Przypadająca w dniu 17 października 177 rocznica śmierci Fryderyka Chopina była okazją do organizowania koncertów z jego muzyką. Takiego koncertu udało mi się wysłuchać w niezwykłym miejscu, bo na Zamku Bierzgłowskim. Przypuszczam, że niewielu melomanów wie, gdzie to jest. Zamek Bierzgłowski leży około 20 kilometrów na północny-zachód od Torunia. Jest to średniowieczna warownia, trzecia z kolei po Toruniu i Chełmnie, zbudowana przez Krzyżaków w 1232 roku.

W niedzielne popołudnie 18 października br. w sali konferencyjnej na przedzamczu odbył się tutaj koncert zorganizowany przez Ośrodek Chopinowski w Szafarni, skąd przywieziono mały fortepian Kawai. Recital został sfinansowany przez Fundację PZU w ramach programu „Cała Polska gra Chopina”. Jego wykonawcą był Witold Kawalec, pianista i nauczyciel Państwowej Szkoły Muzycznej w Inowrocławiu oraz wykładowca Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.
W 2011 roku uzyskał tytuł doktora sztuk muzycznych w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Koncert zapowiadała dyrektorka Ośrodka Chopinowskiego w Szafarni Agnieszka Brzezińska. W programie recitalu znalazły się na ogół znane utwory: Polonez A-dur op. 40 nr 1, Polonez d-moll op.1 nr 1, Mazurek a-moll op. 68 nr 2, Mazurek B-dur op. 7 nr 1, Polonez As-dur op. 53 – i po krótkiej przerwie – Życzenie (oprac. Ferenc Liszt), Polonez b-moll op. posth., Scherzo b-moll op. 31. Bisu nie było.

Przed wykonaniem instrumentalnej wersji Życzenia Agnieszka Brzezińska zasiadła do fortepianu, aby zaśpiewać razem z publicznością tę najbardziej znaną pieśń Chopina. Udało się, ale tylko z pierwszą zwrotką, bo później wszystkim zabrakło znajomości słów. W odbiorze muzyki trochę przeszkadzała trudna akustyka sali z ceglanymi murami i z podłogą wyłożoną ceramicznymi kaflami, co wywoływało pogłos.
Także japoński fortepian Kawai okazał się jakoś wyjątkowo brzękliwy. Chociaż koncert nawiązywał do 177 rocznicy śmierci Chopina, to jego program okazał się pogodny, a skutki dla słuchaczy wręcz terapeutyczne. Bardzo ładnie ujęła to prowadząca mówiąc: Dzisiejsze spotkanie niech będzie hołdem składanym Chopinowi, ale nie będziemy jednak płakać, bo Chopina najlepiej wspomina się muzycznym pięknem, a nie łzami. Dzień wcześniej, w sobotę 17 października wysłuchałem recitalu fortepianowego polsko-amerykańskiego pianisty Konrada Biniendy w sali audytoryjnej Muzeum Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II w Toruniu. Byłem tam pierwszy raz. Sala okazała się duża z fotelami na 801 miejsc i z dość obszerną sceną oraz mocnym nachyleniem widowni dającym dobrą widoczność.
Akustycznie jest bardzo dobra i dlatego zdziwiło mnie, że członkowie kwartetu smyczkowego Raffa Quartet używali mikrofonów przytwierdzonych do instrumentów. Kilka słów o pianiście i kompozytorze. Jest on absolwentem amerykańskich uczelni muzycznych w Harvardzie i Bostonie. Uzyskał tytuł doktora sztuk muzycznych w dziedzinie gry na fortepianie w Cleveland Institute of Music, gdzie studiował pod okiem koreańskiej pianistki i pedagożki HaeSun Paik.
Oprócz muzyki ukończył też fizykę. Jest autorem orkiestracji Allegro de Concert op.46, czyli pierwszej części III koncertu fortepianowego, zaczętego ale nie ukończonego przez Chopina. W miejscowości, gdzie się urodził, czyli w Ohio, jest współzałożycielem i prezesem Instytutu Fryderyka Chopina. Cieszyć się trzeba, że mamy takich muzyków w Ameryce. Koncert trwał dwie godziny z kwadransem, i to bez żadnej przerwy! Moim zdaniem, to stanowczo za długo. Niektórzy słuchacze nie wytrzymali takiej dłużyzny i opuszczali salę przed zakończeniem (wśród nich były małe dzieci), ale zdecydowana większość dotrwała do końca. To muzyczne spotkanie przedłużały zbyt długie objaśnienia konferansjerki.

Muzykologicznie było to może i ciekawe, ale po prostu przegadane. Dość powiedzieć, że omówienie programu zajęło aż 20 minut w dwóch podejściach. Program koncertu został podzielony na dwie części. W pierwszej usłyszeliśmy kompozycje Konrada Biniendy. Były to: Mazurek fantazja na fortepian, Introdukcją i polonez na skrzypce z fortepianem, Tańce polskie: Krakowiak, Mazurek, Polonez na fortepian z kwartetem smyczkowym, napisany na zamówienie Towarzystwa Chopinowskiego w Teksasie. Na zakończenie dwa utwory innych kompozytorów zagrał sam Raffa Quartet na czele ze skrzypkiem Filipem Lipskim.
Usłyszeliśmy Crisantemi (Chryzantemy) Giacomo Pucciniego (Elegię na śmierć księcia Amadeusza I na kwartet smyczkowy) oraz Oblivion (Zapomnienie) Astora Piazzolli (raczej nie tango), a więc utwory smutne bądź melancholijne. Kompozycje Konrada Biniendy są napisane, co mnie zdziwiło, jakby w stylu romantycznym, którego nie praktykują współcześni polscy twórcy, a sam kompozytor jest przecież młodym człowiekiem jeszcze przed czterdziestką.

W części II zabrzmiała tylko muzyka Chopina na fortepian solo wykonana przez Konrada Biniendę: Mazurki op.56 (H-dur, C-dur, c-moll), Scherzo cis-moll op. 39, Fantazja f-moll op.49, Polonez-Fantazja As-dur op. 61(a nie, jak mylnie podano w programie i potem w omówieniu koncertu Polonez As-dur op. 53). Jak widać, pianista wybrał do swojego recitalu przeważnie heroiczno-dramatyczne utwory Chopina. Wykonał je wszystkie z pamięci. Grał bardzo pewnie i wielką biegłością, ale w jego interpretacji brakowało mi śpiewności, co jest bardzo trudne do wydobycia z fortepianu należącego przecież do instrumentów młoteczkowych, a więc perkusyjnych.

Zabrakło mi też krótszych, pogodniejszych utworów w formie przerywników, np. którejś z etiud czy jakiegoś pogodniejszego preludium, bądź walca, dających słuchaczom chwilę wytchnienia. Moim zdaniem, podczas tego koncertu nie udało się harmonijnie połączyć trzech rzeczy naraz: prezentacji utworów skomponowanych przez Konrada Biniendę z recitalem chopinowskim i wykładem muzykologicznym. To za dużo jak na jeden wieczór. Zgromadzona w audytorium publiczność przyjęła występ brawami na stojąco, ja jednak wyszedłem z koncertu po prostu zmęczony.
Wacław Bielecki