Do poprzedniczek Filharmonii Krakowskiej należała założona przez Hansa Franka czołowa instytucja muzyczna GG, od 1940 roku działająca w tym samym budynku. Dziś wystąpiły w nim podobnej proweniencji zespoły orkiestry i chóru z Prisztiny, a więc okupowanego przez Albanię, NATO i UE serbskiego Kosowa, gdzie narodziła się państwowość tego południowosłowiańskiego narodu, od czasów wojny poddawanego tolerowanym przez Tito czystkom etnicznym, które doprowadziły do odwrócenia ludnościowych proporcji.
To tak jakby utworzone zostało niemieckie Państwo Poznańskie w Wielkopolsce. Dziwić też może uznanie przez Polskę tego sztucznego tworu albańskiego, podczas gdy odmawia się go Republice Katalonii czy niepodległościowym aspiracjom Kurdystanu, a więc narodów o wielowiekowej tradycji i znacznym dorobku kulturalnym.
Pierwsza orkiestra i chór w tym serbskin regionie powstały w Prizrenie w 1944 roku, a potem w Prisztinie założona została Orkiestra Symfoniczna Radia i Telewizji. Wbrew dezinformacjom w programie, bezkrytycznie podawanym za albańską propagandą, zlikwidowana została wraz z wyparciem stamtąd Serbów, czemu towarzyszyły w Prizrenie pogromy i zniszczenie zabytkowych cerkwi. Odkładając na bok polityczne polemiki, skupię się na stronie czysto muzycznej piątkowego koncertu.

Obecnych, albańskich muzyków poprowadził w Krakowie Wojciech Czepiel, jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów starszego pokolenia, niestety za mało wykorzystany w stosunku do posiadanego talentu. Swego czasu w Albanii prawie wszystko nosiło nazwę Skanderbega, piętnastowiecznego janczara na osmańskiej służbie, który, skierowany do rodzinnego kraju, wrócił do swoich korzeni i stanął na czele odrodzenia narodowego i państwowego.
Poświęcono mu główny plac w Tiranie, pierwszy albański film, faktycznie wyprodukowany przez Rosjan w reżyserii Siergieja Jutkiewicza, a także... miejscowy winiak. Z kolei Fahri Beqiri skomponował poświęcony mu poemat symfoniczny. W 1968 roku, a można odnieść wrażenie jakby w... 1868. Rozpoczyna go utrzymane w niskim rejestrze przejmujące unisono smyczków, powracające na przestrzeni utworu, a zwłaszcza w zakończeniu przechodzącym w krótką kodę w formie lamentu. Efektowne jest dramatyczne tremolo tej grupy instrumentów oraz kulminacyjna apoteoza w rytmie ostinato marciale.
Nad całością jednak ciąży zbytnia ilustracyjność oraz znamiona epigonizmu. Od strony wykonawczej zwracała uwagę nadzwyczaj przyzwoicie strojąca sekcja blaszana. Dziwić natomiast może brak nawiązań do rodzimego folkloru. Więcej pierwiastków orientalnych daje się odnaleźć w mieniącej się wieloma orkiestrowymi barwami partyturze I Koncertu skrzypcowego op. 35 Karola Szymanowskiego z początku XX wieku.
Joanna Konarzewska grała go pewnym dźwiękiem nasyconym alikwotami, ale jednocześnie nie starała się zdominować występu, pozwalając w pełni zaistnieć partii orkiestrowej jako równorzędnej. Pomiędzy solistką i zespołem panowała zatem równowaga, na co nie bez wpływu pozostaje zapewne fakt, że na co dzień artystka jest koncertmistrzynią. Na więcej wituozerii zdobyła się dopiero w kadencji pod koniec utworu.
Moim zdaniem był to najbardziej udany występ tej skrzypaczki w roli solistki. Dyrygent ze swej strony skoncentrował się nie tylko na feerii impresjonistycznej kolorystyki, ale też na planach brzmieniowych poszczególnych grup instrumentalnych (puzonach, wiolonczelach), eksponując ich wejścia oraz rozwijającą się na ich tle partię skrzypiec. Polską część programu uzupełniła Chaconne na smyczki z Polskiego Requiem Krzysztofa Pendereckiego. Zabrakło mi w niej charakterystycznego dla późnej muzyki tego kompozytora pulsu, choć sonoryzujące, szkliste zakończenie zabrzmiało interesująco, a zazwyczaj ta jego cecha umyka w polskich interpretacjach.
Drugą część wypełniło poświęcone postaci Anjezë Gonxhie Bojaxhiu oratorium Mendiego Mengjiqiego, związanego z Krakowem kompozytora albańskiego. Jego zachowawczy i eklektyczny styl muzyczny pozwala od razu domyśleć się, iż był uczniem Zbigniewa Bujarskiego. Nie jest to muzyka szczególnie porywająca, choć trzeba przyznać, że momentami zręcznie napisana i zinstrumentowana.
W znacznej mierze naznaczona czynnikiem retorycznym i obliczona na zewnętrzny efekt. Jej dramaturgia polega na przeplataniu numerów choralno-orkiestrowych z ansamblami wokalnymi. W niektórych z nich dosłuchać się można imitacji o z lekka orientalnym rysunku melodycznym (duet altu i tenora).

Mimo że w momencie powstania utwór dotyczył postaci współczesnej, zmarłej zaledwie dwa lata wcześniej, choć z perspektywy lat budzącej coraz liczniejsze kontrowersje, to wykazuje wyraźne znamiona archaizacyjne (fugato). W omawianym wykonaniu głosy żeńskie należały do śpiewaczek albańskich, a męskie (Piotr Kalina i Arkadiusz Jakus) stanowiły polski wkład. Na długo pozostanie mi uszach zjawiskowy, niski głos Ivany Hoxhy, natomiast znaczną ekspresją odznaczało się solo sopranu na tle chóru a cappella w wykonaniu Adeliny Paloji. Skądinąd prawykonanie Homagium Matri Teresiæ miało miejsce właśnie w Krakowie przed 25 laty i pod dyrekcją Wojciecha Czepiela.
Lesław Czapliński