanie Paprockim zostało coś najpiękniejszego a zarazem najbardziej ulotnego - westchnienie... Westchnienie tych, którzy Wielkiego Artystę pamiętają i czasami słuchają... Westchnienie po Kimś kogo czasy już się skończyły...ale, który tak pięknie i godnie zapisał się w dziejach Polskiej Opery i we wdzięcznych sercach polskiej publiczności, bo Ojczyzna była dla Niego najdroższa.
Głos utrwalony przez artystę śpiewaka na płytach był kiedyś jedyną możliwością pozostawienia po sobie trwałego śladu... Chwile przebywania na scenie tak szybko przemijają...
Kiedy ostatnio namawiałam Go na kolejne wspomnienia - które zaistniałyby potem, jak trzy poprzednie, na portalu Maestro - uśmiechnął się tylko, spojrzał na mnie i powiedział: ...następne to już Ty sama napiszesz...In Memoriam...
... a teraz - kiedy te słowa stały się niestety faktem - niech powrócą wspomnienia...
...Proszę o chwilę zadumy - życzliwych Jego pamięci...