Wchodząc 5 lipca do Opery Leśnej w Sopocie, widz od razu został zaproszony do świata, który za chwilę miał zostać zbudowany z pełną mocą muzyki Richarda Wagnera. Na scenie, wokół jej centralnej części, stały stoły z modelami, makietami, planami i narzędziami pracy. Całość przypominała wielką pracownię architektoniczną albo centrum projektowania i dowodzenia, które jego gospodarze opuścili tylko na chwilę.
Jakby za moment mieli wrócić i dalej projektować świat. Patrząc na tak przygotowaną scenę, jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu, przypomniałem sobie wiersz Wisławy Szymborskiej Może to wszystko. To skojarzenie od razu ustawiło perspektywę patrzenia na Walkirię. A jeśli świat, w którym żyjemy, jest jedną z wielu makiet? Jeśli ktoś obserwuje nasze wybory, sprawdza nasze reakcje, analizuje decyzje? A może sami jesteśmy jednocześnie architektami i elementami własnego projektu?
Tworzymy plany, budujemy organizacje, zawieramy umowy, wyznaczamy cele. Próbujemy przewidywać przyszłość, wpływać na ludzi i wydarzenia, a później życie zaczyna toczyć się własnym rytmem i okazuje się, że nie wszystko można zaplanować. Ta myśl bardzo dobrze współgrała z koncepcją reżyserską Johna Fulljamesa, wznowioną w Sopocie przez Johanne Holten, oraz ze scenografią i kostiumami Toma Scutta.
To inscenizacja, która świadomie odsłania mechanizm tworzenia przedstawionego świata. Wotan i Walkirie nie są jedynie postaciami poruszającymi się w gotowej rzeczywistości – uczestniczą w jej projektowaniu. W tej koncepcji Wotan wraz z Walkiriami pracuje przy biurkach, komputerach i deskach kreślarskich, a model projektowanej przestrzeni staje się później rzeczywistym miejscem akcji. Świat najpierw istnieje jako projekt, a następnie materializuje się przed naszymi oczami.
To interesujący zabieg, ponieważ mitologiczna historia Wagnera zostaje przeniesiona z odległej krainy bogów w przestrzeń, którą dobrze znamy: świat planowania, zarządzania, tworzenia struktur i podejmowania decyzji. Jednocześnie pojawia się pytanie, czy ten, kto projektuje rzeczywistość, rzeczywiście nad nią panuje. W pewnym momencie projekt zaczyna żyć własnym życiem, a jego twórca sam staje się częścią konstrukcji, którą powołał do istnienia. Właśnie w takim świecie spotykamy Wotana. W interpretacji Tomasza Koniecznego jest on kimś znacznie więcej niż mitologicznym bogiem. Można zobaczyć w nim architekta świata, człowieka władzy, lidera, który tworzy zasady, zawiera umowy, projektuje przyszłość i próbuje wpływać na los innych.
Problem pojawia się wtedy, gdy odkrywa, że sam stał się więźniem stworzonego przez siebie systemu. Chciał być tym, który patrzy na makietę z góry, tymczasem okazuje się, że sam znajduje się na jednej z nich. To jeden z najciekawszych paradoksów Walkirii: można mieć ogromną władzę nad innymi i jednocześnie coraz mniej władzy nad własnym życiem. Można stworzyć system, który miał nam służyć, a po latach odkryć, że to my zaczęliśmy służyć jemu. Tomasz Konieczny znakomicie pokazał ten wewnętrzny dramat Wotana.
Jego bohater był potężny, obdarzony naturalnym autorytetem i sceniczną siłą, a jednocześnie coraz bardziej bezradny wobec konsekwencji własnych decyzji. Im więcej wiedział i im większą miał władzę, tym boleśniej odkrywał granice własnej sprawczości. Szczególnie w relacji z Brünnhildą monumentalny bóg stopniowo ustępował miejsca ojcu, który musi zmierzyć się z tym, że nie może zatrzymać drugiego człowieka w świecie, jaki dla niego zaprojektował. Walkiria nie jest jednak wyłącznie opowieścią o tych, którzy próbują projektować świat.
Jest także historią tych, którzy szukają w nim własnego miejsca. Siegmund jest tułaczem – przychodzi znikąd, zmęczony, samotny, ścigany, pozbawiony miejsca, które mógłby nazwać swoim. Stanislas de Barbeyrac nadał tej postaci zarówno siłę, jak i ludzką kruchość. Jego Siegmund nie był pomnikowym herosem, lecz człowiekiem w drodze, który próbuje odnaleźć własną tożsamość i własny los. Każdy z nas jest przecież w pewnym sensie tułaczem. Szukamy swojego miejsca, ludzi, przy których możemy być sobą, przestrzeni, w której możemy powiedzieć: jestem u siebie. Tylko czy takie miejsce się znajduje? Czy może trzeba je stworzyć?
A może dom nie zawsze jest miejscem, lecz czasami drugim człowiekiem? Spotkanie Siegmunda i Sieglindy można odczytać właśnie jako takie rozpoznanie. Izabela Matuła stworzyła Sieglindę pełną emocjonalnej prawdy, napięcia i wewnętrznej siły, prowadząc ją od życia podporządkowanego cudzej woli do przebudzenia i odkrycia możliwości wyboru. Dwoje ludzi, którzy byli obcy światu, nagle przestaje być obcymi dla siebie.

