Były co najmniej dwie. Pierwsza niezaplanowana. Gdy się okazało, że śpiewaczka, która miała być solistką w również sobotnim koncercie inaugurującym sezon koncertowy zaniemogła, była piątkowa noc. Poszukiwanie zastępstwa o tej porze wśród renomowanych sopranów, które mają w repertuarze Stabat Mater Karola Szymanowskiego, było raczej skazane na niepowodzenie. Jednak w Chórze Filharmonii Narodowej, który ten utwór wykonywał dziesiątki razy, są artyści z dobrą pamięcią muzyczną i profesjonalnie przygotowanymi głosami.

Padło na Magdalenę Schabowską, która zgodziła się do rana przygotować partię sopranu solo, a po południu wykonać ją na próbę, ale tylko z fortepianem. Wreszcie po godzinie 18.00, gdy zaczyna się koncert i śpiewaczka w ramach nagłego zastępstwa otrzymuje już po pierwszym zaśpiewanym fragmencie dzieła zawierającego na początku słowa: Stała Matka bolejąca, zasłużoną owację, dostrzegamy niezwykłość tego wydarzenia. To właśnie dzięki niej ta słynna kantata z polskim tekstem opowiadającym o bólu Matki Boskiej wobec cierpienia i śmierci Syna, zyskała zupełnie nowy wyraz. Magdalena Schabowska wykonała swoją partię dużo ciszej niż się to zwykle praktykuje, nie popisując się w najmniejszym stopniu swoim głosem, ani nie używając na wysokich tonach szczególnie nagłośnionej emisji. Wszystko było skromne, ostrożne, co zresztą w bardzo rozsądny sposób wspierał dyrygent Krzysztof Urbański, zwykle lubujący się w pełnym, nawet grzmiącym brzmieniu całej orkiestry symfonicznej.
Utwory wokalno-instrumentalne Karola Szymanowskiego dają dyrygentowi ogromne pole do popisu, bo w kolejnych częściach Stabat Mater, a także w otwierającym koncert pełnym siły i patosu hymnie Veni Creator (Przybądź Stwórco) do słów Stanisława Wyspiańskiego, stuosobowy chór wsparty grającą bardzo głośno orkiestrą, wymagają od śpiewających solistów maksymalnego natężenia głosu, który w żadnym razie nie może przerodzić się w krzyk, ale musi stawić czoła ponad 200 wykonawcom. Z takim niemalże nadludzkim zadaniem zmierzyła się Ewa Vesin, która zaśpiewała bardzo wymagające solo w Veni Creator. Także baryton Hubert Zapiór występujący w dwóch częściach dzieła Stabat Mater również musiał stawić czoła ogromnemu forte połączonych zespołów chóru i orkiestry. W wykonaniu tego utworu słuchacze mieli przegląd stopniowego narastania napięcia, od smutku wyrażanego jakby głosem samej Matki Boskiej, poprzez potężne zrywy sprzeciwu wobec męki Chrystusa, po znowu pełne spokoju odniesienia do „źródła wszechmiłości”, aby wchodząc w majestat śmierci zakończyć pełnym nadziei czy wręcz słodyczy marzeniem o Niebie i Raju.

Jeśli mówimy o niespodziankach to trzeba koniecznie wspomnieć o drugiej części koncertu, w którym po bardzo nowoczesnym w brzmieniu II Koncercie wiolonczelowym Grażyny Bacewicz (świetny solista Nicholas Altstaedt) nastąpił finał, gdzie miejsca Chóru Filharmonii Narodowej zajęła ponad setka dzieci z różnych szkół warszawskich i podwarszawskich. Krzysztof Urbański postanowił i bardzo słusznie, przybliżyć tej młodocianej społeczności ideę Krzesanego Wojciecha Kilara operując jakby obrazami z filmu, które ta muzyka tworzy w ludzkiej wyobraźni. Dzieci jednak nie przybyły do Filharmonii tylko po to by wysłuchać prelekcji, a potem podziwiać nagłe zrywy i kanonady tworzone na instrumentach nie tylko perkusyjnych, czy też liczne odniesienia do folkloru podhalańskiego, ale aby w tej sporej grupie stworzyć własnymi rękoma tło dźwiękowe wielkiego skupiska ludzkiego, coś jak jarmark, czy festyn pełen rozmaitych hałasów, które razem wchodzą w tkankę orkiestry, a na samym końcu dominują nad jej grą. Ten zaskakujący pomysł edukacyjny miał dla tych dzieci także spore znaczenie emocjonalne, co wyrażały one już po zakończeniu swoim ruchem, podskokami, gwarem i śmiechem. Do tej pory Krzesany Kilara kończył się zbiorowym krzykiem członków orkiestry, którzy ową ludyczną energię koncentrowali na wspólnym „HEJ”. Tym razem okrzyk na końcu był zbędny, bo każde z dzieci trzymające w rękach jakąś grzechotkę, dzwonek, tarkę czy trójkąt dawało indywidualnie świadectwo swojej energii życiowej, która przecież może służyć także sztuce i jako taka zostanie przez nie na długo zapamiętana. Warto wiedzieć, że cały koncert był jednocześnie transmitowany i retransmitowany na światowych platformach kulturalnych medici.tv i Mezzo. Brawa także za ten pomysł.
Joanna Tumiłowicz