Są miejsca, do których jedzie się nie tylko po to, by czegoś posłuchać. Jedzie się tam również po to, by spełnić marzenie. Tak było w moim przypadku z Berliner Philharmoniker. Przez lata oglądałem zdjęcia charakterystycznego złotego budynku, słuchałem nagrań powstających w jego wnętrzu i czytałem o artystach, którzy tworzyli historię tej orkiestry. Kiedy wreszcie usiadłem na widowni, zrozumiałem, że legenda tego miejsca nie bierze się wyłącznie z jego historii. Tworzy ją również szczególna atmosfera skupienia i uważnego słuchania, odczuwalna jeszcze przed pojawieniem się pierwszego dźwięku. Berliner Philharmoniker muzyka zaczyna się wcześniej niż pojawia się pierwszy dźwięk. Jej początkiem jest architektura. Zaprojektowany przez Hansa Scharouna i otwarty w 1963 roku gmach berlińskiej Filharmonii należy dziś do najważniejszych ikon architektury muzycznej XX wieku.

Kiedy powstawał, budził zdumienie swoją niekonwencjonalną formą. Dziś trudno wyobrazić sobie Berlin bez charakterystycznej złotej bryły przypominającej rozpięty namiot lub monumentalną rzeźbę. O wyjątkowości tego miejsca nie decydują jednak ani jego wygląd, ani liczby. Choć Wielka Sala mieści ponad 2400 słuchaczy, a Kammermusiksaal ponad 1000, istotą projektu Scharouna było zupełnie nowe myślenie o relacji między muzykami a publicznością. Zamiast umieścić orkiestrę na końcu sali, architekt postawił ją w centrum, otaczając tarasowo rozmieszczonymi miejscami dla słuchaczy. Dzięki temu znika tradycyjny podział na scenę i widownię, a koncert staje się wspólnym doświadczeniem. Siedząc wśród publiczności, miałem wrażenie, że architektura nie jest tu jedynie oprawą dla muzyki, lecz aktywnie współtworzy sposób jej odbioru. Nie przypuszczałem jednak, że największym odkryciem dwóch koncertów wysłuchanych 4 i 7 czerwca stanie się nie sam budynek ani nawet sama orkiestra. Najważniejsze okazało się spotkanie z muzycznym światem wyrastającym ze środkowoeuropejskiej wrażliwości – takiej, w której tradycja nieustannie spotyka się z nowoczesnością, a lokalność z uniwersalnym językiem sztuki. Oba koncerty połączyła bowiem osoba Jakuba Hrůšy oraz obecność czeskiej muzyki XX wieku. To właśnie ten wątek sprawił, że zacząłem odbierać oba wydarzenia jako dwa rozdziały jednej historii. Program pierwszego wieczoru był odważny i daleki od repertuarowych oczywistości. Zamiast kolejnego zestawu złożonego z najbardziej rozpoznawalnych dzieł niemieckiego czy austriackiego kanonu otrzymaliśmy spotkanie z twórcami, których nazwiska nie pojawiają się regularnie na afiszach największych sal koncertowych świata.
Wieczór otworzyła Suita rustica Vítězslavy Kaprálovej. W tej muzyce jest coś niezwykle ujmującego – świeżość, naturalność i energia, które nie potrzebują efekciarstwa. Brzmiała jak zaproszenie do świata zakorzenionego w tradycji, a jednocześnie zaskakująco nowoczesnego. Następnie zabrzmiała Fantazja Josefa Suka z Julią Fischer jako solistką. Było to jedno z tych wykonań, podczas których równie wielką przyjemność sprawia słuchanie, jak obserwowanie artystów. Fischer nie sprawiała wrażenia osoby stojącej przed orkiestrą. Była częścią muzycznej rozmowy. Z ogromnym zainteresowaniem obserwowałem, jak reaguje na poszczególne grupy instrumentów, jak wsłuchuje się w odpowiedzi orkiestry i jak wspólnie z dyrygentem buduje przestrzeń muzyczną pomiędzy sceną a widownią. To właśnie słowo „przestrzeń” najczęściej wracało do mnie podczas tego koncertu. Muzyka nie zatrzymywała się na estradzie, lecz wypełniała całą salę.