W świecie zasad, umów i zobowiązań pojawia się coś, czego nie da się zaplanować – miłość. I natychmiast burzy istniejący porządek. Siegmund szuka jednak nie tylko miejsca. Szuka również miecza. Notung od dawna tkwi w drzewie. Wielu próbowało go wydobyć, ale bezskutecznie. Można oczywiście widzieć w nim broń, ale można też zobaczyć coś więcej: symbol własnej siły, prawdy, talentu, powołania lub decyzji, której nikt nie może podjąć za nas. Może każdy z nas ma gdzieś swój miecz? Czasami przez wiele lat szukamy siły na zewnątrz – w uznaniu innych, stanowiskach, tytułach i sukcesach. Oczekujemy, że ktoś wskaże nam drogę.

Tymczasem być może nasz własny „miecz” od dawna na nas czeka. Największym wyzwaniem nie musi być zdobycie siły, lecz rozpoznanie tego, co od początku było nasze. Może dlatego postać tułacza jest mi w tej historii szczególnie bliska. Tułacz nie ma jeszcze wszystkiego poukładanego, nie zna całej drogi i nie wie, dokąd ostatecznie dotrze. Ale idzie. Szuka. I czasami właśnie w drodze odnajduje coś, czego nie potrafiłby znaleźć, pozostając w miejscu wyznaczonym mu przez innych. Jedną z najciekawszych przemian w Walkirii przechodzi Brünnhilde.
Stéphanie Müther stworzyła bohaterkę pełną energii i wewnętrznej siły, ale najciekawsza była jej droga od pewności wynikającej z posłuszeństwa do niepewności, która pojawia się wraz z samodzielnym wyborem. Bo posłuszeństwo bywa łatwiejsze. Ktoś wydaje polecenie, ktoś bierze odpowiedzialność, a my wykonujemy zadanie. Brünnhilde w pewnym momencie przestaje jednak tylko wykonywać rozkazy. Zaczyna patrzeć, słuchać i rozumieć. Dokonuje własnego wyboru. Czy jej nieposłuszeństwo jest zdradą?
A może właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę staje się sobą? Posłuszeństwo i moralność nie zawsze oznaczają przecież to samo. Być może dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy człowiek potrafi odróżnić to, co nakazane, od tego, co uważa za słuszne – i jest gotów ponieść konsekwencje własnego wyboru. Dlatego konflikt Wotana z Brünnhildą jest tak poruszający. To nie tylko konflikt władcy z podwładną, lecz dramat ojca i córki – dwojga ludzi, którzy się kochają, ale muszą zmierzyć się z faktem, że miłość nie daje prawa do decydowania za drugiego człowieka.

Czasami największym dowodem miłości jest pozwolić komuś pójść własną drogą – nawet jeśli nie jest to droga, którą dla niego zaplanowaliśmy. W tym świecie własną rację ma również Fricka. Małgorzata Walewska świetnie odnalazła się w tej roli – jej osobowość artystyczna, sceniczny autorytet i naturalna siła sprawiały momentami wrażenie, jakby ta rola została napisana specjalnie dla niej. Jej Fricka nie była jedynie przeszkodą stojącą na drodze uczuć Siegmunda i Sieglindy ani surową strażniczką konwenansu. Reprezentowała porządek, prawo, zobowiązania i konsekwencje wcześniej podjętych decyzji.
Przypominała Wotanowi, że nie można budować systemu, oczekiwać od innych przestrzegania jego zasad, a następnie unieważniać tych zasad wtedy, gdy stają się dla nas niewygodne. I przecież Fricka także ma rację. Podobnie Hunding w interpretacji René Pape nie był postacią jednowymiarową. Artysta wniósł do tej roli ogromny autorytet, ciemną barwę głosu i sceniczną obecność, dzięki którym Hunding stawał się uosobieniem twardego, nieprzejednanego porządku – świata, w którym reguły są silniejsze niż pragnienia jednostki.

