Późnym popołudniem, a może wczesnym wieczorem wchodzimy do lokalu zwanego na świecie, podobnie jak w Polsce, pubem, a przy jednej ze ścian z wielkim ekranem kłębi się grono miłośników karaoke, czyli sztuki śpiewania do mikrofonu z udziałem protezy muzycznej tzw. podkładu. Im bardziej się wsłuchujemy, tym większe zdziwienie nas ogarnia. Oto bowiem z głośników wydobywają się dźwięki autorstwa Stanisława Moniuszki, a rozpalona zabawą młodzież klaszcze i śpiewa, mając za nic światowe przeboje muzyki pop. Obrazek jak ze snu. Oczywiście. Nierealne, bowiem w zakresie popularyzacji muzyki, która i tak jest popularna, ponieważ codziennie, bezlitośnie promują ją media, przekroczyliśmy już granicę dobrego smaku i powrót do repertuaru ambitniejszego będzie niezwykle trudny. Pocieszeniem może być jedynie fakt, że potencjał muzykalności jest ciągle w narodzie taki sam jak przed wiekami. Dowodem są wielkie tłumy szturmujące telewizyjne programy poszukujące młodych talentów wokalnych.

Przy tej okazji warto więc zapytać zapytać, czy Stanisław Moniuszko, który w swoim czasie rozśpiewał Polskę, wykorzystałby: karaoke, telewizję i Internet do propagowania rodzimej pieśni? Nie mamy w tym względzie najmniejszych wątpliwości. Bezwzględnie tak! Rodzi się zatem smutny wniosek, że zbyt łatwo skomercjalizowaliśmy wszystkie media kształtujące powszechne gusta muzyczne, czego już bardzo boleśnie doświadczamy, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę z dalekosiężnych konsekwencji wpływu "plastikowej muzyki" na życie młodszych generacji. Wiem, wiem! Wszystko można tłumaczyć prawami rynku. Spójrzmy jednak na przypadek "Śpiewnika domowego".
Przypadek pana Moniuszki
Pomysł wydania "Śpiewnika domowego" - dzieła ważnego dla polskiej literatury muzycznej i popularyzacji sztuki w ogóle - zrodził się w sytuacji nikłej popularności operetki "Ideał" i tytanicznej, wyniszczającej twórczo pracy nauczyciela, którą przyszły ojciec opery narodowej podjął w domach zamożnych panienek podążających za modą. Był rok 1840. Moniuszko ożenił się, został szczęśliwym mężem i nieszczęśliwym twórcą. Jego dzieła sceniczne z marnymi, podkreślmy to, marnymi tekstami, mimo licznych prób podejmowanych i Wilnie, i w Mińsku szybko schodziły z afisza,. Ambicje twórcze musiały więc zostać powstrzymane. Tymczasem niespodziewanie dużą popularnością zaczęły cieszyć się w Wilnie pieśni wydane przez Moniuszkę jeszcze w okresie berlińskich studiów. Był to bezpośredni impuls do zainteresowania się popularyzowaniem prostych form muzycznych - na głos i fortepian.
Kompozytor przygotował stosowny materiał. Pomysł poparło wielu jego przyjaciół i rodzina. Niespodziewanie pojawiły się jednak trudności. "Śpiewnik domowy" został odrzucony przez cenzurę wileńską, która wystraszyła się nieco narodowego charakteru dzieła, ale zdeterminowany autor uzyskał akceptację władz w Petersburgu i pomysł stworzenia repertuaru dla domowego muzykowania został wprowadzony w życie.
Sukces "Śpiewnika" wynikał ze zrozumienia przez Moniuszkę przemian społecznych i politycznych. Naród bez państwa mógł jeszcze chronić swoją kulturę w domowym zaciszu, potrzebował jednak odpowiedniego materiału. Literatura z emigranckiego wygnania przemawiała do serc i sumień Polaków. Jednak muzyka, która niesie inny rodzaj emocji, jeszcze lepiej mogła utrwalać poczucie tożsamości i w połączeniu z mądrym słowem służyć narodowej sprawie.
