Przegląd nowości

"Rycerskość wieśniacza" i "Pajace" w Opéra de Marseille

Opublikowano: czwartek, 10, luty 2011 01:00
Opéra de Marseille zaproponowała swojej wiernej, choć nieco konserwatywnej w swych upodobaniach, publiczności dwa wystawiane przeważnie - zgodnie z tradycją - w trakcie jednego przedstawienia dzieła: Rycerskość wieśniaczą (Cavalleria rusticana) Pietro Mascagniego i Pajace (Pagliacci) Ruggiero Leoncavallo, pozycje, które każdy szanujący się teatr na świecie stara się jak najdłużej utrzymać w swoim repertuarze.
 
Image
 
Łączenie tych oper w jeden spektakl wynika z przekonania o ich tematycznym podobieństwie, choć nie sposób nie zauważyć, że bardzo się one różnią w warstwie muzycznej. Sukces pierwszej z nich nadszedł nawet dla samego kompozytora wyjątkowo nagle i niespodziewanie. A przecież manifestowana od wczesnego dzieciństwa miłość do sztuki lirycznej i nieprawdopodobny upór Mascagniego, syna nie rozumiejącego tych aspiracji piekarza, musiały w końcu zaowocować jakimś twórczym przebłyskiem.
 
Image
 
Uczył się u Ponchiellego w mediolańskim Konserwatorium - mając za kolegę niejakiego Pucciniego - ale, wyrzucony z niego na trzecim roku, musiał zarabiać na życie jako wędrowny muzyk. Nie przeszkodziło mu to w samodzielnym rozwijaniu talentu twórcy operowego i we wzięciu udziału w konkursie wydawcy Songonzo (1861), na który się stawił z partyturą Rycerskości wieśniaczej, dzięki której nie tylko zajął pierwsze miejsce, ale przede wszystkim osiągnął światową sławę.
 

 
Jak wiemy kompozycja ta jest uważana za metrykę narodzin operowego weryzmu, kojarzącego się z zerwaniem z heroiczno-romantyczną dramaturgią, nadaniem akcji wymiaru społecznego, pokazaniem pochodzących z ubogich środowisk i przeżywających prawdziwe namiętności i dramaty bohaterów.
 
Image

Pajace Leoncavallo miały swoją prapremierę w roku 1892, czyli dwa lata później niż opera Mascagniego, i ze względu na treść libretta zostały natychmiast przypisane do wspomnianego wyżej kierunku estetycznego, choć sam ich twórca zachowywał jednak w stosunku do weryzmu dość znaczny dystans. Jak bowiem słusznie zauważa w jak zawsze doskonale zredagowanej książeczce programowej (te ciekawe opracowania są jedną z kart wizytowych Opéra de Marseille) Lionel Pons, w Pajacach można dojrzeć ponadczasowy i pokazany w całym swoim okrucieństwie  dramat, będący nie tyle zapowiadanym w prologu kawałkiem prawdziwego życia, realistycznym obrazkiem, co raczej transpozycją pewnego mitu czy może antycznej tragedii.

Image

Znaczy to między innymi, że ukryty w tej dwuaktowej dramma sens jest dużo głębszy, niż mogło by się widzowi przy pierwszym z nią kontakcie wydawać. Powiedzmy zresztą od razu, że owe zasadnicze różnice zachodzące pomiędzy dwoma wystawionymi w Marsylii operami wpłynęły zasadniczo na koncepcje inscenizacyjne francuskiego reżysera Jean-Claude'a Auvray, który rozgrywa je w dwóch odmiennych oprawach inscenizacyjnych autorstwa Bernarda Arnoulda, współpracującego przy tej okazji z Rosalie Vardą (kostiumy) i Laurentem Castaingt (oświetlenie).


Otóż niezależnie od tego, że obie pozycje zostały przez ich twórców osadzone w kontekście czasowym końca dziewiętnastego wieku, Auvray postanowił przenieść ich akcje do bliższych nam lat pięćdziesiątych wieku dwudziestego, czyli okresu neorealizmu kina włoskiego, uprawianego przez tak legendarnych realizatorów jak Fellini, De Sica, Rossellini, Lattuada czy Visconti.

