Koncert Galowy Warszawskiej Opery Kameralnej zorganizowany w sali balowej Zamku Królewskiego w Warszawie był pierwszą prezentacją Alessandro De Marchi, nowego kierownika artystycznego opery. Ten bardzo uzdolniony i sławny w świecie, włoski kapelmistrz prowadzący Orkiestrę Instrumentów Dawnych WOK – Musicae Antiquae Collegium Varsoviense od klawesynu, pokazał swoje niezwykłe walory nie tylko dyrygenckie, ale także osobowościowe.

Narzucił orkiestrze styl pełen swobody, ale i uroczystej radości z granej muzyki. Już sama postawa Maestro De Marchi stającego frontem do zgromadzonej publiczności zapowiadała wydarzenie najwyższej rangi, odpowiadającej zresztą składowi widowni, do której udało się zaprosić niemal połowę ambasadorów reprezentujących korpus dyplomatyczny akredytowany w Polsce, na czele z Thomasem A. Rose, ambasadorem USA. Fakt, że było to jednocześnie otwarcie 13. Festiwalu Oper Barokowych i zapoczątkowanie 65. jubileuszowego sezonu Warszawskiej Opery Kameralnej, miał chyba w tym zestawieniu drugorzędne znaczenie.
Uroczysty wstęp orkiestrowy Antonia Vivaldiego z opery L'Olimpiade, dawał przedsmak tego, co się wydarzy później. Grająca na fletach prostych, pochodząca z Amsterdamu Lucie Horsch okazała się absolutną rewelacją muzyczną, sceniczną, akustyczną, estetyczną, taneczną ... można by jeszcze długo wymieniać zachwyty nad tą nieledwie przekraczającą 20-tkę artystką.
Lucie tworzyła bajeczną zabawę z utworami Telemanna, Bacha i Vivaldiego posługując się zwyczajnym fletem prostym, wywodzącym się z ludowej fujarki, jaki był do niedawna rutynowym instrumentem muzycznym obowiązującym w polskiej szkole podstawowej na zajęciach z wychowania muzycznego. Z zachwycającą sprawnością i perfekcją operowała w pełnej skali tego prostego wydawało się, instrumentu, jej paluszki śmigały po otworach i ani razu nie chybiły, muzyka wykonywana w niesamowicie szybkim tempie płynęła wartko, a dźwięk nigdy nie dałby powodu by instrument ten nazwać piszczałką, był klarowny i szlachetny.

Ale to nie wszystko, bo Lucie Horsch w trakcie grania poruszała się ze zniewalającym wdziękiem, tańczyła całym ciałem anonsując poszczególne frazy muzyczne, wywijała też trzymanym w ustach instrumentem to w prawo, to w lewo, jakby stanie prosto i statyczne wykonywanie muzyki było największym grzechem u muzyków epoki baroku.

Zachwyt nad młodziutką solistką przekroczył zwyczajowe granice aplauzu i chyba przyćmił nawet pojawiających się w drugiej części koncertu znakomitych śpiewaków, włoską sopranistkę Serenę Farnocchia oraz niemieckiego tenora Uwe Stickerta. Artyści zaprezentowali arie z oper Haendla, Vivaldiego, Gaspariniego, Hassego, ale zakończyli swój popis pięknym duetem Happy Wez serenaty Acis i Galatea, co stanowiło świetny akcent podsumowujący uroczyste wydarzenie muzyczne.
Joanna Tumiłowicz