W przypadku tak popularnych pozycji operowego repertuaru, jaką jest Carmen, zaskoczenie publiczności ciekawą, a zarazem unikającą banalnych schematów inscenizacją nie jest sprawą łatwą. W teatrach wciąż pojawiają się rozmaite realizacje arcydzieła Bizeta, oscylujące pomiędzy kiczowatą i różnie interpretowaną „hiszpańskością” oraz bardziej lub mniej udanymi eksperymentami reżyserów usiłujących opowiedzieć historię ognistej i niezależnej Cyganki w nowatorski sposób.

Opera w Antwerpii, prezentująca obecnie na zakończenie sezonu ten poruszający ponadczasowe tematy tytuł, zaprosiła do współpracy Wima Vandekeybusa (ur. 1963), cenionego choreografa, tancerza, filmowca i fotografa w jednej osobie, debiutującego w tym przypadku jako reżyser operowy. W latach osiemdziesiątych ów belgijski artysta powołał do życia swój pierwszy zespół baletowy - złożony z niedoświadczonych tancerzy - Ultima Vez, wędrujący, ale mający swą stałą bazę w Brukseli. Ich pierwszy spektakl What the Body Does Not został doceniony przez krytykę i publiczność.
Vandekeybus współpracował z wieloma muzykami czy plastykami, a zrealizowane przezeń na podstawie własnych choreografii filmy (na przykład In Sprite of Wishingand Wanting czy Blush) zostały wyselekcjonowane i niejednokrotnie nagradzane na festiwalach filmowych. Jego choreograficzny styl cechuje - jak określa to sam twórca - konfrontacja energii, ryzyka i niebezpieczeństwa z intuicją, impulsem oraz instynktem. „Chodzi o przełożenie na język tańca filozofii dramatycznego życia, naznaczonego dynamizmem i konfliktem”. „Taniec jest dla mnie czymś zwierzęcym, głębokim i nieuświadomionym”. Sygnalizowane tymi stwierdzeniami credo artystyczne Vandekeybusa do pewnego stopnia znajduje także odzwierciedlenie w pokazywanej w Antwerpii realizacji. A trzeba podkreślić, iż chodzi tutaj o jedno z najbardziej rozbudowanych przedsięwzięć artystycznych, jakie zostały kiedykolwiek na tej scenie zaprezentowane.

Otóż uczestniczy w nim około 120 wykonawców, wśród których obok solistów, rozbudowanego chóru, tancerzy (miejscowy balet oraz członkowie wspomnianej grupy Ultima Vez) pojawia się także zespół dziecięcy, dzieci ze szkółki karate oraz przedstawiciele społeczności romskiej. Reżyser doprecyzowuje, iż nie chodziło mu o przygotowanie spektaklu z tradycyjnymi wstawkami baletowymi, lecz o wizję, w której sam taniec staje się esencją opowiadanej historii. Trzeba jednak od razu stwierdzić, że owe niewątpliwie obiecujące zapowiedzi nie przynoszą oczekiwanych rezultatów artystycznych. Ogólnie rzecz ujmując mamy tu bowiem do czynienia z przedstawieniem wbudzającym mieszane uczucia, w którym przerost formy i wykorzystanych środków nie zupełnie trafia do wrażliwości współczesnego odbiorcy. Vandekeybus rezygnuje z realizmu i osadza historię w jednorodnej i abstrakcyjnej scenografii (Sylvie Olivé), której głównym elementem jest skalisty mur. Ponieważ przeniknięta duchem niczym nieograniczonej wolności Carmen symbolicznie burzy pojawiające się wokół i ograniczające ją mury, zanim jeszcze rozlegną się pierwsze dźwięki orkiestry do widzów dociera hałas uderzeń młotów rozbijających zamykające sceniczny horyzont skały. Podczas uwertury zza jednej z nich wyskakuje sylwetka przemieszczającego się jak goryl i wydobywającego dzikie okrzyki stworzenia (w tej roli czarnoskóry tancerz): jak się domyślamy symbolu czuwającej nad tytułową bohaterką i zarazem dzielącej jej wewnętrzne zmagania istoty. Niestety wraz z upływem czasu jej permanentna obecność na scenie irytuje i ostatecznie coraz bardziej nuży. Podobnie jak następstwo kolejnych, systematycznie nabierających skądinąd atrakcyjnych pod względem choreograficznym cech, epizodów. Albowiem wszechobecny w tej inscenizacji taniec nie przyczynia się do budowania spójnej wizji ani do kreślenia przekonujących portretów psychologicznych bohaterów i zachodzących pomiędzy nimi relacji.
W ten sposób warstwa teatralna całej realizacji zostaje zubożona, a wyraźny zarys dramaturgii pojawia się dopiero w akcie czwartym. Jeśli jednak warto było się do Antwerpii na to przedstawienie Carmen wybrać, to ze względu na występującą w tytułowej roli brazylijską sopranistkę Josy Santos, łączącą muzykalność z bezbłędną techniką wokalną oraz porywającą ekspresją i przednim aktorstwem, a także choreograficznym talentem.

Partnerujący jej w partii Don José koreański tenor Kyungho Kim wywiera wprawdzie pozytywne wrażenie scenicznym zaangażowaniem, ale nie w pełni oddaje nieco uwięzionym głosem przeżycia swojego bohatera. Niedosyt pozostawia także wcielająca się w postać Micaeli Sarah Yang, niepotrafiąca jeszcze przeprowadzić nas przez szeroką gamę emocji delikatnej i pełnej czułości dziewczyny.

Dysponujacy dźwięcznym, szlachetnym i gęsto nasyconym barytonem Leon Košavić celnie portretuje toreadora Escamilla, a Leander Carlier obdarza kaprala Moralesa atrakcyjnym brzmieniem swobodnie prowadzonego głosu. U jego boku z powodzeniem występują Samson Setu (Zuniga) oraz uwodzące wokalnym wdziękiem i zadziornymi charakterami Sawako Kayaki (Frasquita) i Zofia Hanna (Mercedes). Choreograficzny charakter spektaklu znacznie ogranicza sceniczne działania nieco w tej konwencji zagubionego chóru, który wszakże imponuje doskonale zestrojonymi głosami i wyrównaną intonacją. Wreszcie gorącymi brawami nagrodzona zostaje dyrygentka Keren Kagarlitsky, która zapewnia całemu wykonaniu przestronność brzmienia, bogactwo kolorystyczne i potoczystość narracji oraz równowagę pomiędzy orkiestrą i warstwą wokalną.
Leszek Bernat