Z lekka trawestując incipit arii z niedawno granej tu Toski można by tak scharakteryzować biografię artystyczną Lidii Grychtołówny. Na swój powrót po latach nieobecności w Krakowie Artystka otrzymała iście królewską oprawę za jaką uznać można wawelski Dziedziniec Arkadowy. Na program recitalu 8 sierpnia w ramach XIX Festiwalu „Wawel o zmierzchu“ złożyły się utwory doby Romantyzmu: od Schuberta poprzez Schumanna po Chopina.
W grze Grychtołówny przede wszystkim zwraca uwagę głęboko osadzone w instrumencie, własne touché czyli ukształtowany przez lata praktyki sposób uderzenia. Zapewnia to szlachetność dobywanych dźwięków, które nie są powierzchowne czy przebite, lecz zawsze doskonale wyważone, również pod względem barwy.

Szczególnie „rzucało się to w uszy“ przez porównanie z wcześniej występującą pianistką, która dość nijakim dźwiękiem zagrała chopinowskie Wariacje op. 2 na temat duetu „Là ci darem la mano“ z Don Giovanniego Wolfganga Amadeusa Mozarta. I zaraz potem okazało się, że z tego samego instrumentu można wydobyć brzmienie dostarczające pełnej satysfakcji. O zachowanej swobodzie technicznej świadczyło wykonanie dwóch schubertowskich Impromptu z op. 90 (D. 899): 2 Es-dur w tempie Allegro i 4 As-dur oznaczonego jako Allegretto. Zarówno w tym przypadku, jak i kolejnych punktów programu, czynnik wirtuozowski nie wysuwał się na pierwszy plan, lecz ustępował przed głębszym namysłem interpretacyjnym.
Pod palcami Pianistki, dzięki długoletniemu doświadczeniu koncertowemu i pedagogicznemu, kompozycje te uzyskały konstrukcyjną przejrzystość i czytelność, wynikający z samego przebiegu autonomiczny sens i przesłanie, mimo braku bezpośrednich odniesień programowych. Może poza cyklem schumannowskich miniatur składających się na cykl Scen dziecięcych op. 15.
Ale i tu, mimo sugestii zawartych w tytułach, mamy do czynienia przede wszystkim z pięknem wynikającym z samej formy muzycznej, a nie literackich asocjacji, choć nie sposób od nich całkowicie uciec. Dawno już nie słyszałem tak poruszającego ujęcia Marzenia, układającego się w pieśń bez słów, wyrażającą odcień rezygnacji, pogodzenia się z przemijaniem, choć może to być projekcja skojarzeń związanych z osobą Wykonawczyni i Jej kondycją.

W ten sposób utwór ten odzyskał swą moc oddziaływania, która uległa spospolitowaniu, a nawet zbanalizowaniu przez nadmiar prezentacji, często w oderwaniu od kontekstu, jako popularna pozycja na bis. Lidia Grychtołówna potrafiła utrzymać napięcie i przykuć uwagę słuchacza nie tylko do tej miniatury, ale i pozostałych scen dziecięcych, jak przystało na niegdysiejszą laureatkę III Nagrody Konkursu im. Schumanna w Berlinie. Pamiętam też sprzed lat wybitne wykonanie przez Nią jego Etiud symfonicznych.
A przecież zdarzało mi się podzielać opinię Chopina o „mdłym Saksończyku“, którą niezbyt kurtuazyjnie odwdzięczył się tamtemu za skierowane pod jego adresem: „Czapki z głów. Oto geniusz“. Przyznam się, że nie jestem zwolennikiem tego entuzjazmu, ale tym razem nie sposób było odmówić sugestywności chopinianom:Trzem Mazurkom z op. 59 oraz Polonezowi cis-moll op. 26, na które Pianistka jakby rozciągnęła melancholijną aurę zagranego pomiędzy nimi Nokturnu c-moll op. posth.

I nawet jakby zasłuchał się zegar wawelskiej katedry, skoro tym razem wybijanie godziny dziewiątej wydawało się ściszone, nie chcące zbyt brutalnie wdzierać się i zakłócać rozbrzmiewającej muzyki. Z tym wiekszą niecierpliwością oczekiwać będę ponownego spotkania z Maestrą, która 30 sierpnia w ramach LI Festiwalu „Muzyka w starym Krakowie“ z orkiestrą Filharmonii Krakowskiej przedstawi XXIII Koncert fortepianowy A-dur Wolfganga Amadeusa Mozarta.
Jedynym cieniem kładącym się na tym wieczorze były przymusowe rewizje przy wejściu, w państwie Orwella jakim jest obecna Polska, obłudnie nazywane dobrowolnymi. Niedawno zmarła artystka, której niegdysiejszy przebój zaczynał się od słów: Zrewiduj mnie. Ale nawet w PRL-u nie zdarzały się takie sytuacje przy tego rodzaju okazjach.
Lesław Czapliński