Tylko zgodne i zaangażowane uczestniczenie w pracy zespołu chóralnego pozwala na pokonanie takiego ogromnego dystansu czasowego dzielącego dzieła śpiewane bardzo dawno od bieżącej praktyki wykonawczej. W naszym krajobrazie muzycznym od kilkudziesięciu lat zdobywa sobie obywatelstwo sposób wykonawstwa historycznego albo historycznie poinformowanego, co odnosi się do muzyki dawnej, czyli krótko mówiąc „nie współczesnej". Są to jednak działania na dystansie maksymalnie 400 lat.
Powstały setki zespołów grających na dawnych instrumentach, a jeśli były już uszkodzone i zużyte tworzyło się starannie kopie używając wszystkich specyficznych materiałów, z których korzystali nasi przodkowie. A co zrobić z muzyką powstającą dużo dawniej, np. w kolebce naszej cywilizacji, czyli w starożytnej Grecji?
Wiemy, że w każdym starogreckim dramacie występował chór, ale jak śpiewał nie wiemy. Może tylko deklamował teksty na jednym tonie, może wykrzykiwał, a może naśladował głosy zwierząt, zwłaszcza ptaków. Na niektórych zachowanych rysunkach można zobaczyć prehistoryczne instrumenty muzyczne, ale nie mamy pewności, czy brzmiały one podobnie do współczesnych. To jest tylko jeden z aspektów występu Chóru Spółdzielczego działającego w ramach Teatru CHOREA z Łodzi, który wykonywał misternie zrekonstruowane pieśni. Grecy pozostawili nam nawet wskazówki w postaci własnego zapisu nutowego odczytanego przez naukowców. Jednym z zachowanych w pełni zabytków muzycznych jest żałobny hymn na marmurowej steli – Epitafium Seikilosa.
To ponoć najstarsza odnaleziona w całości melodia, datowana prawdopodobnie na połowę II wieku p. n. e. Jej tekst jest piękny i mądry: „Jak długo żyjesz, raduj się życiem i niczym się nie smuć. Życie dane nam jest na krótko, czas zażąda jego zwrotu”. Chór Spółdzielczy z Łodzi zaśpiewał ją na początku swego koncertu Hoson zes/Lśnij na festiwalu OFF Rzeszów. To co zaskoczyło najmocniej to niezwykła precyzja rytmiczna, pełna synkop i innych nieregularności frazy, a niekiedy pełna polifonicznych i polirytmicznych struktur dźwiękowych np. pomiędzy śpiewającymi kobietami i mężczyznami. Członkowie zespołu reagując na ruchy dyrygenta wspomagali się wymachami rąk, niekiedy też skłonami całego ciała. Chór zaproponował też starożytną muzykę stworzoną ze szczątków zachowanego zapisu na papirusach, opisującą rozmaite zdarzenia, np. walkę z najeźdźcami, głosy ptaków, uczucia miłości, pochwałę greckich bogów.
W sumie ten złożony z amatorów zespół zmierzył się z sukcesem z niezwykle wymagającym i rzadko wykonywanym materiałem muzycznym. Zrobił to, co nie udaje się nawet bardzo profesjonalnym składom muzyków. Gdzie tkwi tajemnica? Wydaje się, że aby ją poznać trzeba mieć doświadczenia śpiewania w chórze złożonym z przyjaciół. Koncert na festiwalu OFF Rzeszów przywołał moje wspomnienia z Chóru Akademickiego Uniwersytetu Warszawskiego z czasów, gdy jego prowadzącym i dyrygentem był prof. Mirosław Perz. Osobowość kierownika zespołu ma kluczowe znaczenie dla kształtowania wspólnoty, jaka tworzy się w chórze. Stawianie ambitnych zadań pozwala pokonać nawet poważne bariery wykonawcze. Chór uniwersytecki wykonywał np. uważany za arcydzieło komplet Pieśni Kurpiowskich Karola Szymanowskiego, ale przygotowując taki trudny materiał starał się oddziaływać na śpiewających młodych ludzi w naturalny, nie stresujący sposób, zachęcając do naśladowania głosów instruktorów, a nie dźwięków z fortepianu, bo wielu z chórzystów nie znało nut, tak jak w Chórze Spółdzielczym. Atmosfera wspólnego muzykowania nie tylko pozwalała stworzyć zgraną wspólnotę przyjacielską, ale niektórym osobom wręcz pomogła w życiu, zachęciła np. do nauki języków obcych, do poznawania świata, egzotycznych kultur itd. Niejeden z byłych chórzystów wspomina nawet, że kontakty i zainteresowania, z którymi się zetknął we wspólnocie śpiewaczej przyczyniły się do osobistej kariery zawodowej.
Po koncercie w Rzeszowie każdy z 30 chórzystów powiedział czym się zajmuje zawodowo i był to przegląd bardzo wielu branż i specjalności od: maturzystki do wykładowcy uniwersyteckiego i to specjalizującego się w filologii klasycznej, a więc dziedzinie obejmującej łacinę i starożytną grekę.
Podobno studenci tego kierunku zaproszeni na koncert pt Hoson zes/Lśnij, byli autentycznie wzruszeni, słysząc, że pieśni śpiewane w „martwym języku” stają się w czasie koncertu pełne życia, właśnie tego sprzed 2500 lat. A wszystko to dzieje się dzięki wspaniałym prowadzącym zespół: dyrygentowi Grzegorzowi Wierusowi, który ma za sobą studia dyrygenckie w Akademii Muzycznej w Krakowie, a także studia architektoniczne na Politechnice Krakowskiej, oraz doświadczenie pracy w wielu operach i filharmoniach.
Drugą prowadzącą jest Elina Toneva, pieśniarka, aktorka, wykładowczyni technik ruchu scenicznego, współzałożycielka Teatru CHOREA, jedna z kilku kobiet na świecie z czarnym pasem sztuki walki Krav Maga. Jej kompetencje związane z umiejętnością używania „białego głosu" i znajomością kultury bałkańskiej także procentują przy rekonstrukcji starogreckich pieśni. Jakby tego było mało wybijający rytm na tamburynach, ale też śpiewający był Tomasz Rodowicz, dyrektor artystyczny Teatru CHOREA, aktor, reżyser, muzyk, pedagog, i ...pszczelarz. Do tego absolwent Wydziału Historii Filozofii na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i były współpracownik teatru Jerzego Grotowskiego. Wystarczy.
Joanna Tumiłowicz