Między powstaniem Wesela Stanisława Wyspiańskiego, a Polskim weselem Józefa Beera jest ponad 30 lat różnicy. Porównywać można jednak nie tylko tytuły obu dzieł, ale także czas scenicznej akcji, który wydaje się dosyć zbliżony, bo Polski jeszcze nie ma na mapie Europy, ale marzenie o niej nurtuje jednych i drugich bohaterów.
Są też wątki muzyczne – u Wyspiańskiego (polka, krakowiak, oberek oraz taniec chochoła) – i u Beera – u tego drugiego dokładnie skomponowane również polskie tańce, czerpiące nawet z bardzo popularnych melodii jak Pije Kuba do Jakuba, Jeszcze jeden mazur dzisiaj i Albośmy to jacy tacy… Wreszcie pojawia się początek Mazurka Dąbrowskiego. Nic dziwnego, że próby wystawienia operetki Beera w języku niemieckim w krajach niemieckojęzycznych pod koniec lat 30. XX wieku, nie doszły do skutku, a sam twórca musiał się serwować ucieczką i do końca wojny ukrywać pod zmienionym nazwiskiem.

Jego najbliższą rodzinę zamordowano w obozach koncentracyjnych. To dlatego m.in. do premiery w sumie pogodnego i bezpretensjonalnego dzieła na Baltic Opera Festival w wykonaniu Opery Wrocławskiej, wprowadzono wątki eschatologiczne (adaptacja i dramaturgia Darii Kubisiak), czy to w postaci szkieletów tańczących na animowanych planszach, czy całej sceny z udziałem jakoby duchów poprzednich żon podstarzałego „pana młodego"”, co z kolei przywodzi na myśl obrzęd „dziadów”.
Gdy się jednak słucha poszczególnych arii z operetki Polskie wesele w bardzo dobrym tłumaczeniu z niemieckiego Doroty Krzywickiej-Kaindel, to pierwsze skojarzenia kierują naszą uwagę ku utworom Lehára, Kálmána, albo popularnych piosenek z repertuaru Jana Kiepury, który zresztą przygotowywał się do wystąpienia w tej operetce. Główne numery na scenie Opery Bałtyckiej śpiewa tenor Piotr Buszewski robiący międzynarodową karierę, można śmiało rzec – następca „chłopaka z Sosnowca”.

O ile w Weselu Wyspiańskiego występuje stary Żyd wraz z córką Rachelą, to u Beera, polskiego Żyda spod Lwowa, takich postaci nie ma, niektórzy jedynie dopatrują się niewyraźnych intonacji klezmerskich, ale pewnie mylą je z węgierskimi. Od strony melodycznej mamy więc elementy typowo polskiego folkloru w aranżacji typowej dla operetek wiedeńskich.

O resztę kolorytu etnicznego zadbał niestrudzony poszukiwacz zapomnianych polskich kompozycji Łukasz Borowicz oraz dołączony do grona wykonawców aranżacji jazzowych Andrzej Jagodziński ze swym Triem. Polski koloryt wizualny jest natomiast zasługą autorki dekoracji Barbary Hanickiej, a zwłaszcza kostiumolożki Marty Szypulskiej.
Twórcy przedstawienia mieli obawy, aby ich praca nie trafiła na półkę z winietką „cepelia”, więc postarali się mocno zmodernizować etniczne stylizacje, co zepchnęło spektakl w stronę cyrkowej maskarady, by nie powiedzieć – kiczu.

Dotyczy to także choreografii ludowych tańców Maćka Prusaka. Polskie wesele otrzymało znakomitą obsadę, o roli hrabiego Bolesława – Piotra Buszewskiego już wspomniałam, znakomitością na scenie od strony wokalnej i aktorskiej okazała się Marta Wiktorzak, niesamowicie wyrazista i energiczna mimo widocznej zaawansowanej ciąży.
Świetnie towarzyszyli im Jadzia – Monika Radecka i Hubert Zapiór jako Kazimierz. Również dwaj charakterystyczni panowie o niskich głosach – Jerzy Butryn i Grzegorz Szostak stworzyli świetne role. A w ogóle na scenie pojawiło się grubo ponad 30 postaci, w tym tancerze. Na premierę Polskiego wesela przyjechali też z zagranicy potomkowie kompozytora, którzy nawet cicho podśpiewywali sobie niektóre melodie operetki, u nas jeszcze dotąd nie znanej. Gdyby jednak nasi soliści, śpiewacy i piosenkarze wprowadzili niektóre arie do swych repertuarów, kto wie, może by wpadły w ucho słuchaczom spragnionym narodowych wątków.
Joanna Tumiłowicz