Zabierając się do pisania o Conradzie Drzewieckim z okazji 100. rocznicy jego urodzin czynię to po młodszych ludziach pióra, którzy dotąd wypowiadali się o nim tylko na podstawie oglądania jego twórczości choreograficznej, a znam również takich, którzy rozpisywali się o nim nie widziawszy ani jednego jego baletu. Ja natomiast mam zaszczyt należeć do ostatniego żyjącego pokolenia, które miało szansę śledzić całą jego twórczość choreograficzną, a nawet pamiętało go jako tancerza.

Było to w kwietniu 1964 roku, niedługo po powstaniu Towarzystwa Przyjaciół Opery, kiedy Robert Satanowski pozwolił uczestniczyć Zarządowi Towarzystwa w próbie generalnej Wieczoru Baletowego złożonego z La valse, Historii żołnierza i Błękitnej rapsodii. Tym spektaklem Conrad oficjalnie zainaugurował swe choreograficzne dziesięciolecie na macierzystej scenie Opery Poznańskiej, w której sam rozpoczął tańczyć w roku 1951. Był reprezentantem pokolenia artystów, którzy swe kwalifikacje profesjonalne musieli zdobywać własnym sumptem jako że lata ich młodości pochłonęła II wojna światowa.
Poliglota, samouk
Conrad Drzewiecki urodził się 14 października 1926 roku w Poznaniu. Więc gdy wybuchła wojna miał lat 13 czyli tyle, ile przedwojenny uczeń gimnazjalny. Ale zamiast się uczyć chwytał się każdej pracy, aby zarabiać na życie matki i siostry, bo ojciec ich dawno osierocił. Był kolejno posłańcem, tragarzem, gazeciarzem, fordanserem, marząc, aby dostać się na widownię Gmachu pod Pegazem i obejrzeć niemieckie produkcje baletowe.
Indagowany o ten okres zmieniał temat rozmowy, co w moim rozumieniu było wstydem, że za niemieckie marki dopuszczał się statystowania w „hitlerowskim” zespole. Po powrocie z wielu tournée zagranicznych – z licznymi nagrodami i sukcesami scenicznymi – stanął na czele baletu w swoim rodzinnym mieście, gdzie zastał wiele koleżanek i kolegów, którzy przed laty patrzyli na niego z góry.
Pamiętam, jak lekceważąco potraktował w mojej obecności Barbarę Bittnerównę, która przyszła do garderoby z gratulacjami po pierwszym występie Polskiego Teatru Tańca w Warszawie, oraz niewybredne dowcipy ze Stanisława Szymańskiego i Witolda Grucy, wieloletnich gwiazd baletu warszawskiego.

Czuł się poniekąd do tego uprawniony odrzucając intratną i lukratywną propozycję dyrektora Bohdana Wodiczki objęcia kierownictwa baletu w Teatrze Wielkim w Warszawie, a przyjmując od dyrektora Satanowskiego trudną, ale ambitną ofertę budowania w Poznaniu nowoczesnego zespołu baletowego i rozwijania rozległej twórczości autorskiej. Sensacje związane z pierwszą premierą po powrocie Conrada do Poznania wyciekały już po próbie generalnej. Orkiestra pod Satanowskim grała jak nigdy dotąd. Zespół zatańczył La valse w technice modern dance zachwycająco. Kreacje w Historii żołnierza rewelacyjnie stworzyli Edmund Koprucki (Diabeł), Przemysław Śliwa (Żołnierz) i Roma Juszkat (Królewna – zamiast kontuzjowanej na próbie generalnej Ireny Cieślikówny).
W finale Wieczoru dano Błękitną rapsodię tańczoną dwiema grupami tancerzy konkurujących między klasyką i modern. Grupie klasycznej przewodziła Olga Sawicka i Wiesław Kościelak a nowoczesnej Roma Juszkat i … Conrad Drzewiecki. To był tryumf! Sukces tego Wieczoru przypieczętował pozycje twórczą Conrada.
Z bezpośrednim z nim kontaktów, publicznych wypowiedzi, a przede wszystkim oglądanych choreografii pozostawało wrażenie, że ma się do czynienia z osobą wysoce wykształconą.
Biegła znajomość języka francuskiego, swobodne wypowiadanie się w języku niemieckim (to jeszcze z czasów okupacji), początkujący rosyjski i intensywna nauka angielskiego – oto powody, że nazywano go poliglotą. Wszechstronna muzykalność i dogłębna znajomość repertuaru symfonicznego, operowego, operetkowego, kameralnego, a nawet muzyki rozrywkowej, wrażliwość na malarstwo i rozeznanie w spektaklach teatralnych – oto cały Conrad.
A przy tym nieustanne zainteresowania literaturą, trzymanie w ręku czytaną książkę, gdy tylko opuszczał salę baletową – oto wizerunek tego twórcy, jakże pracowitego i dogłębnie przygotowanego do zajęć choreograficznych. A przecież właściwie był jedynie absolwentem… szkoły podstawowej, o której nie wspominał, nawet w bliskim i zaufanym towarzystwie. Speszony wahaniami ministra przed podpisywaniem nominacji, zaproponował mi kiedyś, abym przygotował go do ... zaocznej matury. Nie muszę dziś tłumaczyć jak szybko i skutecznie wybiłem mu to z głowy.

