Bardzo dobre oceny powinni otrzymać muzycy Sinfonii Iuventus dyrygowanej przez Wojciecha Rodka po koncercie w Studiu im. Witolda Lutosławskiego. Skład zespołu został poszerzony o liczne instrumenty perkusyjne i klawiszowe, dodaną blachę, a mimo to zespół działał jak jeden organizm. I aby było ciekawiej zaczęło się od trudnego, narowistego Koncertu wiolonczelowego Witolda Lutosławskiego. Widać było, że Tomasz Strahl, który już niejeden raz wykonywał na estradzie ten skomplikowany utwór, zna go od podszewki, oczywiście grał z pamięci, co niejednemu muzykowi mogło bardzo zaimponować.

Koncert ten nadawany dosyć często przez radio nie robi takiego wrażenia, ale gdy się go słucha na żywo widać jak na dłoni wszystkie pomysły kompozytora. Choćby sam wstęp z „zegarowym” powtarzaniem marcato jednego dźwięku „D”, co sam solista dodatkowo sugerował kołysząc się z boku na bok, jak wahadło. Powtarzał to zresztą kilka razy i pewnie nawet twórca Symfonii Zegarowej Józef Haydn by tego lepiej nie wymyślił. Potem wykonywał rozmaite karkołomne figuracje, na które odpowiadała orkiestra, albo tutti, albo tylko wyodrębnionymi sekcjami. Te odpowiedzi, gdyby je potraktować obrazowo, były rodzajem muzycznego „przedrzeźniania” solisty. Wychodziło to bardzo wiarygodnie. Reszta tworzyła dźwiękowe tło, jak to u Lutosławskiego, wypreparowane z instrumentów smyczkowych grających aleatorycznie. Tak się pewnie złożyło, że profesor i rektor Uniwersytetu Muzycznego miał w 10-osobowej sekcji wiolonczel, swoich byłych studentów, i oni chyba najbardziej naocznie i nausznie docenili maestrię swego belfra.
Po przerwie przenieśliśmy się do „teatru operowego wyobraźni”. Ekspresjonistyczne arcydzieło Beli Bartoka Zamek księcia Sinobrodego członkowie orkiestry przygotowali z dwójką renomowanych śpiewaków węgierskich: Dorottya Láng i Andrása Palerdi. Ponieważ u nas najwyżej co drugi Polak rozumie węgierski, więc tekst tego kameralnego dramatu wyświetlano na tablicy. Artyści tylko delikatnie swoimi ruchami i mimiką sugerowali przebieg akcji, a cała inscenizacja odbywała się w wyobraźni słuchaczy. Głosowo realizująca postać Judyty mezzosopranistka górowała nad swym partnerem.

Jej interpretacja muzyczna pokazywała możliwości sopranu dramatycznego, rola księcia Sinobrodego poza chłodem i opanowaniem nie robiła takiego wrażenia. Wieloznaczne odniesienia do tematu kobiecej miłości i prób złagodzenie krnąbrnego charakteru małżonka (a może tylko kochanka) rozbijały się o pełne rezerwy komentarze Sinobrodego. „Drżysz?” –powtarzał swym basem kilka razy książę, gdy Judyta zaglądała do otoczonych tajemniczością różnych zakamarków ponurego zamczyska. Ona chciała nawet własnym ciałem „osuszyć” kapiące wilgocią mury, dopuścić do komnat więcej słońca i ciepła, a dowiedziała się, że jest tylko jedną z poprzednich sześciu, a może siedmiu jego żeńskich ofiar. Na nic te wszystkie wysiłki. Tutaj miłość nie mogła zatriumfować, ale orkiestra Sinfonia Iuventus nabyła dodatkowe doświadczenie, udział w przedstawieniu operowym, na razie „na sucho”, czyli w wykonaniu estradowym, ale wszystko jest jeszcze możliwe. Ogólnie trzeba stwierdzić, że koncert był wspaniały.
Joanna Tumiłowicz