Image

Wszak ich filmy, na wzór traktujących o wydarzeniach codziennego życia utworów literackich lub muzycznych z estetyki weryzmu, zdradzają podobną potrzebę zbliżenia się do podstawowych problemów ludzkiej egzystencji. Zainspirowany tym filmowym kierunkiem inscenizator nowej produkcji w Marsylii (przygotowanej w koprodukcji z Festiwalem Chorégies d'Orange) umieszcza Rycerskość wieśniaczą w scenerii sycylijskiego miasteczka, przywołującego tak charakterystyczne i dla wszystkich rozpoznawalne klimaty i nastroje. Natomiast Pajace - zgodnie z przedstawionymi wyżej uwagami - odsłaniają tutaj przed widzem zupełnie inną, mniej konkretnie zdefiniowaną i tym samym bardziej anonimową rzeczywistość, która może się na przykład kojarzyć z wielkomiejskimi przedmieściami.

Image

Jednakże zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku Auvray kładzie w swojej wizji nacisk na zawarty w dziełach, wyzwolony przez dwa wydawało by się banalne wydarzenia, ładunek emocjonalny, którego podłożem są takie ludzkie uczucia i doświadczenia jak pasja miłosna, zazdrość, poczucie honoru i pragnienie zemsty. Wszyscy wiemy, że każde z nich może w pewnych warunkach doprowadzić nawet do zbrodni: pokazanie procesu narastania tego niebezpieczeństwa staje się właśnie głównym tematem omawianej inscenizacji.


Nie brakuje też w niej czytelnie wyeksponowanego "wątku chrześcijańskiego", co zapewne wynika z faktu, że akcja obu kompozycji rozgrywa się podczas religijnego święta: w przypadku Rycerskości chodzi o Święta Wielkanocne, zaś Pajaców - o dzień Wniebowzięcia: jedno i drugie zakończy się spowodowaną tymi samymi przyczynami ofiarą z ludzkiego życia. ów religijny wymiar jest szczególnie mocno podkreślony w drugiej operze, za pomocą obecności leżącej na scenie figury Ukrzyżowanego Jezusa i widniejącego w głębi, rozjarzonego czerwonym jak krew światłem krzyża.

Image

Mocną stroną nowej produkcji są biorący w niej udział, a obsadzeni zgodnie z ich warunkami głosowymi i predyspozycjami aktorskimi, wykonawcy. W postać Santuzzy wciela się ceniona mezzosopranistka Béatrice Uria-Monzon, artystka o dużej wrażliwości i doświadczeniu scenicznym. Razem z nią z powodzeniem występują Patricia Fernandez (Lola), Victoria Cortez (Mamma Lucia) i Carlos Almaguer (Alfio). Jedynym słabszym uczestnikiem tej realizacji jest śpiewający wyraźnie zmęczonym i miejscami nieprzyjemnie brzmiącym tenorem partię Turiddu Luca Lombardo, skądinad znany uczestnik paru wydań Festiwalu Julesa Masseneta w Saint Etienne. Na publiczności największe wrażenie robi jednak kreujący postać Canio z Pajaców Vladimir Galouzine, śpiewający niezwykle żarliwie, przejmująco i po prostu pięknie. W trakcie premiery jego interpretacja słynnej arii "Ridi, pagliaccio" wywołała na sali tak entuzjastyczne reakcje wzruszonych słuchaczy, że na wiele minut przerwano przedstawienie i opuszczono kurtynę. Gromkie brawa przypadły też w udziale występującej jako Nedda Ukraince Nataliyi Tymchenko (prywatnie żonie Galouzina) dysponującej subtelnie prowadzonym, lecz tam gdzie trzeba zdolnym do zademonstrowania pełnej blasku mocy sopranem. Pozytywne wrażenie wywiera ponadto debiutujący w roli Beppe młody Stanislas de Barbeyrac (niezapomniana serenada Arlekina!), wychowanek Atelier Lyrique de l'Opéra de Paris przyznający się z dumą do polskiego pochodzenia. Miłym akcentem jest obecność na scenie świetnie sobie radzących z powierzonymi im zadaniami aktorskimi dzieci z La Maîtrise des Bouches du Rhône, pracującymi na co dzień pod kierunkiem Samuela Coquarda. Zaś prowadzona przez włoskiego dyrygenta Fabrizio Mario Carminatiego Orchestre de l'Opéra de Marseille, a także chór, potrzebowała w trakcie premiery trochę czasu żeby odnaleźć właściwy rytm spektaklu, później jednak było już tylko coraz lepiej. Słyszeliśmy muzykę potoczystą w narracji, eksponującą czynnik melodyczny, nasyconą emocjami, utrafiającą we właściwy klimat obu dzieł i nigdy banalną. Doprawdy warto się było do Marsylii na obejrzenie tego werystycznego dyptyku wybrać.

                                                                Leszek Bernat