Premiera baletu Amerykanin w Paryżu w choreografii Krzysztofa Pastora z muzyką George’a Gershwina odbyła się pod koniec lutego bieżącego roku w Operze Nova w Bydgoszczy. Właściwie wszystko o nim już napisano w rozlicznych recenzjach, i to w samych superlatywach. Ja przyłączam się do nich. Na obejrzenie premiery nie miałem szans, bo jak się mieszka na głębokiej prowincji muzycznej, to bilety trzeba zamawiać przez Internet, a tam obowiązują takie niepisane zwyczaje.

Najpierw ukazuje się informacja, że „Bilety będą sprzedawane od…” - i tutaj pojawia się data – a kiedy w wyznaczonym dniu chce się kupić bilet, to zwykle zobaczy się komunikat: „Bilety wyprzedane”. Z tego właśnie powodu byłem na Amerykaninie dopiero w sobotę 19 września br., po jego wznowieniu na początku nowego sezonu. Bardzo mi się spodobał, nie tylko z powodu układów tanecznych, ale także od strony wizualnej (scenografia Natalia Kitamikado, kostiumy Emil Wysocki i oświetlenie Maciej Igielski) oraz z powodu muzyki.
Tancerze zaprezentowali się nadzwyczaj pięknie, przy czym nie był to taniec w stylu klasycznym, tylko uwspółcześniona klasyka. Akcja widowiska toczy się w latach dwudziestych ubiegłego wieku, ale artyści występowali w strojach stylizowanych chyba na lata pięćdziesiąte. Główna dekoracja pokazywała Paryż z wieżą Eiffla i mostami nad Sekwaną. Akcja zmieniała się szybko, a tancerze występowali w różnych konfiguracjach, czy to solo, czy to w małych grupkach dwu-, trzy-, czteroosobowych, albo w znacznie większych, zbiorowych.
Właśnie sceny z corps de ballet zrobiły na mnie największe wrażenie, bo były pokazem niesamowitego zgrania tancerzy i ich precyzji wykonawczej. Synopsis, czyli baletowe libretto Amerykanina w Paryżu opracował Krzysztof Pastor nawiązując do jednego z najważniejszych filmów w historii kina, musicalu filmowego pod tym właśnie tytułem. Film w reżyserii Vincentego Minnelli z 1951 r. zdobył onegdaj aż sześć Oskarów.

Akcja bydgoskiej wersji baletu została podzielona na dwa akty z sześcioma scenami w każdym. Nie będę jej tutaj przytaczał ani streszczał, powiem tylko, że cała historia obraca się wokół skomplikowanych problemów miłosnych związanych z trójką głównych bohaterów. Są nimi: Amerykanin Jerry, były żołnierz, który po I wojnie został w Paryżu i zajął się malarstwem (tańczył go Artem Rybalchenko), jego francuski przyjaciel Henri (Quentin Lelong) i ich miłość - piękna Lise (Marta Kurkowska-Buritta). Wzajemne stosunki tych trojga są mocno zagmatwane, ale wszystko kończy się happy endem. Gdy idzie o warstwę muzyczną, to całe przedstawienie jest ilustrowane utworami Georga Gershwina.
Wykorzystany jest nie tylko tytułowy poemat symfoniczny Amerykanin w Paryżu, z którego muzyka (z klaksonami paryskich taksówek) pojawia się dopiero na końcu spektaklu, ale także słynna Błękitna rapsodia z początkowym glissandem klarnetu. Usłyszałem też kołysankę Summertime z opery Porgy and Bess graną na skrzypcach w wysokim rejestrze, Uwerturę kubańską i instrumentalną wersję szlagieru z musicalu Człowiek, którego kocham, tudzież wiele innych miniatur skomponowanych przez Gershwina.

Wszystkie je opracował i połączył w misterną całość Przemysław Zych. Ważną rolę w spektaklu odgrywa fortepian. Szczególnie często słychać jego solowe partie w pierwszym akcie. W oglądanym przez mnie przedstawieniu grał je z wielkim wyczuciem jazzowym pianista Radosław Zaworski. W wykonaniu orkiestry Opery Nova pod ręką Piotra Wajraka jazzowa muzyka oparta na synkopowanym, a zrazu swingowym rytmie, zabrzmiała równie pięknie i stylowo.

Myślę, że orkiestrze grającej na co dzień do przedstawień operowych, nie tak łatwo było przestawić się na muzykę taneczną i modne w tamtych czasach tańce, które również komponował Gershwin: foxtrota, charlestona, bluesa, regtime’a (te dwa ostatnie słychać wyraźnie w Błękitnej rapsodii). W ogóle można powiedzieć, że muzyka jest równorzędnym bohaterem spektaklu, bo to przecież do niej zostały ułożone układy taneczne. Kończąc tę krótką relację, zachęcam do obejrzenia w Bydgoszczy Amerykanina w Paryżu, a także samego miasta nad Brdą, gdzie dobiega ostatni etap budowy tzw. czwartego kręgu Opery Nova z charakterystycznymi, szklanymi ścianami zewnętrznymi. Znajdzie się w nim sala kameralna oraz podziemny parking.