Uwagę współczesnych powinna zwrócić determinacja, z jaką Moniuszko realizował swój pomysł. Szukał właściwych rozwiązań. Nie "obrażał się" ideologicznie i znakomicie wykorzystał sytuację. W każdym prawie szlacheckim czy mieszczańskim domu stał fortepian / lub jego odpowiednik/. Były zatem: społeczna wola, moda, głód muzyki, które potrzebowały tylko chwytliwego repertuaru - polskiego, "naszego", swojskiego. W prospekcie "Śpiewnika" wydrukowanym w "Tygodniku Petersburskim" Moniuszko pisał: "Bo jeśli piękne poezje połączone z piękną muzyką zdolne są otworzyć sobie wstęp do ucha i serca najmniej muzycznego, to nawet słabsza muzyka, która się mniej szczęśliwie uda, przy poezji celującej zyszcze dla siebie pobłażanie; a to, co jest narodowe, krajowe, miejscowe, co jest echem dziecinnych naszych przypomnień, nigdy mieszkańcom ziemi, na której się urodzili i wyrośli, podobać się nie przestanie." (W. Rudziński, Moniuszko i jego muzyka, Warszawa 1970, s.48
Ileż w tych słowach mądrości, skromności i wiary! Ileż współczesnych rozczarowań! Powyższe zdanie pozwala jednak przede wszystkim uwierzyć, że kompozytor nie był koniunkturalistą, ale uwierzył w możliwość realizacji pewnego rodzaju misji, którą skutecznie zamienił w czyn. Nie bez znaczenia dla sukcesu "Śpiewnika" był nowoczesny, jak na owe czasy, system sprzedaży abonamentowej - zwany pismami periodycznymi. Dzięki niemu tworzyło się stałe grono odbiorców, którzy - kupując "Śpiewnik domowy" - stawali się swoistymi ambasadorami pieśni Moniuszkowskiej w całym kraju. Abonamentowy sposób sprzedaży sprawdził się, chociaż wymagał od kompozytora pewnych kompromisów artystycznych. Musiał on bowiem rezygnować z trudniejszych utworów na rzecz łatwych, chwytliwych melodii. Cóż, rynek rządzi się swoimi prawami. Należy jednak pamiętać, że wiele utworów wartościowych i ambitnych pieśni weszło na stałe do klasyki polskiej literatury muzycznej. Utwory Moniuszki śpiewała cała Polska. Warto było w opakowaniu prostej, ludowej pieśni przemycić balladowe i pełne liryzmu muzyczne perły.

Moniuszko pozostawił w dorobku twórczym około 300 pieśni, szkoda więc, że dziś brzmią one tak rzadko i wyłącznie w związku z okolicznościowymi rocznicami.
Siła, która przeszkadza
Wrócimy jednak raz jeszcze do karaoke - swoistego symbolu popularności muzyki. Czy, mając do dyspozycji współczesne środki masowego przekazu: Internet w prawie "każdym mieszczańskim" domu, telewizję i radio, pan Moniuszko zdołałby rozśpiewać i umuzykalnić całą Polskę, w której dodatkowo nie ma cenzury, a śpiewać można, nie posiadając umiejętności gry na żadnym instrumencie? W tym wypadku odpowiedź nie jest już tak jednoznaczna. Cóż więc stoi na przeszkodzie popularyzacji wartościowej, dobrej, polskiej muzyki? Paradoksalnie - wolność. Z niej rodzi się wielość tzw. muzyki komercyjnej działającej jak pasożyt. Powoli, lecz skutecznie zabija twórczość szlachetną i autentyczną.

Spójrzmy na folklor. We współczesnej Polsce nie istnieje muzyka ludowa. Jej miejsce zajęło disco polo, całkowicie zaspokajając potrzeby kontaktu z "dźwiękiem" słuchaczy pewnych grup społecznych. W takiej twórczości nie można szukać inspiracji. Moniuszko, transponował folklor, inspirował się nim, powracając do źródeł. Dziś trudno szukać źródeł w muzyce będącej marną kopią kopii. Oto jedna z przyczyn trudności w popularyzowaniu sztuki ambitniejszej. Nie zapominajmy, że nawet przyszły twórca opery narodowej chciał dowiedzieć się, co spodoba się ludziom, dlatego każdy utwór poddawał surowej ocenie swojej muzykalnej teściowej, śpiewając z rodziną i konsultując z wieloma osobami siłę oddziaływania swoich najnowszych pieśni. Rzecz gustu zatem, lecz gustami zaczynają rządzić nie potrzeby słuchaczy, ale mechanicy marketingowi, którzy wcześniej już te gusta spłaszczyli, żeby łatwiej podawać społeczeństwu kulturalną papkę ze sprawdzonym przepisem. Rozwój muzyki offowej, niezależnej także napotyka na barierę komercji, która tylko czeka, żeby pochwycić świeże pomysły i "zainstalować" je w świadomości masowego odbiorcy. Jakże zatem w tak zorganizowanym świecie ma sobie poradzić muzyka ambitniejsza? Bez świadomych działań popularyzatorskich zostanie pożarta przez swoje swawolne siostry.
