Opera Maxima Kolomiietsa (dla nas bliższa jest spolszczona wersja jego imienia i nazwiska – Maksym Kołomyjec) Matki Chersonia z librettem George'a Branta oparta jest na autentycznych wydarzeniach. Choć dzieje się w Ukrainie, ale oryginalną wersją językową dzieła jest angielski, bo zamówienie na tę operę przyszło z USA. Teatr Wielki – Opera Narodowa zrealizował przedstawienie swoimi siłami, ale w koprodukcji z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Z Ameryki przyjechała też dyrygentka Keri-Lynn Wilson, znana m.in. z kierowania Ukrainian Freedom Orchestra. Realizatorkami przedstawienia są także kobiety – reżyserka Barbara Wysocka, scenografka Barbara Hanicka, autorka kostiumów Julia Kornacka.
To chyba nieprzypadkowe, bo ze sceny najsilniej oddziałuje emocjonalnie problem miłości matek do swych dzieci. Mężczyźni są z reguły opresyjni z wyjątkiem kierowcy autobusu wiozącego misję z kobietami, które zdecydowały się odnaleźć, a właściwie wyratować swoje dzieci z rąk rosyjskich agresorów. Problem uprowadzonych ukraińskich dzieci to w istocie jedna z najtragiczniejszych i najbardziej bulwersujących konsekwencji rosyjskiej agresji na Ukrainę, uznawana przez międzynarodowe instytucje za zbrodnię wojenną i przejaw ludobójstwa.

Właściwym celem tego działania jest wynarodowienie i rusyfikacja młodego pokolenia Ukraińców. Te wszystkie fakty są podstawą dla odbiorców opery w Polsce, o których być może wiele osób dowiaduje się dopiero w teatrze, jakby niezależnie od muzyki, obserwując świetnie przygotowaną wizualnie inscenizację, miejscami wstrząsającą, także dzięki projekcjom wideo, która operuje autentycznymi zdjęciami z systematycznie niszczonej Ukrainy. Historia będąca bazą opery jest prosta i zrozumiała dla każdego. Mieszkańcom okupowanego przez wojsko Chersonia proponuje się, aby wysłali dzieci na dwutygodniowy obóz letni organizowany przez Rosjan, by odpoczęły w bezpiecznym miejscu.
Obóz niepokojąco się przeciąga, wojna na Ukrainie też, i grupa matek decyduje się na wyprawę w głąb Rosji, po drodze zahaczając o Polskę, aby odebrać własne dzieci. To wszystko widać doskonale w inscenizacji – akcja przebiega najpierw w jakimś wielkim schronie w Chersoniu, potem na owym rosyjskim obozie „letnim”, wreszcie w autobusie wiozącym kobiety. Fabuła ta jest także obecna w muzyce, zaś powtarzającym się motywem, wybranym przez kompozytora łącznikiem, jest autentyczna ukraińska kołysanka o króliczku, którą najpierw matka śpiewa córce, później córka na obozie wspomina koleżankom, a na końcu pojawia się w słodko-gorzkim finale.
Kompozytor znany z utworów elektronicznych i awangardowych (był grany m.in. na Warszawskiej Jesieni) tłumaczy wykorzystanie tego, a także innych motywów ukraińskich, które nie wynikają z jego dotychczasowych preferencji stylistycznych, przeznaczeniem opery dla odbiorcy zagranicznego, głównie amerykańskiego. Muzyka przez niego napisana nie jest absolutnie atonalna nie tylko z uwagi na ludowe motywy i eufoniczne partie chóralne z wykorzystaniem chóru dziecięcego, ale także ze względu na tę prostą narrację dramaturgiczną.

W partiach śpiewanych, prócz sekwencji bardzo dramatycznych, można dostrzec łagodne frazy, jakby z ukraińskiej dumki, zaś w partii orkiestrowej są melodie przypominające np. niezwykle często powtarzaną na koncertach i przez radio ogromnie spopularyzowaną Melodię (w tonacji a-moll) autorstwa Myroslava Skoryka. W owych naładowanych emocjonalnie scenach pojawia się nawet brzmienie ludowego instrumentu ukraińskiego – bandury, którą kompozytor dodał do składu orkiestry symfonicznej. Ponieważ jednak cała narracja przebiega w czasie toczącej się wojny, to często jest ona przerywana, czyli muzycznie wzbogacana, perkusyjnymi i kontrabasowymi odgłosami wybuchów bomb i innych złowrogich zjawisk.
Polska prapremiera Matek Chersonia przypadła na nieszczęsny okres wzrostu niechętnych, a nawet wrogich antyukraińskich nastrojów oraz nasilania się działań agresywnych wywoływanych przez Moskwę. Może właśnie dlatego zastosowano w Teatrze Wielkim niecodzienne tutaj środki ostrożności i bezpieczeństwa - przepuszczano widzów przez wykrywacze metali, jak na lotniskach. Nie zmienia to faktu, że publiczność bardzo żywo i emocjonalnie odbiera całe przedstawienie, które emanuje nastrojem współczucia dla kobiet i sprzeciwu wobec wszelkich, pokazywanych tutaj form przemocy.

Znakomita reżyserka, Barbara Wysocka, legitymująca się zarówno wykształceniem z Akademii Teatralnej jak i zagranicznego konserwatorium muzycznego, swoją pracę nad ukraińską operą traktowała jako w pewnej mierze przedłużenie osobistych losów i postaw społecznych, zarówno jako matka, jak też osoba, która przyjęła pod swój dach uchodźców z Ukrainy. Jej wypowiedź dla mediów stanowi chwalebny dowód obywatelskiego zaangażowania, zdradziła bowiem, że „pamięta swój własny wstyd, kiedy szła przez Dworzec Centralny w Warszawie, wyławiając wzrokiem najbardziej potrzebujących pomocy i pomijając innych”.

Realizacja opery Maxima Kolomiietsa jest pod względem obsady przykładem zastosowania najwyższych standardów artystycznych, bo występuje tutaj kwiat polskiej wokalistyki, w sumie 22 wykonawców. Czołowe role kreują m.in. Izabela Matuła, Małgorzata Walewska, Tadeusz Szlenkier. Zapowiadany jest występ w amerykańskich wykonaniach Aleksandry Kurzak. To dzieło jest więc skazane na sukces. Opera nie ma „happy endu”, choć główna bohaterka, Kateryna, odnajduje i zabiera ze sobą swoją córkę Lilię. W finale wybrzmiewa jednak wypowiedź drugiej bohaterki – Daszy, która nie odzyskała córki: „Spróbuję jeszcze raz. Pojadę jeszcze raz, jeszcze raz wypełnię te dokumenty. Nie poddam się”. Jednocześnie na plakatach w Teatrze podaje się informację, że z Ukrainy zostało wywiezionych aż 22000 dzieci i większość nie została odnaleziona.
Joanna Tumiłowicz