Premiera opery Kaaji Saariaho Innocence w Kopenhadze, to wydarzenie na miarę – jak nie światową, to na pewno ogólnoeuropejską. Premierowi goście rozmawiali ze sobą w różnych językach, upodabniając się w ten sposób do aktorów scenicznych, biorących udział w przedstawieniu.
Flesze błyskały nieustająco, a uwaga skupiała się na niepokojącej postaci kobiety z fryzurą wielkiego ptaka na głowie. Szybko rozpoznałam autorkę libretta, znaną estońsko-fińską pisarkę, Sofi Oksanen, laureatkę literackiej nagrody nordyckiej. Innocence to ostatnia opera niedawno (w roku 2023) zmarłej Saariaho, wybitnej kompozytorki fińskiej, mieszkającej cale swe dojrzałe życie w Paryżu. Saariaho znana jest w kręgach koneserów muzyki współczesnej jako autorka dziel instrumentalnych i kameralnych, często z udziałem efektów elektronicznych, muzyki przyjaznej dla ucha i bogatej sonorystycznie.
Opery zaczęła tworzyć stosunkowo późno, napisała je cztery, od L´Ámour de loin (2000) poprzez Adriana Mater (2006), Emilie (2010) aż po ostatnią, właśnie Innocence (2021). Wszystkie jej opery zostały bardzo dobrze przyjęte i – choć bardzo różne między sobą – przyczyniły się do zdefiniowania Saariaho jako wybitnej twórczyni operowej najnowszych czasów. Innocence jest operą o bardzo skomplikowanej akcji, której sednem jest strzelanina w szkole, jeden z uczniów zabija dwoje nauczycieli i także ośmioro uczniów. Zbrodnia – czy też w definicji co poniektórych – tragedia – pozostawia po sobie trwale ślady: poczucia winy (tych, którzy przeżyli), fobii, strachu, nieustającej żałoby i próby wytłumaczenia tego, co jest niewytłumaczalne. Akcja sceniczna „dzieje” się równocześnie w dwóch poziomach czasowych: w chwili zabójstwa i w dziesięć lat później. Oksanen pisała libretto na podstawie założeń muzycznych kompozytorki: np. tego, że występujący (śpiewacy i aktorzy) mają wypowiadać się w różnych językach (fińskim, francuskim, greckim, czeskim, rumuńskim, szwedzkim, niemieckim, hiszpańskim i angielskim), stąd pomysł, by zbrodnia wydarzyła się w szkole międzynarodowej.

Poza tym miała wolną rękę i skonstruowała akcję na wzór filmów true crime, gdzie proces dojścia do prawdy składa się z wielu warstw, które zostają odsłaniane sukcesywnie, tak by cała prawda ukazała się dopiero na samym końcu. W wywiadach Oksanen mówiła wielokrotnie, jak bardzo różnych umiejętności pisarskich wymaga libretto w porównaniu z pisaniem powieści. Przez dwa lata musiała raz po raz skracać tekst na prośby kompozytorki. Niestety, dla mnie osobiście nie skróciła go dostatecznie. I tu dochodzimy do sedna problemu, który jest taki sam, jak w przypadku wielu innych oper współczesnych: brakuje nam najwyraźniej definicji samego pojęcia opery jako gatunku muzyczno-dramatycznego. Opera to nie jest sztuka teatralna, oparta na dialogu i sztuce aktorskiej, to nie jest też film, gdzie wszystko można pokazać szybko, i gdzie efekty wizualne mogą istnieć bez pomocy słowa. W operze „czas” akcji jest zwolniony, i to co jest tu najważniejsze, to przekazanie tego, czego ani słowo, ani obraz nie jest w stanie przekazać: głębi ludzkich uczuć. To dlatego już od najstarszych czasów istnienia, opera zbudowana jest z arii, gdzie tekst jest minimalny, a muzyka obrazuje ludzkie wnętrze, to wnętrze, które nie da się sformułować słownie ani narysować, a tym bardziej sfilmować.
Tymczasem nasze czasy, przeładowane efektami wizualnymi, spowodowały skarłowacenie elementu czasowego w znaczeniu egzystencjalnym – jako trwanie w ścisłym związku z życiem wewnętrznym człowieka. Doświadczam tego raz po raz w odbieraniu tych oper współczesnych, jakie dane mi było oglądać. Opera Kaiji Saariaho nie jest właściwie operą, jest imitacją filmu o bardzo rozbudowanej ścieżce dźwiękowej. Film, który nie jest filmem, a film imituje, stawia ogromne wymagania zarówno przed reżyserem jak i scenografem przedstawienia. Australijczyk Simon Stone, reżyser spektaklu (wystawionego po raz pierwszy na festiwalu w Aix-en-Provance) wraz ze scenografką Chloe Lamford wybrnęli wręcz genialnie z tego prawie niemożliwego wyzwania: pokazania równocześnie akcji dziejącej się w różnych czasach i różnych kontekstach: na ruchomej scenie umieszczono typowy dom mieszkalny z lat 90-tych ubiegłego stulecia, w którym odgrywały się równocześnie na dwóch poziomach, parteru i pięterka, sceny teraźniejsze (przyjęcie ślubne) i przeszłe (różne aspekty strzelaniny, wydarzeń poprzedzających ja, jak i wydarzeń następujących w bezpośrednim związku czasowym z przestępstwem).

W miarę upływu czasu wnętrza robiły się coraz bardziej puste, by zakończyć operę w gołych ścianach, skąd kolejni aktorzy wychodzili, by już nie powrócić. Role śpiewane powierzono wybitnym śpiewakom: Francine Vis była matką, która straciła córkę w strzelaninie i nie jest w stanie rozstać się z nią (córka, Markéta, śpiewająca w sposób charakterystyczny dla północno skandynawskiej społeczności Samów, jest wciąż obecna na scenie, choć zmarła przed dziesięciu laty). Sofie Elkjær Jensen odtwarzała role rumuńskiej narzeczonej, Steli. Rolę teściowej, Patrycji, powierzono Helenie Juntunen, pastorem był znany duński bas Stephan Milling a panem młodym, Finem o imieniu Tuomas, Magnus Vigilius. To nad wyraz wstrząsające widowisko (które absolutnie nie powinno się było zwać „opera”) wystawione jest sześć razy w Kopenhadze. Później będzie je można zobaczyć w Amsterdamie, Londynie, Helsinkach, San Francisco i w Nowym Jorku.
Eva Maria Jensen