Cenzura i brak wolności pomogły Moniuszce w odniesieniu sukcesu. W naszym świecie wielkość mediów musi skłonić nas do dokonywania wyborów, a nawet konieczności wskazywania innym muzyki wartościowej, ambitnej. Nie myślę o kulturalnym terrorze, czyli o gwałtownym zastąpieniu np. w telewizji muzyki popularnej poważną. Zależy mi jedynie na równym dostępie do środków masowego przekazu, aby potencjalny odbiorca mógł wybrać, a nie być ofiarą i klientem "muzycznego McDonalda". Im więcej dobrej sztuki wokalnej i instrumentalnej wokół nas, tym większa szansa na kształtowanie gustów publicznych z perspektywy dobrej, mądrej muzyki.
Moniuszko, wprowadzając na rynek "Śpiewnik", odniósł sukces, ponieważ odwołał się do środowiska rodzinnego, a było ono wówczas naturalne, pierwotne i bogate w autorytety. Współczesny odbiorca bardziej "żyje" w przestrzeniach medialnej i publicznej, dlatego na nich należy się skoncentrować, aby poszerzać muzyczne upodobania społeczeństwa.
Czy jest aż tak źle?
Nie można powiedzieć, że popularyzacja sztuki muzycznej w nowoczesnych mediach nie istnieje, trzeba jednak sporo trudu, aby przedrzeć się przez gąszcz haseł, wyszukiwarkowych i dotrzeć do interesujących nas materiałów lub utworów. Oczywiście, żeby znajdować, trzeba najpierw wiedzieć, czego szukać, lecz w taką wiedzę muszą wyposażyć człowieka: rodzice, szkoła lub środowisko, w którym żyje. Naiwny odbiorca nie szuka, lecz przyjmuje to, co hojnie daje mu przemysł rozrywkowy.
Nie do przecenienia jest tworzenie stron internetowych zajmujących się informacją i dokumentacją wydarzeń artystycznych ( vide www.maestro.net.pl). Są one prawdziwą skarbnicą wiedzy, a także świetnie wykorzystują walory Internetu, czyli: globalność zasięgu, multimedialność i interaktywność.
Mamy także telewizyjny kanał tematyczny - TVP Kultura i chociaż muzyki jest w programie niewiele, lepsze to niż nic! Pamiętajmy o II programie Polskiego Radia oraz RMF Classic. Obie rozgłośnie nie tylko emitują szlachetną muzykę w doskonałym wykonaniu, ale także animują szereg działań. Łączą środowisko melomanów, patronują wielu imprezom nadając im stosowną rangę. Ciekawym zabiegiem jest tworzenie na portalach społecznościowych profili pełniących funkcję swoistej skrzynki pocztowej mówiącej, grającej i wyświetlającej obrazy. Pomysł znakomity i Moniuszko z pewnością by mu przyklasnął, ponieważ - podobnie jak abonenci "Śpiewnika domowego" - internauci stają się środowiskiem propagującym pewne postawy i przynależność do takiego grona jest swoistą nobilitacją.
Moniuszkowska idea propagowania sztuki mogłaby brzmieć tak: Muzyka jest dla wszystkich. Można ją zrozumieć lub odczuwać, a między tymi dwoma sposobami nie ma żadnej różnicy. Z tego powodu tak ważne wskrzeszanie idei koncertów kameralnych, salonowych, szczególnie w małych ośrodkach, aby wielu ludzi z różnych środowisk mogło doświadczyć niezwykłego nastroju muzycznego misterium trudnego do wyrażenia słowami. Dla kogoś kto zetknął się z tzw. muzyką poważną (nie lubię tego terminu) w odpowiednim- podkreślam - odpowiednim, dla jego poziomu percepcyjnego wydaniu, zmienia się punkt odniesienia i wybory, których będzie dokonywał, idąc na koncert, czy kupując płytę, muszą już być inne. Głęboko w to wierzę.
Być może nie spełni się wersja karaoke z pieśniami Moniuszki w młodzieżowym pubie, ale proszę spojrzeć na wspaniałe działania Teatru Wielkiego w Warszawie, który zaprosił publiczność na pierwsze w Polsce "Operowe karaoke". Zainteresowanie przekroczyło oczekiwania organizatorów, którzy, jak sądzę, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Wszystkim działaniom popularyzatorskim przygląda się z muzycznego nieba sam Mistrz Moniuszko i cieszy się, że śpiewamy.....oby nie tylko pieśni biesiadne!