Podróż do znanego kurortu adriatyckiego Herceg Novi, aby zobaczyć i wysłuchać narodowej opery czarnogórskiej Bałkańska Caryca, okazała się wielką przygodą, pełną zagadek i zaskoczeń. Biuro podróży Grand Tour też z pewnością wpisze tę niezwykłą wyprawę do katalogu swoich najtrudniejszych wyzwań. Organizatorzy XIII edycji Operosa Montenegro (Montenegro oznacza właśnie Czarnogórę) Opera Festival potraktowali klientów łódzkiej instytucji „pielgrzymek operowych” z należytym szacunkiem,

oznaczyli 25 miejsc w pierwszych rzędach, zaraz za osobistościami z ministerstwa, nazwą naszego biura podróży. Trudno więc mieć pretensje także do firmującej ten wieczór „fundatorki festiwalu”, Katherine Haataja, fińskiej śpiewaczki operowej, która przemawiając na wstępie potwierdziła, że ta opera jest kluczowym wydarzeniem kulturalnym w Czarnogórze, tym bardziej, że dodatkową wyjątkową i prestiżową okazją była 20 rocznica utworzenia niepodległego państwa wyłonionego z podziału dawnej Jugosławii. Festiwal ponadto z założenia promuje młode talenty muzyczne oraz prezentuje operę w nowoczesnych, przystępnych dla dzisiejszej widowni aranżacjach. Co by jednak nie powiedzieć – spektakl w zabytkowym Forte Mare był kompletną kompromitacją organizacyjną. Mimo dobrych chęci przedstawienie nie nadawało się do słuchania, bo popowa muzyczka z pobliskiego baru czy dansingu, mocno nagłośniona sztucznie, wcinała się bezczelnie w każdą pauzę, a nawet niekiedy całkowicie zagłuszała brzmienie orkiestry.
Siedzący wśród widowni znany tenor Sylwester Kostecki, któremu przypadła rola kierownika artystycznego polskiej wyprawy do Czarnogóry (za co podziękował uczestnikom pamiątkowym obrazkiem), z trudem powstrzymywał nerwy, by nie zaprotestować przeciwko tej muzycznej „przemocy rozrywki względem sztuki”. A było to przecież jawne niszczenie dorobku muzycznego niewielkiego państwa, o co walczyli swoimi talentami i twórczością autorzy widowiska – kompozytor Dionisio de Sarno San Giorgio, oraz autor libretta, późniejszy król Czarnogóry Mikołaj I.

Gdyby przygotowany ogromnie skromnymi środkami, wręcz prowizorycznie, ale jednak dosyć wartościowy materiał muzyczny i dramaturgiczny, został przynajmniej zaprezentowany w lepszych warunkach, wówczas cel przedsięwzięcia – przerzucenie pomostu pomiędzy historycznym dziedzictwem kulturowym Czarnogóry a współczesną uroczystą okazją – okazałby się możliwy do spełnienia. Pamiętajmy, że Operosa to jedyny festiwal operowy w Montenegro, które to młode państwo nie posiada żadnego zawodowego teatru mogącego prezentować takie złożone widowiska w rozumieniu Gesamtkunstwerku, czyli totalnego dzieła sztuki. O czymś takim myślał Wagner, który uważał, że właśnie opera łączy różne dyscypliny – takie jak muzyka, teatr, taniec, poezja, malarstwo i architektura – w jedną, spójną całość.
Skoncentrujmy się więc teraz na tych składnikach spektaklu, które mogłyby mieć wartość artystyczną, gdyby zostały lepiej przygotowane i pozwolono im „dojść do głosu”. Jeśli uznalibyśmy Dionisio de Sarno-San Giorgio (1856-1937) za czarnogórskiego Stanisława Moniuszkę, a więc ojca czarnogórskiej opery narodowej, to uzdolniony literacko książę Mikołaj Petrovic-Njegos byłby kimś w rodzaju Włodzimierza Wolskiego, librecisty naszej Halki. Tak się bowiem składa, że tytułowa bohaterka Bałkańskiej Carycy – niedoszła władczyni, podobnie jak Halka skacze ze skały i tonie w nurtach wodnych. Wspomniany już Sylwester Kostecki wynalazł jeszcze jedno pokrewieństwo – tym razem geograficzne i etniczne, łączące czarnogórską operę z dziełem muzycznym Franza Lehára Wesołą wdówką, choć trudno porównywać operową tragedię z lekką i komiczną operetką.

Z pewnością jednak muzyka de Sarno San Giorgia nie była utworem bezwartościowym, zawierała pewne motywy bałkańskie, tańce i melodyjne pieśni, a bardzo interesującym muzycznie epizodem była scena, w której Guślarz, czy też Prorok przepowiada przyszłość głównej męskiej postaci – księciu Stanko – na tle ostinatowego, niemal atonalnego akompaniamentu zostaje zarysowany mroczny i tragiczny los tego bohatera. Spektaklem dyrygował starannie Mihajlo Miletic, zaś opracował rzecz muzycznie występujący też w partii tenorowej Stevan Karanac, doktorant sztuki muzycznej, solista serbskiej narodowej opery w Nowym Sadzie. Niestety kameralny skład – smyczki plus elektroniczne pianino – dalekie były od intonacyjnej precyzji – prawdopodobnie byli to studenci lub uczniowie szkoły muzycznej w Cetynii. W takiej sytuacji akustycznej wyjątkowo trudne zadanie postawiono przed solistami. Co prawda lepiej, przynajmniej pod względem intonacji, przedstawiała się obsada śpiewaków, z których wszyscy dysponowali postawionymi głosami. Oczywiście można było im wytknąć kilka wad – tenor nie miał wyrównanej góry, sopranistka – Milica Lalosevic, która brała udział w wielu międzynarodowych kursach i występowała zarówno w Belgradzie jak i Lublanie, dysponowała nośnym głosem, ale śpiewała forsując i zbytnio usztywniając szczękę, co powodowało niezbyt ładną barwę i nie zawsze dobrą słyszalność. Mniej utyskiwań wywoływali wykonawcy ról drugoplanowych – bas Tamas Kis, jako król (do roli ojca księcia Stanko był zdecydowanie za młody i jeszcze musi pozbyć się przerażenia na twarzy podczas śpiewania). Baryton Lazar Kindic w roli Guślarza oraz Proroka wykonywał swoje partie przyjemnym tembrem i dobrą szkołą, zaś służąca – mezzosopranistka Nevena Goranova – całkowicie spokojnie śpiewała swoje kwestie ciepłym, dobrze postawionym głosem, jakby nic jej nie przeszkadzało – brawo. W spektaklu wystąpiła też tancerka, której nazwiska nie podano; ona kreowała rolę symboliczną, niosła przesłanie, utożsamiała lud Czarnogóry. O reżyserii Niny Martinovic, jak też oprawie scenograficznej można powiedzieć, że było to koncertowe wykonanie z elementami delikatnej reżyserii i symbolicznej scenografii. Interesujące natomiast były kostiumy głównych bohaterów, robiące wrażenie twórczo przetworzonych autentycznych strojów historycznych pochodzących z tego regionu. Była to zresztą jedyna całkowicie niezakłócona i wartościowa składowa przedstawienia. Nie popisał się autor projekcji wideo na zmianę wyświetlający dwa albo trzy górskie pejzaże z Czarnogóry, zresztą bardzo słabo widoczne. O całości przedstawienia, które można by określić mianem „spektaklu straconych szans”, dałoby się więcej dobrego powiedzieć, gdyby zniknęły te nieprzyjemne „zakłócacze” utrudniające śpiew.
Joanna Tumiłowicz