Zachwycające konfabulacje, entuzjastyczne recenzje
Było to w roku 1976. W jesieni Polski Teatr Tańca wyjechał na występy do Bułgarii i Grecji. Urodziny Conrada zastały nas w Salonikach, gdzie Wieczór Polski (Modus vivendi, Odwieczne pieśni i Przypowieść sarmacka) odniósł wielki sukces.
Po nim zwabiłem Mistrza do swego pokoju w hotelu, odkorkowałem czterdziestoprocentową polską narkozę, doprosiłem do towarzystwa Krzysztofa Brygidera i Arka Ducha, których Conrad wyjątkowo tolerował a nawet lubił, prywatnie nie przepadając za pozostałymi członkami zespołu. Był to dzień w którym skończył 50 lat. Nie uczestnicząc zwykle w tego typu uroczystościach zrobił wyjątek, snując wspomnienia, po każdym kieliszku coraz bardziej fantastyczne. O śpiewaniu w chórze katedralnym księdza Wacława Gieburowskiego (stąd koleżeństwo ze Stefanem Stuligroszem, byli przecież prawie rówieśnikami), bohaterstwo i śmierć ojca w wojnie bolszewickiej (fotografa lub świadków przy tym nie było), miłość do Matki, która jako pianistka grała Impromptu Fantasi (Roma Juszkat, która bywała w ich domu twierdziła, że nie było tam fortepianu), przyjaźnienie się z Arturem Millerem podczas pobytu w Ameryce i sympatii, jaką darzyła go minister Furcewa (wtedy nie był jeszcze ani razu w Związku Radzieckim).

