|
Co zostało w pamięci po tegorocznych XVIII ŁSB? Egzotyka, czyli hiszpańskie flamenco oraz barwne widowisko - czyli "Carmina burana" Carla Orffa w węgierskim wykonaniu. To jednak trochę za mało, jak na imprezę o światowej renomie i sporej, 38-letniej historii. Jak na 6 zespołów baletowych (?), jakie zaprosili organizatorzy tegorocznych spotkań (dały 11 spektakli) nie jest to zbyt pochlebna opinia. Nie wiadomo jednak, czy tegoroczna mizeria (choć bywały już lata chudsze) jest wynikiem stanu baletu i choreografii na świecie, czy tragicznie małej kasy łódzkiego Teatru Wielkiego - i to mimo wielkich starań organizatorów i nie mniejszej życzliwości władz miasta i województwa dla tej prestiżowej imprezy. |
|
Dyrektor ŁSB, Stanisław Dyzbardis, który jest jednym z twórców tego festiwalu nie ukrywa, że w niektórych przypadkach organizatorzy nawet nie podchodzili do negocjacji - progi były zbyt wysokie. Czasy, kiedy łódzki TW (i ministra kultury) stać było na zaproszenie czołówki światowej baletu odeszły razem z socjalizmem. Co zatem mogliśmy skonsumować duchowo w gospodarce rynkowej? ŁSB zaczęły się mało strawnie, choć nazwisko: Gray Veredon wskazywało na dobry początek. Niestety, zaprzyjaźnionemu z Łodzią Nowozelandczykowi, znanemu w świecie choreografowi, zdarzyła się wpadka, kiedy postanowił zmierzyć się z holokaustem. Podzielił tym samym los innego znakomitego choreografa, Conrada Drzewieckiego, który w początkach lat 80. też mierzył się na scenie z latami pogardy ("Ostatnia niedziela") i też skończyło się to klapą artystyczną. "Kolor żółty" w wykonaniu zespołu baletowego Łódzkiego Teatru Wielkiego miał być w zamierzeniach ostatnią częścią trylogii dotyczącej Łodzi, po "Ziemi obiecanej" oraz "Kobro" - bardzo udanych (nie mówiąc już o innych, jeszcze lepszych, jak "Amadeusz", czy "Sen nocy letniej"). |
|
Mimo wielkiego wysiłku choreografa przestudiowania ocalałych akt z łódzkiego getta, poznania relacji osób, które przeżyły to piekło - nie udało się pokazać na scenie koszmaru tamtych lat, choć są w spektaklu momenty wzruszające. Niewątpliwie należy do nich scena żegnania córki przez ojca, zdającego sobie sprawę, jaki los ją czeka. Niezwykle wzruszająco przedstawiona przez Krzysztofa Pabjańczyka i Monikę Maciejewską. I druga - scena zawieszona od góry do dołu marynarkami. Te dwa obrazy przez swoje walory emocjonalne i symboliczne mówią więcej o losie Żydów podczas wojny niż całe przedstawienie, pełne dosłowności i przez to nieoddziałujące na sferę wyobraźni widza. |
Utrzymana w klimacie śródziemnomorskiego ciepła, opowieść o tzw. życiu zostaje w pamięci jako kolorowy obraz z żywiołową muzyką, tańcem i śpiewem (śpiewacy zebrali ogromne brawa). Czy flamenco to istotny nurt współczesnego tańca? Wątpliwe. Nie wnosi już nic nowego, o niczym nie opowiada. Bardziej to przypomina przytupy Irlandczyków, czy stepowanie Amerykanów. Równie dobrze moglibyśmy i my promować oberka. Inaczej rzecz się ma z Węgrami, którzy zwykle na ŁSB wzbudzali zachwyt, że wspomnę Ivana Marko (którego w latach 80. widownia nabita po brzegi nie chciała wypuścić ze sceny przez pół godziny), czy okrutnego w wymowie "Cudownego mandaryna", z jakim przyjechał na ŁSB budapeszteński zespół wiele lat temu. W tym roku zachwycili widownię widowiskiem "Carmina burana" w choreografii znanego Tamasa Juronicsa. Wystawianie "Carmina burana" to rzecz ryzykowna, co najmniej tak, jak granie "Bolera" - utwór jest niezwykle popularny, prezentowany w teatrach, filharmoniach, etc. Anna Leszkowska ( Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. )

Choć są to choreografie doskonałe w rysunku, to jednak dość chłodne, nie wywołujące większych emocji. To, co pokazuje Duato nie jest na tyle charakterystyczne, aby zapadało w pamięć na dłużej, prowokowało do dalszych przemyśleń, rodziło refleksje. To bardziej intelektualnie przeżywana forma i wysublimowany ruch, niż obraz skłaniający do emocji, przeżywany dogłębnie przez dłuższy czas. Toteż choć recenzenci zachwycali się spektaklem, publiczność spotkań była bardziej wstrzemięźliwa w jego ocenie. Publiczności najbardziej podobało się nieśmiertelne i znakomicie zatańczone (tak tylko Rosjanie potrafią) "Jezioro łabędzie" oraz chyba równie nieśmiertelne flamenco. Czy te wybory można poszerzyć? Szkoda, że zaniechano organizowania imprez towarzyszących ŁSB. Był czas, kiedy prezentowano na nich formy duże i małe (np. pamiętny występ w latach 80. praskiego zespołu Pavla Šmoka?), obudowywano wystawami plastycznymi (np. obrazów o tematyce baletowej tancerza TW w Łodzi - Tadeusza Zlamala, czy fotogramami baletowymi Juliusza Multarzyńskiego), filmami baletowymi (czy ktoś je jeszcze kręci?), warsztatami, dyskusjami i spotkaniami z tancerzami i choreografami.
Dziś tego wszystkiego nie ma - więc jak edukować publiczność, której już trzecie pokolenie uczestniczy w festiwalu? Z tego powodu nie ma też tej cudownej atmosfery święta baletu, tańca, teatru, która towarzyszyła ŁSB przez wiele lat . Teraz na spotkaniach trudno zobaczyć nawet znanych polskich choreografów, nie mówiąc już o innych polskich zespołach, których brak był szczególnie dotkliwy (np. Polskiego Teatru Tańca).
Sytuację mogłaby poprawić lepsza koordynacja występów zapraszanych zespołów baletowych ze świata między teatrem warszawskim i łódzkim. W czasie, kiedy odbywały się ŁSB , teatr warszawski gościł dwa ciekawe zespoły baletowe: Sashy Waltz (z interesującą choreografią pt. "Körper" - "Ciała" - w ramach Międzynarodowego Festiwalu Tańca Współczesnego) oraz Ballet de Lorraine z Nancy ze znakomitą choreografią ("La stravaganza") znanego w świecie Angelina Preljocaja (fragment baletu "Romeo i Julia" w jego choreografii dla opery lyońskiej publiczność warszawska mogła zobaczyć w Teatrze Dramatycznym przed kilku laty). Poszerzenie ŁSB o występy zespołów, które już są w Polsce byłoby świetnym prezentem nie tylko dla łódzkiej publiczności, ale podkreśliłoby rangę osiemnastych urodzin samych Spotkań.