Może właśnie na tym polega niezwykła siła Wagnera: tutaj niemal każdy ma swoją rację. I niemal każdy, konsekwentnie realizując własną rację, przyczynia się do tragedii. Bardzo wyraziście została zrealizowana scena Walkirii. Oczywiście jest w niej energia, ruch i potęga słynnego „Cwału Walkirii”, ale tym razem szczególnie mocno wybrzmiał jeszcze jeden element – wzajemne wsparcie sióstr. Katarzyna Wietrzny, Natalia Rubiś, Magdalena Pluta, Joanna Motulewicz, Annika Egert, Iwona Wall, Anna Bernacka i Barbara Bagińska stworzyły wspólnotę o własnej scenicznej energii i wyrazistości.
W świecie konfliktów, samotnych decyzji i odpowiedzialności pojawia się grupa kobiet, które są razem, reagują na siebie i próbują się wspierać. To ważny kontrapunkt dla historii Wotana, Siegmunda czy Brünnhildy, bo przypomina, że nie przez wszystko w życiu musimy przechodzić samotnie. Nie zawsze ktoś może rozwiązać nasz problem, podjąć za nas decyzję czy ponieść jej konsekwencje. Czasami jednak wystarczy wiedzieć, że w trudnym momencie nie zostajemy sami.
Wielką siłą tego wieczoru byli wykonawcy, ale równie ważna była muzyczna przestrzeń zbudowana pod kierownictwem Axela Kobera przez Orkiestrę Opery Bałtyckiej w Gdańsku we współpracy z Orkiestrą Symfoniczną Lwowskiej Filharmonii Narodowej im. Myrosława Skoryka. Wagner w Operze Leśnej brzmi inaczej. Monumentalna muzyka spotyka się z prawdziwymi drzewami, nocnym powietrzem i otwartą przestrzenią. Świat projektowany na scenie zostaje otoczony przez naturę, której do końca zaprojektować ani kontrolować się nie da.
W tej przestrzeni szczególnego znaczenia nabierał również wizualny pomysł spektaklu: z jednej strony ludzie pochylający się nad planami, modelami i konstrukcjami, z drugiej – prawdziwy las otaczający całość. Człowiek projektuje świat, a natura spokojnie trwa wokół niego. I znów pojawia się pytanie, które towarzyszyło mi od początku przedstawienia: co właściwie możemy kontrolować? Na każdą inscenizację można spojrzeć z wielu perspektyw. Na odbiór dzieła wpływają pomysł reżysera, wizja scenografa, osobowości solistów i miejsce, w którym jest ono wykonywane, ale również doświadczenia widza i jego aktualna perspektywa patrzenia na świat.

Lubię chodzić na przedstawienia ze znajomymi, ponieważ rozmowy przed spektaklem, podczas przerw i po jego zakończeniu pokazują, jak różnie można interpretować to samo dzieło. Widzimy tę samą scenę, słyszymy tę samą muzykę, a jednak każdy z nas ogląda trochę inny spektakl. Ten tekst jest również wynikiem takich rozmów i zderzenia różnych perspektyw. Ty, Czytelniku, możesz spojrzeć na Walkirię zupełnie inaczej.
Powiem więcej – mam taką nadzieję. Bo być może właśnie na tym polega siła sztuki: nie na tym, że wszyscy wychodzimy z teatru z tą samą odpowiedzią, lecz na tym, że wychodzimy z własnymi pytaniami. Po spektaklu 5 lipca publiczność podziękowała artystom owacją na stojąco za emocje, wzruszenia i zaproszenie do niezwykłego świata Wagnera. Wieczór miał jeszcze jeden wyjątkowy wymiar – swoje 60. urodziny obchodziła Małgorzata Walewska, jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich śpiewaczek operowych, której międzynarodowa kariera prowadziła przez najważniejsze sceny operowe świata.

Cała Opera Leśna odśpiewała jej „Sto lat”, a chwilę później, z inicjatywy jubilatki, wspólnie wybrzmiało legendarne „Hojotoho!”. Przez moment zniknęła granica między sceną a widownią. Nie było już tylko artystów i publiczności. Była wspólnota ludzi połączonych doświadczeniem muzyki.

IV edycja Baltic Opera Festival prezentowała szeroką paletę wydarzeń, pokazując, jak różnymi sposobami można opowiadać o człowieku, jego pamięci, tożsamości i miejscu we wspólnocie. Ważnymi punktami tegorocznego programu były również koncert Muzeum człowieka – Penderecki in memoriam oraz polska prapremiera dzieła Józefa Beera Polskie wesele. Walkiria stała się jednym z tych festiwalowych doświadczeń, które nie kończą się wraz z ostatnim dźwiękiem orkiestry. Zostają obrazy, emocje, rozmowy i pytania. I może właśnie o to chodzi. IV Baltic Opera Festival przeszedł do historii. Do spotkania w przyszłym roku.
Mariusz Grudzień