Walkiria pokazana na otwarcie Baltic Opera Festival w Operze Leśnej w Sopocie była w zasadzie przeniesieniem spektaklu z Kopenhagi, wystawianego także w Atenach, o czym nas poinformował demiurg całej imprezy Tomasz Konieczny. Może to się niektórym nie spodobało, może woleliby zobaczyć coś typowo XIX-wiecznego, pełnego bogactwa wizualnego, odniesień wprost do mitologii germańskiej, a nie unurzanego we współczesności.
Byli nawet tacy, którym przeszkadzały ptasie śpiewy i zapachy dochodzące z barów, tak jakby nie docierało do nich, że jesteśmy w lesie i całe szczęście, że ptaków nikt nie przepędził. A że w pierwszym akcie na scenie dominują meble biurowe z IKEA, a nordycki bóg Wotan miałby być CEO jakiejś ponadnarodowej korporacji, który w zdenerwowaniu zrzuca z biurek sprzęty i papiery? No cóż, taki pomysł miał reżyser John Fulljames z panią Johanne Holten, oraz scenograf Tom Scuff, będący także projektantem kostiumów.
Jego trzeba by zapytać, dlaczego szef wielkiej korporacji wygląda z daleka jak samuraj i wywija długą tyką „po japońsku”, jak mistrz walki na kije. Być może jego specyficzne okulary z prawym czarnym szkiełkiem mają dodatkowe znaczenie, ale wolałabym się w to nie zagłębiać. Bo w takiej inscenizacji, jednej z najwspanialszych oper świata, nie wszystko do siebie pasowało i pozostawało dla nas tajemnicą, jednak przekaz ogólnych idei dramatu wiele na tym nie ucierpiał.
Legendarni bohaterowie tej historii są wtłoczeni w rozmaite meandry życia w sposób wstrząsający i dojmująco prawdziwy. Podstawowym elementem scenografii są tu ogromne schody, których symbolika nawiązuje do setek podań, legend i wyobrażeń, choćby z filmu Pancernik Potiomkin. Na tej stromej przestrzeni rozgrywają się losy ludzkie, ich tragedie, nadzieje, miłość, rozpacz i triumf. Na schodach stworzyli niezapomniane kreacje aktorskie i wokalne Wotan – Tomasz Konieczny i jego żona Fricka – Małgorzata Walewska.
Na tych samych schodach rozlokowały się symetrycznie germańskie wojowniczki Walkirie i tutaj miały swoją dosyć statyczną „jazdę”, ale tu siedzi też na stopniu skruszony, rozpaczający Wotan, który jednej z córek musi wymierzyć okrutną karę. A narracja kolejnych wydarzeń następuje bardzo wolno, zgodnie z librettem napisanym przez tego samego Richarda Wagnera. Dramat prawie 5-godzinny, nawet wykształconego muzyka i kompozytora jakim był Stefan Kisielewski, skłonił kiedyś do żartów, jak to na przedstawieniu usypiał, budził się i stwierdzał, że pięknie grają, znów zasypiał i znów budził się i tak kilka razy.
Mamy zatem trzy długie akty. W pierwszym zawiązuje się uczucie miłości pomiędzy Sieglindą – wspaniałą Izabelą Matułą oraz Siegmuntem – świetnym tenorem wagnerowskim Stanislasem de Barbeyrac. W drugim dochodzi do rozwoju podstawowych konfliktów i Siegmunt ginie. Ktoś z publiczności znający podstawowe „hity” liczył na to, że usłyszy słynny „marsz żałobny” Wagnera, ale musi poczekać na kolejną część tetralogii.
Nie zawiedli się natomiast miłośnicy efektownej „jazdy Walkirii”, od której zaczyna się akt trzeci. Dyrygent Alex Kober poprowadził z talentem wszystkie orkiestrowe epizody wielkiego dramatu, także kończący przedstawienie Czar ognia, w którym smaży się Brunhilda – Stephanie Müther – chyba najmniej wokalne sprawna wykonawczyni w całej obsadzie, w której liczbowo dominowali polscy artyści, wśród nich prawie cała grupa Walkirii – Natalia Rubiś, Magdalena Pluta, Joanna Motulewicz, Iwona Wall, Anna Bernacka i Barbara Bagińska.
Dramaty Wagnera nie są zbyt często pokazywane i grane na polskich scenach, właśnie z uwagi na ogromne trudności wykonawcze. Trudno znaleźć tenorów, którzy wytrzymują długie popisy solowe, w których nie ma miejsca na markowanie i śpiewanie forte ciągnie się kwadransami. Nie ma też zbyt wielu prawdziwie dramatycznych sopranów. Jest natomiast idealny Wotan, bas-baryton Tomasz Konieczny, jakby urodzony do tej wielkiej roli, o głosie rozpoznawalnym natychmiast, już po pierwszej nucie. Artysta łączący w sobie liczne talenty. Może kiedyś zobaczymy stworzony przez niego cały Pierścień Nibelunga.
Joanna Tumiłowicz