Sztukę współczesną awangarda wprowadziła na tory pełnej niezrozumiałości i asemantyczności. Niewyrobieni odbiorcy zwykli takie dzieła, nic konkretnego nie mówiące, określać mianem „bohomazów”. Ale jest też odrębny nurt sztuki-uproszczonej, naiwnej, a np. w muzyce kierującej się repetytywnością i minimalistycznym, a więc prymitywnym użyciem środków wyrazu artystycznego.
Wystawa Edwarda Dwurnika w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie pod tytułem „Duma i wstyd”, idzie w poprzek tym ogólnym podziałom. Skupia się na twórczości artysty z lat 70., 80. i 90. i prezentuje jego własne, odrębne podejście do materii malarskiej. Nikt nie powie, że te obrazy niczego nie mówią. Mówią, czasem nawet odrobinę za dużo, bo artystę najwyraźniej przy pracy ponosiły emocje i dopisywał różne komentarze, monologi czy dialogi, słowami, bezpośrednio na płótnie. W tym akcie tworzenia zbliżał się wtedy do komiksu czy rysunku satyrycznego lub karykatury.
Jednak bezpośrednią inspirację, której Edward Dwurnik wcale się nie wypierał, stanowiło zjawisko Nikifora Krynickiego, malarza -samouka uważanego za niepełnosprawnego intelektualnie, ale artystycznie docenionego. Na wystawie stanowiącej zaledwie wycinek ogromnego dorobku Edwarda Dwurnika, liczącego 8 tys. obrazów, oglądamy dwa główne cykle malarskie zatytułowane „Sportowcy i Robotnicy”, są też cykle „Obrazów Dużych” oraz inne prace, np. z cyklu „Krzyż” czy np. formy przestrzenne, wydobyte z niebytu wielkie głowy.
W swej drodze twórczej, którą można by określić mianem publicystyki wizualnej, na pierwszy plan wybijają się emocje towarzyszące przemianom społecznym w Polsce w drugiej połowie XX wieku. Artysta ustawia swój obiektyw na najbardziej nieciekawą, nędzną i ciemną stronę PRL-u, która dawała pożywkę do rozwoju rozmaitych ludzkich wad i niedoskonałości. Towarzyszy też późniejszym zrywom społecznym, w tym powstaniu „Solidarności”, zaś w okresie transformacji ustrojowej wyraźnie cichnie, odwraca się od spraw codziennych, czego dowodzą pokazywane na wystawie trzy pokaźne obrazy niemalże abstrakcyjne, przedstawiające główki tulipanów.

Bardzo ciekawy jest także „aneks” do wystawy „Duma i wstyd”. To w zasadzie komentarz artystyczny „estetycznego wnuka malarza” czyli Patryka Różyckiego. Jego cykl obrazów malowanych w stylistyce Dwurnika jest świadectwem czasu już po transformacji, która przerwała publicystyczny dyskurs Mistrza. Ciągłość jednak została zachowana. O ile Dwurnik wykorzystał podwaliny estetyki Nikifora, Różycki za wzór przyjął Dwurnika. Kurator wystawy Łukasz Ronduda zwrócił uwagę, że ponieważ wiele z prac Dwurnika publiczność ogląda po raz pierwszy, lub też po długich latach przerwy, nie wszystkie fakty, komentarze i inspiracje zostały rozpoznane i wyjaśnione.
Obrazy zawierają nadal sporo tajemnic, np. co do postaci ludzkich, które pozowały artyście. Na niektórych płótnach są też umieszczone autoportrety samego autora w otoczeniu osób, niekiedy o konkretnym znaczeniu publicznym. Łukasz Ronduda dostrzegł np. na obrazie przedstawiającym robotniczą naradę twarz prof. Marii Janion. Oryginalnym płótnem jest też zaliczany do cyklu Obrazów Dużych „Październik 77” zawierający autoportrety przyjaciół artysty: Teresy Gierzyńskiej, Przemysława Kwieka, Zofii Kulik, Daniela Wnuka, Doroty Wnuk.

Jest tutaj również autoportret samego Dwurnika, który wybrał drogę artystyczną odmienną od awangardy, w tym od twórczości jego kolegów. Sztuka Edwarda Dwurnika imponuje nie tylko rozmachem i wielkoformatowością jego prac, ale także zaangażowaniem społecznym artysty, jego wrażliwością na losy ludzi, na ich upadek moralny i idący za tym wstyd. Przykładem takich obrazów, które głębią swego wyrazu i ponadczasowością dają świadectwo artystycznej wielkości, jest „Chrystus we wsi” z cyklu „Krzyż”.
Joanna Tumiłowicz