Obaj młodzi tancerze z zachwytem słuchali tych konfabulacji, ilustrowanych krokami i pozami baletowymi, gdy Mistrz mógł jeszcze ustać na nogach. Gdy zaś równowaga zaczęła się chwiać, a repertuar wspomnień stawał się coraz bardziej fantastyczny, wyprowadziliśmy Solenizanta do własnego pokoju, rozebrali, położyli do łóżka i uśpili śpiewając nabożne, baletowe piosenki. Na temat własnej twórczości choreograficznej Conrad nie musiał konfabulować. Gdziekolwiek pokazywaliśmy Odwieczne pieśni, Cudownego mandaryna, Stabat Mater, Epitafium dla Don Juana, Adagio Albinoniego, 4/4, Ognistego ptaka czy Krzesanego, wszędzie ukazywały się pozytywne, a często entuzjastyczne krytyki, nie mówiąc o niemilknącym aplauzie publiczności. Swój zespół uzupełniał głównie absolwentami poznańskiej Szkoły Baletowej, którzy prócz klasyki wnosili do repertuaru technikę współczesną i wkrótce – przynajmniej niektórzy – zostali solistami. Byli to między innymi Ewa Pawlak, Anna Staszak, Jolanta Dybuś, Mariola Henrykowska, Bożena Lasota, Juliusz Stańda, Emil Wesołowski, Jacek Solecki, Franciszek Knapik, Zbigniew Krzeszowiak, Krzysztof Brygider. Po 10 latach kompletując zespół powstającego Polskiego Teatru Tańca, na jego czele postawił Romę Juszkat, Lubomirę Wojtkowiak, Przemysława Śliwę, a po roku powracającego z Wrocławia Wiesława Kościelaka. W międzyczasie pojawili się młodsi absolwenci Szkół Baletowych, uzupełniając pierwszą ekipę PTT (Ewa Owczarek, Zbigniew Misiuda, Ryszard Baranowski, Ryszard Węgrzynek, Henryk Minkiewicz, Mirosław Pach, Zbigniew Łakomy).
Po decyzji o powstaniu Teatru Tańca pojawiła się kwestia, kto zajmie się wyposażeniem siedziby, jej funkcjonowaniem, sprawami kadrowymi i finansowymi, wreszcie promocją i impresariatem, bo agenci zagraniczni już czekali na pierwszą premierę.

Wtedy w Wydziale Kultury Urzędu Miejskiego w Poznaniu przypomniano sobie moją publicystykę jeszcze z lat sześćdziesiątych, gdy na łamach „Gazety Poznańskiej” dowodziłem, że dla rozwoju sztuki tańca uprawianej przez Conrada Drzewieckiego potrzebna jest odrębna instytucja. Kiedy do tego doszło, spotkaliśmy się z Conradem, aby omówić szczegóły. Znalazł się w komfortowej sytuacji. Władze podpisując ze mną umowę o pracę na stanowisku wicedyrektora zakomunikowały, że Conrad jako dyrektor ma zajmować się wyłącznie zespołem, repertuarem, próbami i spektaklami, natomiast ja będę odpowiedzialny przed zwierzchnictwem za koordynowanie pracy, finanse, organizację spektakli i działalność impresaryjną.
Było to wiosną 1973 roku. Kompletując zespół współpracowników pierwszą umowę zawarłem z Piotrem Voelkelem z Krotoszyna (pół drogi z Wrocławia do Poznania), który odbywał właśnie staż w dziale technicznym Opery Wrocławskiej. W ten sposób Piotr rozpoczął swą późną wielką karierę, a przyjacielem został na zawsze. Na stanowisko głównej księgowej wynegocjowałem Krystynę Gogolewską, wybitnego fachowca. Polski Teatr Tańca miał już trzech pracowników: mnie, Krystynę i Piotra. Ale nie Conrada. Minister kultury, który powinien podpisać jego kontrakt ciągle się zastanawiał mając do czynienia z absolwentem szkoły podstawowej. Wreszcie prezydent Andrzej Wituski zniecierpliwiony wysłał do Ministerstwa Katarzynę Pajową, która wróciła z podpisanym kontraktem pozostając opiekunką Conrada do końca życia.

