Przedstawienie Moniuszkowskiej Halki we wspaniałym gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku (projekt Marka Budzyńskiego), gdzie zachwycają szklane schody prowadzące na piętra i potężne szklane panneau u wejścia oraz wielkie alegoryczne rzeźby u szczytu głównej sali, nie mogło być skromne i powściągliwe w użyciu środków teatralnych. W muzyce, którą z orkiestrą OiFP poprowadził Fabio Biondi, Włoch zakochany w Moniuszce, nie dokonano żadnych zmian i zagrano Halkę solidnie, zgodnie z partyturą, jednak reżyser Michał Znaniecki wraz z ekipą realizatorów zaproponowali wystawę godną tzw. Grand Opera, z licznymi aneksami, sugestiami, niekiedy szaloną, ożywioną ornamentyką, jakby w sennym widziadle.
W sumie przez cały przebieg spektaklu można było siedzieć z otwartymi ustami ze zdziwienia lub zachwytu. Na ostatnim majowym przedstawieniu sala była pełniutka, zaś na koniec publiczność wstała z miejsc i oklaskiwała przez długie minuty wszystkich wykonawców, których było ponad 150-ciu. Wszystkie śpiewające postacie dramatu zostały zdublowane przez tancerzy, a tancerzy zdublowali akrobaci.

Chwytem marketingowym tej realizacji opery Moniuszki było wykonywanie niektórych przedstawień w języku włoskim, pewnie dla uczczenia starań kompozytora o zagraniczną karierę dzieła będącego najważniejszą polską operą narodową. Chodziło także o przyciągnięcie do Białegostoku włoskiej znakomitości muzycznej, samego Fabia Biondiego, szefa zespołu dawnych instrumentów Europa Galante. On bowiem, wraz ze swą orkiestrą już wykonywał Halkę w wersji włoskojęzycznej koncertowo i dokonał nawet nagrania, a teraz mógłby swoją „italiańszczyzną” wspomóc krajowych (i nie tylko) wykonawców.
Po premierze 15 maja zagraniczni recenzenci byli zachwyceni, a krajowi im wtórowali. Sam Fabio Biondi porównał obie wersje pod względem nie tyle muzycznym, co wrażeniowym i dramatycznym, twierdząc, że wersja włoska jest zbliżona do innych oper powstających w jego kraju w tym okresie, ale śpiewana po polsku staje się czymś niepowtarzalnym, narodowym i bardzo oryginalnym. Tak więc postarano się, aby do „białostockiej” Halki zaangażować najlepszych możliwych solistów, którzy mają moniuszkowskie role w swoim repertuarze.
Wydawałoby się, że obowiązuje tutaj tradycja kreowania głównych ról, która idzie od Marii Fołtyn (Halka), Bogdana Paprockiego (Jontek) czy Andrzeja Hiolskiego (niewierny Janusz). Warto wiedzieć, że pierwsze kroki na operowej scenie w roli młodego górala kreował kiedyś sam Jan Kiepura. Mnie udało się wysłuchać kreacji Natalii Rubiś, Pawła Skałuby i Stanislava Kuflyuka, artystów obdarzonych bardzo dobrymi, mocnymi głosami, potrafiących także środkami aktorskimi przekazać wiarygodnie i całkiem przekonująco współczesnemu odbiorcy dramat ukazywanych postaci.
Także w rolach drugoplanowych Stolnika (Robert Gierlach) i Zofii obsadzono śpiewaków mających już spory dorobek i dobrą markę. Do pewnych elementów brzmienia sopranów można mieć zastrzeżenia, bo zarówno Natalia Rubiś, jak i Monika Ledzion jako Zofia atakowały dość ostro, nawet forsując wysokie tony w pierwszej części. Po przerwie Rubiś zaczęła śpiewać znacznie lżej, przejmująco i poprawnie wokalnie.
Na koniec weszła między publiczność i z tej perspektywy wyśpiewywała galopadę zranionych uczuć, robiło to wstrząsające wrażenie. Skoncentruję się na koniec na warstwie wizualnej, którą właśnie określiłabym jako ogromnie wystawną. Już początek I aktu wprowadza nas w świat opery na co najmniej czterech płaszczyznach i odmiennych rzeczywistościach. Las, po którym snują się ubrane na biało widma znika zaraz po Uwerturze i pojawia się posiadłość Stolnika, w której odbywają się zaręczyny.
Na dachu sali bankietowej pary w strojach kontuszowych tańczą „jakby nigdy nic” poloneza, poniżej zbita ciżba biesiadników szykuje się jakby pozowała do fotografii w kolorze sepii, a przed salę wychodzi totumfacki Stolnika Dziemba by zaintonować uroczystą pieśń. Ale to jeszcze nie wszystko, bo cała scena jest obramowana wielkim akwarium ze złotymi rybkami. Czy w ten sposób realizuje się myśl przewodnia reżysera, scenografa, autora kostiumów i jednocześnie choreografa w jednej osobie Michała Znanieckiego, która brzmiała: „Z ziemi polskiej do włoskiej”? Być może, bo na łamach włoskiego dziennika Il Manifesto zwrócono uwagę, że śpiewana po włosku Halka ujawnia swoje silne, organiczne powiązania z tradycją włoskiego belcanta i melodramatu.
Konstrukcyjnie i emocjonalnie przywołuje silne skojarzenia z Łucją z Lammermooru Gaetana Donizettiego. W innych partiach przedstawienia akwarium (jakby rama obrazu) z pierwszego aktu zmienia się w plątaninę gałęzi jakiegoś ogrodu, albo w deszczową aurę, by wreszcie w kolejnym akcie zamiast tego pojawiła się sporych rozmiarów komputerowa symulacja wierzchołków górskich w ciągłym, tektonicznym ruchu. Takiego obrazu Tatr jeszcze na scenie nie było. Kolejne przedstawienia Halki mają być na jesieni.
Joanna Tumiłowicz