Szczególne wrażenie robiły subtelne piana solistki i orkiestry. W tych najcichszych momentach można było niemal fizycznie odczuć skupienie kilku tysięcy słuchaczy. Po entuzjastycznie przyjętym koncercie Fischer podziękowała publiczności brawurowym wykonaniem Paganiniego. Owacja, jaka rozległa się po ostatnich dźwiękach, nie była wyłącznie reakcją na techniczną perfekcję. Była wyrazem wdzięczności za prawdziwe muzyczne spotkanie. Wieczór zamknęła I Symfonia Bohuslava Martinů – dzieło monumentalne, wielobarwne i pełne kontrastów. Słuchając tej muzyki, miałem poczucie uczestnictwa w szeroko zakrojonej narracji, która nieustannie zmienia perspektywę, kolor i nastrój. Uderzające było bogactwo brzmienia orkiestry. Wsłuchiwanie się w kolejne plany dźwiękowe, w subtelne niuanse dynamiczne i zmieniające się odcienie barw przypominało obserwowanie wielowymiarowego pejzażu, który odsłania przed słuchaczem coraz to nowe szczegóły. Przez cały koncert uwagę przyciągał jednak jeszcze jeden element – autentyczna radość muzykowania. Muzycy Berliner Philharmoniker sprawiali wrażenie, jakby grali ten repertuar z młodzieńczą świeżością i autentyczną przyjemnością. Było to widoczne nie tylko podczas wykonywania utworów, ale również w chwilach oczekiwania na wejście artystów czy podczas przyjmowania owacji. Miałem poczucie obcowania z zespołem, który mimo osiągnięcia absolutnego szczytu wykonawstwa nie utracił ciekawości ani radości wspólnego tworzenia muzyki. To doświadczenie powróciło trzy dni później podczas poranka organowego. Jeżeli pierwszy koncert był opowieścią o środkowoeuropejskiej wyobraźni symfonicznej, drugi stał się podróżą przez świat monumentalnych brzmień organowych.
Richard Gowers przygotował program niezwykle różnorodny, pokazujący bogactwo możliwości instrumentu często niesłusznie kojarzonego wyłącznie z muzyką liturgiczną. Straussowskie Preludium świąteczne zachwycało rozmachem i blaskiem. Mozartowska Fantazja f-moll ukazała dramatyczny i niemal teatralny wymiar organów. W opracowaniu Maxa Regera Bach zabrzmiał niczym monumentalna katedra zbudowana z dźwięków, pełna majestatu i duchowej głębi. Kulminacją koncertu była jednak III Symfonia Miloslava Kabeláča. To właśnie tutaj oba koncerty spotkały się najpełniej.

Po raz kolejny otrzymaliśmy dzieło pozostające poza głównym nurtem repertuaru, a jednocześnie posiadające niezwykłą siłę oddziaływania. Potężne brzmienie organów, instrumentów dętych blaszanych i kotłów tworzyło świat dźwiękowy jednocześnie majestatyczny i głęboko duchowy. Ogromne wrażenie zrobił na mnie także Blechbläser der Berliner Philharmoniker. Słuchając tego zespołu, można było zapomnieć o stereotypowym postrzeganiu instrumentów dętych blaszanych.
Muzycy prezentowali pełną paletę barw – od imponujących kulminacji po niezwykle subtelne odcienie brzmienia. Wszystko wykonane z mistrzowską precyzją, kulturą dźwięku i wyraźną przyjemnością wspólnego muzykowania. Myśląc dziś o obu koncertach, wracam do pytania, co właściwie stanowi o wielkości orkiestry. Oczywiście techniczna doskonałość jest niezbędna, a Berliner Philharmoniker pozostają pod tym względem wzorem dla świata.

Jednak po tych dwóch wieczorach coraz bardziej wydaje mi się, że prawdziwa wielkość objawia się gdzie indziej – w ciekawości, w gotowości do wychodzenia poza oczywisty repertuar i w odwadze prezentowania muzyki wymagającej od słuchacza otwartości. Objawia się także w przekonaniu, że publiczność nie przychodzi wyłącznie po to, by usłyszeć to, co już zna, lecz również po to, by odkrywać nowe światy i nowe sposoby słuchania. Być może właśnie dlatego tak ważną postacią obu koncertów był Jakub Hrůša. W jego interpretacjach nie chodzi jedynie o precyzję prowadzenia orkiestry czy budowanie przekonujących narracji muzycznych.
Chodzi również o tworzenie mostów pomiędzy kulturami, tradycjami i słuchaczami. Hrůša przypomina, że muzyczna mapa Europy nie kończy się na najbardziej oczywistych punktach, a wielkie centra kultury nie muszą ograniczać się do pielęgnowania własnego dziedzictwa. Mogą również z ciekawością i szacunkiem otwierać się na doświadczenia sąsiadów. Jest jeszcze jedna symboliczna okoliczność. Kiedy w 1963 roku otwierano Philharmonie, budynek znajdował się niemal przy samym Murze Berlińskim.

Był wyrazem wiary, że kultura potrafi przekraczać granice wcześniej niż polityka. Dziś, ponad sześćdziesiąt lat później, w tej samej sali zabrzmiała muzyka czeskich kompozytorów wykonywana przez niemiecką orkiestrę pod batutą czeskiego dyrygenta dla publiczności przybyłej z różnych stron świata. Trudno o bardziej wymowny obraz współczesnej Europy i zarazem piękniejszy dowód na to, że sztuka wciąż pozostaje jednym z najważniejszych języków porozumienia. Moje wieloletnie marzenie o wysłuchaniu koncertu w Berliner Philharmoniker spełniło się.
Co więcej, okazało się czymś znacznie cenniejszym niż jednorazowe doświadczenie. Stało się przypomnieniem, że warto pozostawać ciekawym świata, również wtedy, gdy wydaje nam się, że znamy już jego najważniejsze miejsca i najważniejsze dzieła. To właśnie ciekawość prowadzi nas ku nowym odkryciom – zarówno w muzyce, jak i w życiu. A marzenia? Marzenia rzeczywiście są po to, by je spełniać. Najpiękniejsze jest jednak to, że każde spełnione marzenie nie zamyka drogi. Przeciwnie – otwiera przestrzeń dla kolejnych podróży, kolejnych spotkań i kolejnych muzycznych odkryć.
Mariusz Grudzień