Skomplikowany jak jego wizje
Były wakacje, będąc już obaj dyrektorami wyruszyliśmy nad morze, aby omówić wspólną baletową przyszłość i poznać się bliżej. Gościli nas przyjaciele w studenckim ośrodku w Dziwnowie i dyskutując bez końca ustaliliśmy w miarę precyzyjnie naszą przyszłość. Już w połowie września, po cyklu niezbędnych prób wznowieniowych, dokonaliśmy inauguracji działalności Polskiego Teatru Tańca uroczystością w Ratuszu, Wieczorem Bartoka (Sonata na 2 fortepiany i perkusję Divertimento i Cudowny Mandaryn) na scenie Opery, oraz nocnym bankietem inauguracyjnym w siedzibie przy ulicy Koziej. W okresie organizacji PTT Conrad pracował nad choreografią Epitafium dla Don Juana, dla którego kolaż muzyczny skomponował Eugeniusz Rudnik. Kiedy bliżej przyjrzałem się tej robocie zacząłem podejrzewać, że Conrad chce otworzyć nowy rozdział swej twórczości spektaklem pełnowieczorowym, zaprzeczającym głoszonym przez krytykę poglądom, że mamy do czynienia z twórcą baletów wprawdzie wybitnych, ale krótkich, jednoaktowych. W rezultacie powstał spektakl zaledwie godzinny z prologiem i epilogiem skomponowanymi środkami pantomimicznymi. Conrad nie miał w Polsce krytyki dorównującej wielkości jego dzieł. Jedynie Irena Turska usiłowała określić i przeanalizować istotę techniki tańca współczesnego stosowaną przez Conrada, ale choreograf jej nie pomagał, obawiając się wykrywania zapożyczeń, które oczywiście stosował ale w jakże cudownych przetworzeniach.
Przypadkowo jesienią roku 1976 usłyszałem w telewizji transmisję z Warszawskiej Jesieni, gdzie po raz pierwszy wykonano Krzesanego Wojciecha Kilara. Natychmiast opowiedziałem o tym Conradowi, być może zbyt nachalnie sugerując, że to muzyka idealnie zbieżna z jego potrzebami. Przyjął to z rezerwą, dając mi do zrozumienia, że niepotrzebnie się wymądrzam, zamiast „zajmować się swoimi śpiewaczkami”. Nie bardzo to tolerował, a już kielich goryczy został dopełniony gdy zobaczył mnie w kawiarni z Teresą Żylis-Garą. Był to jedyny powód, dla którego – niezwykle ambitny – schował pomysł z Krzesanym na rok do szuflady. Conrad Drzewiecki jako człowiek był równie trudny i skomplikowany, jak jego choreografie i wizje teatralne. Rozpoznałem to dobrze i znosiłem w imię dbałości o dobro wspólnej pracy teatralnej. Z czasem u jego boku objawiały się młode talenty choreograficzne. Za jego zgodą wystarałem się w Wielkopolskim Towarzystwie Kulturalnym o stypendia twórcze dla Śliwy, Soleckiego i Wesołowskiego. Ale żaden z nich nie doczekał się pod okiem Conrada debiutu choreograficznego.

Mistrz częściej okazywał niezadowolenie ze sposobu załatwiania jego spraw osobistych. Pewnego razu okazało się, że lubiany przez niego uczeń Szkoły Baletowej (Conrad był tam jednocześnie dyrektorem artystycznym) ukradł z Teatru jakieś przyrządy czy żarówki. Powiadomili nas o tym Emil Wesołowski (był asystentem Conrada) i Piotr Voelkel (który nigdy nie bał się gniewu naszej dyrektorskiej Gwiazdy). Poinformowany o tym dyrektor podjął zdumiewającą zaiste decyzję: Emila i Piotra zwolnić natychmiast, a uczniowskiego złodzieja żarówek natychmiast przyjąć do zespołu. Minął szmat czasu. Conrad zapewne z obłoków czyta te moje wspomnienia, zadumany nad chwilą, gdy wraz ze mną, Emilem i Piotrem, odeszła z PTT grupa aż 17 tancerek, tancerzy i pracowników techniczno-administracyjnych. Obchodząc obecnie 100 rocznicę urodzin zastanawia się, jakby potoczyły się losy naszego wspólnego dorobku, gdyby nie z pozoru niewielki, ambicjonalny kryzys niezwykle wybitnego artysty. Jeszcze za jego życia czas przyniósł spadek emocji. Conrad ze swym zespołem bywał na Łódzkich Spotkaniach Baletowych, w latach późniejszych zaprosiłem go, aby wyreżyserował Verbum nobile i Flisa Moniuszki. Kiedyś Emil, Piotr i ja wybraliśmy się do niego na Grunwald trochę stęsknieni, a trochę ciekawi. Po pewnej ilości przyniesionej przez nas „czterdziestoprocentowej narkozy”, idol naszej młodości wykrzyknął: „Dobrze, że was wyrzuciłem z roboty. Dzięki temu każdy z was zrobił karierę”.
Sławomir Pietras