W ramach VIII Festiwalu Rossiniego w Krakowie w sobotę 11 lipca dane było wysłuchać estradowego wykonania opery Marina Emilia Arriety. Absolwent mediolańskiego Konserwatorium początkowo tworzył dla teatru La Scala w tamtym mieście. Po powrocie do Hiszpanii napisał operę Pergolesi, poświęconą osiemnastowiecznemu kompozytorowi neapolitańskiemu, a po jej niepowodzeniu skupił się na zarzueli, rodzimym gatunku muzyki scenicznej.

W 1855 odbyła się prapremiera wspomnianej Mariny, która szesnaście lat później otrzymała formę w pełni operową z recytatywami w miejsce mówionych dialogów. W tej postaci wystawiona została w madryckim Teatro Real. Akcja rozgrywa się w Katalonii i dotyczy ludzi morza, a intryga wynika z nieumiejętności wyznania uczuć przez zakochane w sobie osoby, a co za tym idzie niepewne wzajemności, z czego wynika splot nieporozumień.
Opera posiada tradycyjną budowę numerową, ale wzorem Rossiniego tworzą one rozbudowane sytuacyjnie większe całości dramatyczne. Marinie jako nieszczęśliwie zakochanej bardzo często towarzyszy harfa, będąca instrumentem emblematycznym dla romantyzmu. Innym przejawem jego oddziaływania jest duża rola chóru stanowiącego dodatkową, zbiorową dramatis personae – głos społeczności Lloret de Mar.
Utwór w znacznej mierze utrzymany jest w stylu włoskim, którego jednym z przejawów jest rozbudowane concertato Mi madre te espera zwieńczone efektowną strettą Ah! A su pesar un díay na koniec drugiego aktu. W następnym tercet Mariny, Jorgego i Roquego No sabes tú que yo tenía odznacza się typowym dla belcanta płynnym prowadzeniem frazy, wreszcie finałowe rondo z koloraturami tytułowej bohaterki Iris de amor y bonanza przypomina Vincenza Belliniego, ale w dalszej części Rayo de luz encantadora towarzyszy głosowi flet, co nasuwa skojarzenia ze sceną obłędu Łucji z opery Gaetana Donizettiego.
Ostatni akt poprzedza intermezzo zawierające dłuższe solo waltorniowe, któremu blasku przydał Marek Gumiela. Wcześniej sygnałowe motywy rogów rozbrzmiewają już w uwerturze, aczkolwiek rzecz się dzieje wśród rybaków nad morzem, a nie myśliwych w leśnych ostępach. Motywy hiszpańskie, mimo że akcja rozgrywa się w Katalonii, epizodycznie dają znać o sobie w partii Roquego (Pietro Spagnoli).
Rytmy charakterystyczne dla wokalnego inicjowania flamenco rozlegają się w duecie z Mariną La penitencia va en el pecado w pierwszym akcie, a w towarzyszącym tekście dają znać o sobie akcenty mizoginistyczne odwołujące się do biblijnych uprzedzeń w związku ze stworzeniem kobiety z żebra mężczyzny, podczas gdy kuplety wspomnianej postaci La luz abrasadora w trzecim akcie przybierają formę seguidilli.
W tytułowej partii wystąpiła kubańska artystka Maylín Cruz, w której śpiewie przeszkadzał mi nadmiar wibrata niekorzystnie wpływającego na barwę głosu, choć koloraturom nie sposób było odmówić biegłości, a wspierała ją w tym srebrzystymi dźwiękami fletu Maja Gromińska. Do jej katalońskiego partnera Antoniego Lliteresa jako Jorgego w pełni odnieść można stwierdzenie Alessandra Baricca w związku z Alfredem z Traviaty, że nie jest on postacią, lecz tenorem. A więc przywiązującym szczególną wagę do wywieranego efektu polegającego na sile i nośności głosu, niekiedy kosztem jakości samego brzmienia przybierającego nieco spłaszczony charakter.

Najkorzystniejsze wrażenie wywarło brindisi czyli toast z chórem A beber, a beber, a ahogar z trzeciego aktu, do którego dołącza Roque De este sabroso jugo, któremu Jorge towarzyszy uderzeniami w dłonie. Orkiestrę i chór Filharmonii Krakowskiej poprowadził dobrze znany miejscowej publiczności José Miguel Pérez-Sierra, który w ubiegłym sezonie przedstawił zarzuelę Portowa tawerna Pablo Sorozábala Mariezcurreny, ale także wystąpił z IX Symfonią D-dur Gustava Mahlera podczas II Festiwalu tego kompozytora.
Lesław Czapliński